Znalezione na Netflixie cz.4

Poprzedni znaleziskowy wpis zdominowała tematyka drugowojenna i okołoholokaustowa. Zdaję sobie sprawę z tego, że możecie być już trochę zmęczeni (mnie samej te klimaty momentami wychodzą bokiem), dlatego przystąpiłam do przeszukiwania nowości na Netflixie z mocnym postanowieniem: nie napiszę wpisu, dopóki nie uzbieram trzech filmów/seriali niezwiązanych z Zagładą!

Ktoś w Netflixie musiał widocznie się o tym dowiedzieć, ponieważ nie dość, że udało mi się coś wygrzebać z nowości, to jeszcze są to całkiem niezłe tytuły!

Zapraszam, dzisiaj będzie sporo polecania.

 

Milada – moje wielkie zaskoczenie. Wyobraźcie sobie taką sytuację: odpalam Netflixa, zjeżdżam na listę polecanych tytułów, na pierwszym miejscu to. Ale jak to, myślę sobie, nakręcono film o Miladzie Horákovej? Dlaczego tego nie zarejestrowałam?

Po szybkim researchu okazało się, że miałam prawo, ponieważ jest to nowa produkcja (ubiegłoroczna, premiera w Czechach miała miejsce 2.11.2017). Prędzej czy później jednak by do mnie dotarła informacja o jej istnieniu, ponieważ Netflix jest jej oficjalnym dystrybutorem (yessss).

Milada to film, na który czekali chyba wszyscy Czesi i osoby zajmujące się historią Republiki Czeskiej. Milada Horáková, prawniczka i polityk, działaczka feministyczna, znana każdemu bohemiście jako ofiara komunistycznego reżimu, w 1950 roku została skazana w procesie pokazowym na karę śmierci za szpiegostwo (oskarżenia były fałszywe, zeznania wymuszono).

Postać Horákovej długo czekała na filmowe upamiętnienie; to, o którym dzisiaj piszę, ma swoje wady, ale mimo wszystko przeważają zalety (aczkolwiek do takiego wniosku doszłam dopiero parę dni po seansie). Wpierw garść faktów: Milada jest produkcją międzynarodową z takąż obsadą, dodatkowo językiem, którym posługują się aktorzy, jest angielski (z czeskim akcentem; w czeskich kinach puszczano wersję z dubbingiem). Tytułową rolę zagrała izraelska aktorka Ayelet Zurer (pod uwagę brane były także Maggie Gyllenhall i Kate Winslet). Całość kręcono w Czechach, m.in. w Pradze i Terezinie.

Najsłabszą stroną filmu jest jego poszatkowanie. Pierwsza połowa była dla mnie niestrawna – przeskakiwanie o kilka lat do przodu bez uprzedzania widza (trzeba było się domyślać, o którym roku mowa w danej chwili) strasznie przeszkadza w odbiorze, przez to film jest bardzo nierówny. Na szczęście później było zdecydowanie lepiej… Nie podobało mi się także ubrązowienie postaci Horákovej; przeczytałam gdzieś, że reżyser absolutnie nie chciał robić filmowej laurki, ale nie jestem jakoś specjalnie do tego przekonana, moje wrażenia były inne. Nie jest to jednak coś, co w moich oczach przekreśla ten film, ubrązowienie nie jest zbyt silne.

Dobrze, przejdźmy do zachwytów. Przede wszystkim – odtwórczyni głównej roli. Ayelet Zurer miała tę przewagę nad swoimi rywalkami, że jej matka urodziła się w Czechosłowacji, gdzie jako kilkuletnia dziewczynka w czasie drugiej wojny światowej ukrywała się w słowackim klasztorze (wyemigrowała do Izraela jako nastolatka). Zurer łatwiej więc było odnaleźć się w historii Horákovej, rozumiała realia (co zresztą mówi sam reżyser – klik), moim zdaniem była bardzo autentyczna w swojej roli. Do tego to podobieństwo! To, jak bardzo wpasowywała się w przestrzeń, w czeskie plenery! Zurer zasłużyła na wszystkie możliwe nagrody za swoją pracę. Jeżeli chodzi o resztę obsady to przyjemnie było zobaczyć m.in. Hanę Vagnerovą i Annę Geislerovą (ta druga pokazała, że jest przezajebistą aktorką!). Za zaletę uznaję także to, że przy Miladzie pracowało bardzo dużo ludzi z różnych krajów, że nie jest to w stu procentach czeska produkcja. Owszem, czuć trochę za dużo dramatyzmu, ale wydaje mi się, że był potrzebny. Być może dzięki temu film o Horákovej nie przejdzie bez echa.

