Przeczytane w marcu 2018

Ewidentnie w tym roku mam tendencję spadkową, jeżeli chodzi o czytelnictwo. Na tę chwilę ciężko mi przewidzieć, czy dobiję do setki, ale powiedzcie mi – czy to takie ważne?

Ważne, że czytam. I to rzeczy różnorakie!

Czego efekty poniżej. Tym razem także chronologicznie, tak wynika z notatek z kalendarza*. Dziś bez okładek.

 

  • Katja Kettu, Akuszerka 

Posłużę się cytatem z samej siebie (konkretnie z opinii na Lubimy Czytać): od tej powieści wieje seksem na kilometr.

Nie obscenicznością, nie pornografią, tylko czystym seksem. Ujętym w naturalistyczny sposób.

Nie była to dla mnie łatwa i przyjemna lektura, nie wynikało to jednak z ciężaru gatunkowego czy zbyt wielu opisów seksu. Po dłuższym namyśle dochodzę do wniosku, że w sumie jak taka książka może być łatwo przyswajalna dla osoby wychowanej w mieście, w domu z dostępem do elektryczności, bieżącej wody (to akurat nie zawsze, ale przez większość mojego życia miałam jednak kran w domu), ba, do normalnej opieki lekarskiej! Z tej powieści bije bowiem ciepło ludzkich ciał, nagrzanych, spoconych, wydzielających wszystkie możliwe zapachy. Kurde, aż nie wiem, jak Wam to opisać, podejdę więc do tematu tak – rzecz się dzieje częściowo na wsi, częściowo w obozie pracy w czasie II wojny światowej.

Autorka przedstawia w Akuszerce spektrum rzeczy, które mogą się dziać z ludzkim ciałem, od aktu cielesnego zaczynając, na wycieńczeniu i śmierci kończąc. Było to dla mnie fascynujące, w większych ilościach jednak ciężkostrawne. Za dużo, za dużo, za dużo.

Ale w tym tkwi siła tej powieści. Tak właśnie ma być. Dużo, za dużo. Akuszerka w mocny sposób przypomina o tym, co to znaczy być kobietą.

Polecam.

 

  • Iwona Kienzler, Maria Skłodowska-Curie. Złodziejka mężów. Życie i miłości

Mogłabym pokusić się o napisanie na temat tej książki oddzielnego tekstu. Nie zrobię tego jednak, bo wpis wyszedłby nieznośnie długi (pewnie bym się przy nim nakręciła, zaczęła sypać cytatami, nieee, po co to komu).

Powiem tak: ta biografia nie jest zła, ale nie jest też najlepsza. Ma sporo zalet, według mnie największą z nich jest to, że autorka nie stawia Skłodowskiej na piedestale, nie przedstawia jej jako chodzącego ideału. Skłodowska w jej perspektywie to kobieta poświęcona nauce, zaniedbująca siebie (rodzinę niekoniecznie, Kienzler duży nacisk położyła na to, by pokazać, że Skłodowska robiła co mogła, by utrzymać rodzinę i mieć dobre relacje z jej członkami), jednocześnie będąca wielką patriotką.

Wady jednak są tak rzucające się w oczy, że nie sposób powiedzieć o tej biografii, że jest super i w ogóle.

Przede wszystkim tytuł. Kto, na Boga, pozwolił, by książka ukazała się pod takim tytułem? NO KTO?! To jest wydawniczy odpowiednik clickbaitu, który nie odpowiada temu, co znajduje się w książce! Co byście pomyśleli na widok sformułowania „złodziejka mężów”? Pewnie, że Skłodowska puszczała się na prawo i lewo znana była z tego, że jak zobaczy chłopa, to nie spocznie, jak go ukradnie jakiejś kobiecie. Hmm, tyle, że nie.

Nie znam się na życiorysie noblistki, jednak po pobieżnym zapoznaniu się z historią jej relacji z Paulem Langevinem uważam, że tytuł biografii to przegięcie pały.

Do tego bolał mnie język, którym posługiwała się autorka. I ciągła prawda objawiona, przekonanie, że wie się o swojej bohaterce wszystko… Jak dla mnie próby wciskania mi jako czytelniczce tekstów w stylu Ona na pewno o czymś nie wiedziała, wiedziała, była przekonana, a mimo to zrobiła to czy to nie świadczą za dobrze o osobie piszącej. A to nie było parę wzmianek, co i rusz trafiałam na takie kwiatki!

Czy można? Tak, jak ktoś chce się dowiedzieć czegokolwiek o Skłodowskiej. Czy trzeba? Oj, nie powiedziałabym.

Całkiem sporą opinię mojego autorstwa możecie znaleźć tutaj.

