Przeczytane w styczniu 2018

Styczeń była dla mnie bardzo, ale to bardzo aktywnym miesiącem. Zaczęłam porządki w domu: dojrzałam do tego, by ograniczyć nie tylko liczbę książek, ale także otaczających rzeczy oraz by przerobić jak najwięcej włóczek i materiałów. Efektem tego było wystawienie kilku przedmiotów na aukcje Charytatywnych Allegro dla Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, co raz, że spowodowało zwolnienie miejsca, to jeszcze dało mi dziką satysfakcję, ponieważ lubię WOŚP i staram się wspierać fundację, jak tylko mogę. Wszystko, co wystawiłam, zostało wylicytowane (yesss).

Poza przewracaniem chałupy do góry nogami dodatkowo zajmowałam się planowaniem wyjazdów. W styczniu odwiedziłam aż trzy nowe miasta – Otwock (w końcu! Po tylu latach!), urodzinowo Bratysławę oraz niespodziewaną Trnawę, gdzie miałam okazję odwiedzić Cafe Synagoga, bóżnicę przekształconą w kawiarnię.

O wypadzie na Słowację i jednodniowej wizycie w Wiedniu mogłabym sporo opowiedzieć, ale nie czas i miejsce na to. Napomknę tylko, że pomysł świętowania urodzin w towarzystwie trzech bliskich mi mężczyzn był bardzo dobry, oj, bardzo. Samotne urodziny nie są złe (tydzień na Ukrainie wspominam z przyjemnością), ale wspólne zwiedzanie Bratysławy oraz wypicie herbaty w Trnawie to wspaniała sprawa. Chłopaki, ślicznie dziękuję! :*

Styczeń upłynął mi pod znakiem bycia aktywną, ale zbyt dużo książek nie udało mi się przeczytać. Po części winię za to ostatnią pozycję w tym zestawieniu, ale cóż, nadrobi się. W tym roku planuję ponownie dobić do setki przeczytanych tytułów, ale bez spiny.

Kolejność prawie chronologiczna.

 

  • Maria Angels Anglada, Skrzypce z Auschwitz

Pierwsza książka w 2018 roku, jednocześnie pierwsza porzucona po kilkudziesięciu stronach.

Nie wiem, jak Wy, ale ja mam coś takiego z książkami, że zapamiętuję losowe tytuły, dostaję fiksacji na punkcie niektórych z nich i przez lata marudzę, że już dawno powinnam je przeczytać. Dokładnie taką sytuację miałam ze Skrzypcami z Auschwitz – gdzieś mi to mignęło, przeczytałam opis i dopiero po latach udało mi się do tego usiąść.

Dobry Boże, na co mi to było… Ta książka jest zła. Ale to strasznie zła.

Przebrnęłam przez siedemdziesiąt stron (o siedemdziesiąt za dużo) i gdyby nie fakt, iż nie była to moja własność, niechybnie pizgnęłabym Skrzypcami z Auschwitz o ścianę. Ten twór jest sztucznie napisany, jakby autorka (pisarka katalońska, jakby ktoś pytał) naczytała się powieści i naoglądała niezbyt wysokich lotów filmów i na podstawie tego wszystkiego stworzyła swój koszmarek. Tej książki nie da się czytać, ja nie byłam w stanie. Język i podejście do tematu przebywania w getcie czy obozie przyprawiał mnie o palpitacje serca (ci, którzy śledzą moje Insta Stories wiedzą, o co chodzi, robiłam relację z czytania) – słodki jeżu, albo ton był lekki, albo z dupy wzięty.

Znalazłam jedną dobrą rzecz w tych przewalonych siedemdziesięciu stronach, mianowicie odwołanie do prawdziwych dokumentów. Chociaż to nie było spieprzone, alleluja.

Nie polecam, odradzam, omijać szerokim łukiem.

 

  • Jacek Komuda, Czarna szabla

W odróżnieniu od masakrycznych Skrzypiec z Auschwitz lektura Komudy przyniosła mi spokój i relaks.

Czarna szabla to coś, co można nazwać literacką wersją filmów akcji z polskimi szlachcicami w rolach głównych. Z początku trzeba się przyzwyczaić do języka. Generalnie z tego, co zauważyłam, Komuda stara się odwzorować sposób mówienia z czasów, które opisuje. Nie mi oceniać, czy mu to wychodzi, ale nic nie zgrzyta, czyta się płynnie.

Komudę spokojnie mogę polecić wszystkim, którzy uważają, że dzieje Polski szlacheckiej są nudne. Otóż nie są. Pisarz w Czarnej szabli pokazuje, że opowieści o szlachcicach – pijących, walczących, kochających na zabój – potrafią być bardziej wciągające, niż niejeden współczesny film akcji.

Ogólnie to lubię tego autora, do tej pory nie przejechałam się na ani jednej jego książce (aczkolwiek wszystkich nie czytałam).

 

  • Julius Fučík, Reportáž psaná na oprátce

W KOŃCU. Jestem złą bohemistką, do tej pory znałam jedynie fragmenty reportaży Fučíka.

