Przeczytane w lutym 2018

Guess who’s back.

Drodzy, nie będę pisać, czemu mnie nie było. Potraktujmy moją dwumiesięczną nieobecność jako urlop od świata. Co nieco opowiem podczas omawiania poszczególnych książek.

Cóż, jak to po urlopach bywa – czas się zabrać za robotę! Mam o czym pisać.

Kolejność chronologiczna (pisana na podstawie notatek z kalendarza).

 

  • Rebecca Solnit, Mężczyźni objaśniają mi świat

Na początku lutego dorobiłam się dziewiątego tatuażu (zainteresowanych odsyłam na mój Instagram). Okazało się, że można czytać w trakcie zabiegu nawet, jak się nie ma znieczulonej skóry* (znieczulenie sprawdziłam podczas robienia rękawa), tak więc miałam idealną okazję, by nadrobić ten wydany w ubiegłym roku zbiór esejów.

Powinnam była wybrać sobie jakieś miłe powieścidło obyczajowe, a nie to… Dość szybko zorientowałam się, że trafiłam na bardzo, ale to bardzo ciężką tematykę, która jednak była na tyle wciągająca, że często zapominałam nawet syczeć z bólu!

Otóż autorka jest zaprawioną w bojach amerykańską feministką, która niejedno widziała i słyszała. W swoich tekstach poruszyła niewygodne i męczące kwestie, zaczynając od z pozoru niewinnego mansplainingu (czyli sytuacji, kiedy mężczyźni objaśniają kobietom świat, często nie biorąc pod uwagę tego, że ich rozmówczynie mogą mieć o wiele większą wiedzę od nich lub po prostu znają omawiany temat). Co się dzieje dalej, nie powiem, bo to trzeba przeczytać. Dzieje się dużo.

Co mogę powiedzieć… W wielu momentach robiłam sobie przerwy, ponieważ styl autorki był dla mnie zbyt agresywny. Zdaję sobie sprawę, że ma więcej lat, niż ja, że pochodzi z innego kraju i żyje w innych realiach, ale niektóre jej wywody przyprawiały mnie o silny wewnętrzny sprzeciw. Być może wynika to z tego, że otaczam się mężczyznami, którzy mnie szanują i nie traktują mnie jak przedmiot lub nieznającą świata idiotkę (tych się ze swojego życia pozbyłam, gorąco polecam, jakby ktoś pytał). Wiecie, aż miałam ochotę bronić mężczyzn z mojego otoczenia! Nie wszyscy faceci są źli! Nie chcę uogólniać, ale serio, im bardziej się w to zagłębiałam, tym bardziej miałam ochotę krzyczeć kobieto, mojego męża nie widziałaś! On jest w porządku! Weź się odwal i nie wrzucaj wszystkich do jednego worka!

Jak najbardziej polecam, ale raz, że to nie jest łatwa lektura, dwa, potrafi być nieprzyjemna. Niemniej uznaję ją za jak najbardziej pożyteczną.

 

  • Marissa Meyer, Cinder

Ufff, tu już było lżej i weselej.

Kochani, muszę się Wam do czegoś przyznać – jestem wielką, ale to wielką fanką Czarodziejki z Księżyca. Wychowałam się na anime**, jako osiemnastolatka skompletowałam wszystkie wydane w Polsce mangi. Uwielbiam świat, koncepcję, fabułę – zresztą, co tu dużo gadać, to jedna z najpiękniejszych historii miłosnych, z jakimi miałam do czynienia!

Tym bardziej nie mogłam nie przeczytać Cinder, kiedy usłyszałam, że po jej przeczytaniu fani Sailor Moon posikają się z radości! _^_

*w tym miejscu chamska reklama podcastu Czytu Czytu, skąd pochodzi powyższa wypowiedź. Kasia, Megu, Ocia, gorąco Was pozdrawiam!*

O czym jest Cinder i czy tu się jarać, zapytacie. W dużym skrócie: główna bohaterka (tytułowa Cinder) jest cyborgiem, do tego wziętym mechanikiem. Żyje w mieście o nazwie Nowy Pekin, a jej rzeczywistość nie przypomina tego, co znamy my, żyjący w drugiej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku – tereny dzisiejszych Chin są mocarstwem, na Księżycu żyją ludzie obdarzeni niezwykłymi zdolnościami, zaś ludność walczy ze śmiertelną chorobą, na którą ciągle nie udaje się wynaleźć lekarstwa. To wielkie, wielkie uproszczenie, ale opisywanie Wam wszystkiego po kolei jest bez sensu, bo łatwo jest stracić radochę z samodzielnego odkrywania świata Cinder.

Jak to często bywa, bohaterka ma swoje monotonne, ciężkie życie, uprzykrzane przez upierdliwą macochę, aż tu nagle następuje kilka zwrotów akcji i… Cinder okazuje się być ważniejsza, niż można by się było tego spodziewać po dziewczynie-cyborgu.