 

  • Nella Stolińska-Pobralska, Instytucje opieki nad dzieckiem w międzywojennej Łodzi

Ciekawa sprawa z tą książką. Znalazłam ją jakiś czas temu na warszawskiej grupie wymiankowej na Facebooku. Wzięłam, nie mając pojęcia, czy uda mi się znaleźć w niej coś dla siebie; pomyślałam, że może będzie w niej parę wzmianek o Żydach. Cóż, okazało się, że jest ich całkiem sporo, a reszta treści jest bardzo interesująca!

Stolińska-Pobralska odwaliła kawał dobrej roboty, zbierając do kupy informacje zebrane z różnych źródeł (w tym od żyjących jeszcze wychowanków łódzkich placówek). Całość czyta się super. Niech za dowód posłuży to, że za pierwszym posiedzeniem pochłonęłam coś około pięćdziesięciu stron co mi się przy publikacjach naukowych bardzo rzadko zdarza.

Daleka jestem od szeroko pojętej tematyki pedagogicznej, ale dzięki Instytucjom opieki nad dzieckiem podchodzę doń już z lekkim zaciekawieniem. Chętnie bym poczytała więcej na ten temat.

Polecam gorąco, przede wszystkim studentom pedagogiki.

 

  • Mirka Andolfo, Wbrew naturze

Uwaga, teraz się wydrę:

TEN KOMIKS JEST STANOWCZO ZA KRÓTKI!!!111ONEONE

Uff, wydarłam się. Lepiej mi trochę. Przy okazji wymieniłam jedyną moim zdaniem wadę Wbrew naturze.

Skoro mamy za sobą nieprzyjemne sprawy, możemy spokojnie przejść do zachwytów.

Krótko przed lekturą spotkałam się ze stwierdzeniem, że Wbrew naturze to komiks dla furrystów. Jeżeli nie wiecie, co to, to wygooglajcie sobie i potem tu wróćcie. ^^

Coś w tym jest. Świat przedstawiony w komiksie zapełniony jest antropomorficznymi zwierzętami, żyjącymi tak, jak ludzie – w miastach, gdzie mieszkają, pracują, zakładają rodziny. Sami lub z pomocą programu rządowego, który kojarzy pary tego samego gatunku. Wszystko po to, by populacja nie wymierała; ze związku np. wilka i myszy nie narodzą się bowiem dzieci, jest to biologicznie niemożliwe. Dlatego też takie związki są zakazane, ponieważ są właśnie wbrew naturze.

Leslie jest świnką, pracuje jako kelnerka. Jako, że kończy dwadzieścia pięć lat i nie jest w stałym związku, zostaje z automatu zgłoszona do programu kojarzącego. To nie jest jedyny problem Leslie – dziewczynie często śni się sen, którego głównym bohaterem jest wielki, biały wilk…

Jaka to jest dobra antyutopia. Społeczeństwo, w którym można żyć spokojnie do momentu, kiedy się dostosujesz do panujących w nim zasad, czyli w młodym wieku znajdziesz partnera swojego gatunku, weźmiesz z nim ślub i urodzisz dzieci. Jeżeli Ci się nie uda nikogo znaleźć, z każdym rokiem masz coraz wyższe podatki. Jeżeli nawiążesz romans z przedstawicielem innego gatunku, czeka Cię kara. Za związek homoseksualny (gatunek nie ma znaczenia) kara. I to wszystko trzyma się kupy. Brawa dla Mirki Andolfo!

Mnie osobiście także urzekły kreska i detale. Jeżeli sięgniecie po Wbrew naturze, koniecznie zwracajcie uwagę na szczegóły (plakaty, okładki książek, bilboardy, napisy na koszulkach). Doskonałe urozmaicenie przestrzeni.

Andolfo kupiła mnie od razu, chcę więcej. Dobrze, że niedługo wyjdzie druga część. <3

 

  • Amos Oz, Mój Michał

No nareszcie! Nareszcie natrafiłam na powieść, w której ktoś podjął się pokazania pierwszych dni/miesięcy/lat po zawarciu związku małżeńskiego!

Musicie wiedzieć, że przez wiele, wiele lat miałam olbrzymią ochotę na historię nieograniczającą się jedynie do schematu wzięli ślub, po czym żyli długo i szczęśliwie. Ba, potrzeba ta była u mnie najsilniejsza przed moim własnym ślubem ^^’ Nigdy jakoś nie wpadła mi w ręce książka, która w całości by tę potrzebę zaspokoiła. Aż do teraz.

Amos Oz powołał do życia postaci Hanny i Michała Gonenów, młodych Izraelczyków, po czym umieścił ich w Izraelu lat pięćdziesiątych – państwie, gdzie obok hebrajskiego nadal funkcjonują żywo języki z europejskich sztetli i większych miast. Gdzie nie jest za bogato, ale da się jakoś przeżyć (powtarzam: jakoś). Gdzie stare miesza się z nowym, a naród izraelski jest mocno różnorodny.