Musze przyznać, że ciekawie czytało mi się reportaże więzienne czeskiego komunisty mniej więcej w tym samym czasie, kiedy obejrzałam Miladę. Z jednej strony wzniosłe teksty człowieka, który nawet w obliczu śmierci nie wyparł się swoich poglądów, gotów oddać życie za wyznawane ideały, z drugiej film o kobiecie, która kilka lat po egzekucji Fučíka została skazana na śmierć przez komunistyczny rząd.

Co mogę napisać… Reportáž psaná na oprátce to ciekawy przykład tego, jak ideologia zmienia myślenie i czyny człowieka. Miejscami miałam dość gadania o dobru sprawy, niemniej uważam, że nie straciłam czasu. Takie rzeczy warto raz na jakiś czas przeglądać – by pamiętać. I ku przestrodze.

Na marginesie: istnieje polskie tłumaczenie, Reportaż spod szubienicy.

 

  • Roman Brandstaetter, Ja jestem Żyd z ‚Wesela’

Gdyby nie tytuł, na bank byłabym przekonana, że trzymam w rękach książeczkę dla dzieci. Ten format  i okładka bardzo przypominają mi książki, które czytałam w wieku kilku lat.

Opowiadanie Brandstaettera to ciekawe uzupełnienie do Wesela Wyspiańskiego. Historię samego ‚Żyda z Wesela’ znam z lekcji polskiego, ale czy moja polonistka opierała się na tekście Brandstaettera czy na czymś innym, ciężko mi powiedzieć. Dość stwierdzić, że kojarzyłam, o co chodzi.

W tym miejscu poczynię chamską reklamę Muzeum Młodej Polski w krakowskich Bronowicach. Na chwilę obecną jest nieczynne (strona internetowa nie podaje, czemu ani kiedy będzie otwarte ponownie), ale jeśli będziecie mieli okazję tam zajrzeć, to gorąco polecam.

Za możliwość odświeżenia i spojrzenia z innej perspektywy na historię Hirsza Singera ślicznie dziękuję Szurensowi 🙂

 

  • Dmitry Glukhovsky, Futu.re

Oto ona! Winowajczyni! Sprawczyni mojego regresu! Powieść, która wyjęła mi z życia ponad dwa tygodnie! I która miała czelność się skończyć!

Do tej pory przeczytałam trzy książki Glukhovskiego – Metro 2033, Metro 2034 oraz Witajcie w Rosji. Mój stosunek do tego pisarza był dość ciepły, ale nie spodziewałam się tak gwałtownej zmiany moich odczuć podczas czytania Futu.re.

Co tu dużo gadać, Glukhovsky podskoczył w moich osobistych sondażach bardzo wysoko i mam nadzieję, że prędko nie spadnie.

Generalnie mój pomysł na lekturę Futu.re był taki, że przerzucę te nieco ponad sześćset stron w kilka dni. Miałam fazę na czytanie, szybko mi szło, poza tym co to dla mnie sześćset stron, umówmy się. Taaaa…

Czytanie Futu.re z postanowieniem zrobienia maratonu jest totalnie bez sensu. Ta powieść jest przegenialna i nie zasługuje na szybkie przeczytanie w pociągu czy podczas przerw w pracy. Moje plany czytelnicze szybko legły w gruzach, chciałam cieszyć się powieścią najdłużej, jak tylko się dało.

Mogłabym napisać obszerną opinię, wyszczególnić wszystko, co było dobre i wszystko, co było zajebiste, ale tego nie zrobię. Nie z lenistwa, o nie!

Powiem Wam tak:

Idźcie. Zamknijcie przeglądarkę, wyłączcie komputer, wypożyczcie/kupcie tę powieść i czytajcie ją. Czytajcie i rozpowiadajcie, jaka jest dobra.

W życiu bym nie przypuszczała, że wizja przyszłości, gdzie nie ma śmierci i starości, tak bardzo podbiłaby moje serce.

Futu.re otrzymuje Czechożydkowy Atest Zajebistości.

 

 

Jeżeli chodzi o luty to mam bardzo ambitny plan przeczytać przede wszystkim jedną książkę – Łaskawe Jonathana Littella. Tomiszcze straszliwe (1040 stron), kontrowersyjne, ponoć grafomańskie, ale dopóki się o tym nie przekonam, to nie komentuję sprawy. Do Łaskawych zbieram się od… początku studiów? Coś takiego.

Ktoś z Was czytał?

PS Z rosnącym niepokojem śledzę to, co się teraz dzieje w Polsce w związku z tą nieszczęsną ustawą, która (przy pewnej interpretacji) mogłaby narobić dużo złego osobom takim, jak ja – interesującym się i piszącym o Żydach, o polskich Żydach oraz o Holokauście.

Na chwilę obecną powstrzymuję się od wszelkiego komentowania, mając nadzieję, że sytuacja w miarę szybko się uspokoi…

 

 

Źródło zdjęcia w nagłówku: Pacto Visual, Unsplash