Koniec końców uznaję Miladę za film niegłupi i warty uwagi. Zaznaczam, nie jest idealny – w trakcie mocno wkurzało mnie poszatkowanie, po paru dniach jednak moja irytacja osłabła i zaczęłam doceniać całość. Bądź co bądź nie samym montażem człowiek żyje.

 

Grace and Frankie (sezony 1-4) – serial znam od dawna, natomiast piszę o nim dopiero teraz, ponieważ kilka dni temu światło dzienne ujrzał czwarty sezon. Czas najwyższy napisać więc kilka słów na temat tego tytułu.

Grace and Frankie to serial zaliczany przez mojego męża do kategorii seriali/filmów dla starych bab. Dość zwariowana obyczajówka, gdzie dwie niespecjalnie przepadające za sobą kobiety dowiadują się, że ich mężowie mają ze sobą romans od dwudziestu lat i że chcą wziąć ze sobą ślub, a co za tym idzie – rozwieść się ze swoimi żonami. Rzecz przeurocza i pełna wdzięku między innymi za sprawą odtwórczyń głównych ról – Jane Fondy i Lily Tomlin.

Dlaczego o tym tutaj wspominam? Gdzie Żydzi, zapytacie? 😉 Otóż Frankie, jej były mąż oraz ich adoptowani synowie są rodziną aszkenazyjskich Żydów (synowie przejęli wyznanie przybranych rodziców). Co prawda ściśle żydowskich wątków za dużo tutaj nie ma, niemniej jednak Frankie i jej były mąż Sol są przewrażliwieni i ekspresyjni w żydowski sposób, do tego bardzo słodki (to trzeba zobaczyć, serio).

Serial pokochałam od pierwszego odcinka, ogląda mi się go super (nawet te najbardziej smutne odcinki związane z przemijaniem i starzeniem się). Polecam jako umilenie jesiennych i zimowych wieczorów.

 

Barbra: The Music… The Mem’ries… The Magic! – prędzej spodziewałabym się na Netflixie filmów z Barbrą Streisand w roli głównej (ach, kiedy będzie Yentl, co ja bym dała, by wykupili prawa do tego filmu… Wciskałabym go z uporem maniaka każdemu, kto by się napatoczył… Ekhm, wracając…), a nie zapisu koncertu z końca 2016 roku, ale skoro już się pojawił, to czemu by nie zerknąć.

Muszę przyznać, że jak na ponad siedemdziesięcioletnią kobietę Streisand trzyma się całkiem nieźle. Owszem, nie zawsze daje radę zaśpiewać tak, jak przed kilkudziesięciu laty, nie wyciąga już tak wysokich dźwięków (nie znam się, ale słyszę różnicę w Papa, Can You Hear Me śpiewanym na potrzeby filmu i wykonaniu z koncertu), niektóre efekty jej operacji plastycznych wyglądają koszmarnie, ale ogólnie rzecz ujmując nie jest z nią tak źle. Dalej porywa publiczność, zachowała swój urok. Koncert jest dość przyjemny w odbiorze, dowiedziałam się z niego sporo rzeczy na temat samej Streisand, absolutnie nie mogę powiedzieć, że straciłam czas.

Koncert polecam, ale jeżeli stwierdzicie, że widok Streisand nie jest zbyt apetyczny, to skupcie się na słuchaniu i tylko okazjonalnie zerkajcie na ekran.

Ciekawostka: zapis ten Streisand zadedykowała swojej ukochanej suczce. Urocze, prawda?

 

PS Marzy mi się posiedzieć kilka dni w Wielkiej Brytanii, by móc przejrzeć tamtejszą ofertę Netflixa. Tam to dopiero muszą być kwiatki!

 

*dygresja: ja wiem, jak powinno się to słowo odmieniać (Netfliksie zamiast Netflixie). Ale mi się ta opcja nie podoba 😉

Źródło zdjęcia w nagłówku: Ian Dooley, Unsplash. Źródła zdjęć: imdb.com, tvseriesfinale.com