Cinder to rewelacyjne połączenie baśni o Kopciuszku, Sailor Moon i paru elementów z Fullmetal Alchemist (nie wierzę, że autorka się tym nie inspirowała, nikt mi tego nie wmówi). Nie jest to może najbardziej ambitne young adult na świecie, jest to przykład literatury masowej, ale… Ludzie, ta powieść jest super! Trzyma się kupy, jest w miarę logiczna (poza relacją Cinder i księcia Kaito, bo ta jest trochę naciągana), ma w sobie tyle subtelnych nawiązań do Sailor Moon, że nie sposób się nie zachwycać. Nie jest chamskim plagiatem, Boże broń! Czuć, że to efekt wielkiej pasji (autorka też jest fanką Czarodziejki z Księżyca i wcale się z tym nie kryje).

Nie powiem, że się posikałam z radości, ale nie chciałam, by ta książka się skończyła. I było mi smutno, jak przeczytałam ostatnią stronę.

CHCĘ WIĘCEJ!!!

 

  • Svatopluk Čech, Výlet pana Broučka do XV. století

Wiecie, ile ta książka czekała na moją uwagę? Niecałe cztery lata. Tyle czasu minęło od zakupu do przeczytania.

Tak, wzięłam się za likwidację stert książek, które miałam przeczytać dawno, dawno temu.

Ten piękny przykład klasyki czeskiej literatury nie jest do czytania w biegu, tym bardziej w dojazdach, gorączce lub na czyjeś żądanie. Warto się na tym tekście skupić.

Wtedy się doceni historię dziewiętnastowiecznego mieszczanina, przeniesionego przypadkiem do piętnastego wieku, konkretnie do czasów wojen husyckich. Ta książka to czysta poezja, zwłaszcza zachowanie głównego bohatera. Istnieje polski przekład – jak znajdziecie, przeczytajcie, bo warto.

 

  • Václav Havel, Asanace oraz Vitězslav Nezval, Nový Figaro

Czemu omawiam te dwie sztuki teatralne w jednym miejscu, skoro pochodzą z różnych czasów i opowiadają o zupełnie innych sprawach?

Bo mam na ich temat do powiedzenia jedno i to samo – kompletnie nie pamiętam treści.

Jestem upośledzona pod tym względem. Muszę sztukę zobaczyć, by zapamiętać, o czym była. Owszem, istnieje parę wyjątków (np. Nasza klasa Słobodzianka), ale te sztuki niestety do nich nie należą.

Jaki z tego wniosek? Nie czytać, oglądać. Chodzić więcej do teatru.

 

  • Michael Russell, Miasto cieni

Skoro o zapominaniu mowa: Miasto cieni jest bardzo podobnym przypadkiem, co powyższe dzieła. Przeczytałam, nawet mi się podobało, ale po paru dniach miałam problemy z przypomnieniem sobie, o co tam tak naprawdę chodziło.

Ale jakbyście zapytali, moim zdaniem najciekawsze w tej książce są czas i miejsce akcji (Irlandia i Wolne Miasto Gdańsk).

Czy trzeba? Nie powiedziałabym. Ale można. Traktuję to jako czytadło, dobre do podróży.

 

  • Zyta Rudzka, Dziewczyny Bonda

O, tego za to absolutnie nie trzeba. Skusił mnie opis z tyłu okładki, okazał się on jednak być lepszy od samego tekstu. Nudne, męczące, niepotrzebne. Dałam sobie spokój po czterdziestu stronach, szkoda czasu.

 

  • Jakub Ćwiek, Grimm City. Wilk!

Mam problem z Ćwiekiem. Kiedyś lubiłam jego twórczość, a teraz? Chłopcy byli okej, Kłamcę. Papieża sztuk jakoś zmęczyłam, a Wilk! okazał się być nieciekawy. Nie wiem, o co chodzi, ale po zmęczeniu kilkudziesięciu stron zarzuciłam czytanie. Nie umiałam się wciągnąć, historia wydała mi się płaska i nudna.

Nie skreślam autora. Być może trafiłam na zły moment w swoim życiu. Kiedyś spróbuję jeszcze raz.

 

Nom, to tyle, jeżeli chodzi o styczeń. Podsumowanie lutego niebawem.

 

*jak się okazało w trakcie – kwestia nawilżenia skóry. Łydka mnie bolała jak dzika, z udem poszło lepiej, bo regularnie nawilżałam je balsamem.

**ba, to właśnie w nim widziałam pierwszą w życiu homoseksualną parę darzącą się uczuciem (tak, Harukę i Michiru). Wtedy też, jako cztero-, pięcioletnia dziewczynka, pomyślałam po raz pierwszy, że ten widok jest jak najbardziej w porządku. I że też bym tak chciała. #propagandabiseksualna