W tym Izraelu Hanna wychodzi za Michała, naukowca-geologa. Powieść obejmuje dziesięć lat ich małżeńskiego pożycia, w tym narodziny dziecka, śmierć w rodzinie i otoczeniu oraz rozwój kariery naukowej Michała. Hanna zastanawia się, dlaczego ich małżeństwo po tylu latach wygląda tak, a nie inaczej, czemu się rozpada.

Jestem wdzięczna Ozowi za drobiazgowe podejście do opisania pierwszych lat związku Gonenów. Zastanawia mnie, czy się na kimś wzorował podczas pisania, czy istnieją/istniały pierwowzory postaci Hanny i Michała. Nie podobało mi się natomiast przemieszanie rzeczywistości ze snami/wizjami/marzeniami Hanny (z jej perspektywy opowiedziana jest cała historia). W moim odczuciu rozwalało to całą powieść i nie wnosiło do niej zbyt wiele.

Mój Michał jak najbardziej jest wart uwagi.

 

  • Nora Roberts, Słodka zemsta

W połowie marca postanowiłam zrobić sobie odwyk od literatury jakkolwiek związanej z Czechami i Żydami. Raz na jakiś czas reset jest potrzebny.

Jako, że potrzebowałam literatury nie tyle lekkiej, co wręcz odmóżdżającej, sięgnęłam po kupiony iks czasu temu na Allegro romans. Zapytacie, czemu zniżyłam się do tak niskiego poziomu i nabyłam drogą kupna romans. Otóż spodobał mi się opis fabuły. I byłam ciekawa, czy będę toczyć bekę** z ewentualnych debilizmów.

Beki nie toczyłam, za to długo nie mogłam wyjść z osłupienia, jak dobra jest ta książka!

W skrócie, o co chodzi: Adrianne jest córką szejka (pierwszy potencjalny powód do beki), jako dziecko mieszka w Jaquirze, małym muzułmańskim państewku. W wieku ośmiu lat ucieka z matką, znaną amerykańską aktorką, do Stanów. Uciekają przed ojcem, który tłucze matkę i przyprawia je obydwie o traumę. Po latach Adrianne, bardzo uzdolniona złodziejka biżuterii, postanawia zemścić się na ojcu, wykradając ze skarbca pałacu w Jaquirze najpiękniejszy naszyjnik (wart od groma pieniędzy). Nie wie, że obserwuje ją agent Interpolu, były włamywacz (drugi powód do beki).

Słodka zemsta byłaby naprawdę spoko po wycięciu lub zmodyfikowaniu wątku romansowego. Jak dla mnie był on przesadzony i wsadzony do powieści tylko po to, by czytelniczki miały chwile wzruszeń i uniesień. Ja nie miałam, dla mnie to było ździebko żenujące. Poza tym to książka Roberts przypominała mi amerykańskie filmy z lat 80-tych lub 90-tych, które kiedyś (nie wiem, czy dalej, bo od lat nie oglądam telewizji) puszczane były w środku tygodnia o nieludzkiej porze (po dwudziestej drugiej). Mam na myśli dobre, na przyzwoitym poziomie produkcje, takie do obejrzenia i odprężenia się po ciężkim dniu.

Słodka zemsta zweryfikowała moje podejście do Nory Roberts. Myślałam, że to taka Danielle Steel (nie czytałam wcześniej ani jednej książki żadnej z tych pań), produkująca romanse taśmowo. Ku mojemu zdziwieniu dostałam naprawdę w porządku historię, zgrabnie napisaną, pełną sprawdzonych szczegółów (z przypisami! Kto widział przypisy w romansach?).

Szukacie czegoś na podróż czy do czytania przed snem? Polecam Słodką zemstę.

 

  • Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy 

Do tej pory zbieram szczękę z podłogi. Boże, jakie to było dobre. I jakie straszne zarazem.

Największe wrażenie zrobił na mnie reportaż o żonie Trynkiewicza. Oh. My. God.

Idźcie czytać, czytajcie w ciemno, wydajcie wszystkie pieniądze. Warto.

W planach mam dalsze reportaże tej autorki, także stay tuned.

 

Plany? W niedalekiej przyszłości skończyć Łaskawe Jonathana Littella. Myślałam, że się wyrobię w miesiąc z tym tomiszczem… Ha, ha, ha… Jestem po czterystu stronach. Dopiero.

*tak na marginesie to wszystkim organizacyjnym nieogarom polecam kupić sobie zabawny kalendarz w formie książkowej. Nic tak nie motywuje do zapisywania rzeczy do zrobienia, jak odkrywanie kolejnych śmiesznych obrazków na kolejnych stronach kalendarza.

W ubiegłym roku miałam Kartki z datami do zapisywania rzeczy 2017, teraz jestem szczęśliwą posiadaczką Kalendarza dla leniwych buł sukcesu. Wszystko z Gindie.pl!

Powyższy wtręt nie jest wtrętem sponsorowanym, po prostu szerzę dobre rzeczy. ^^

**na początku studiów miałam takie momenty, że wypożyczałam z biblioteki romanse historyczne i czytałam je dla beki.