Przeczytane w listopadzie 2017

Listopad – miesiąc wdrażania się w nową pracę, poprzedzony radosnym bezrobociem, na którym hasałam po świecie i robiłam wszystko to, na co wcześniej nie miałam czasu albo chęci. Opierdzielałam się, plus zrobiłam sobie tatuaż ^^ Efekt trzygodzinnej dłubaniny w nodze tutaj. Po wygojeniu wygląda o wiele lepiej. Wracając do tematu głównego – listopad mogę podsumować jako miesiąc przyzwyczajania się do porannego wstawania i jeżdżenia SKMką do Sulejówka (nie jest tak źle, może dlatego, że w SKMce nie trzęsie tak, jak w normalnym pociągu, co dla mnie jest OK. Choroba lokomocyjna u niektórych nie przechodzi z wiekiem…), wykańczania projektów rękodzielniczych (trzy komplety czapka+komin), stopniowego likwidowania sterty czeskiej prasy, nadrabiania zaległości towarzyskich oraz innych, drobnych spraw. Mi szara rzeczywistość nie grozi.

Myślałam, że w listopadzie uda mi się przeczytać sporo więcej, niż w październiku, a tymczasem życie zweryfikowało moje plany i wyszła mi w sumie dość krótka lista. Za to jestem zadowolona z tego, co przeczytałam, w większości były to dość grube książki. Ale, przecież nie chodzi o ilość, tylko o jakość, nie? Plus przewaliłam chyba kilkanaście zaległych numerów Reportéra, a to jest coś.

A w grudniu będzie u mnie dopiero wesoło, ponieważ jadę na kilka dni do Czech! *fajerwerki* To wielkie święto, ostatnio byłam tam ponad rok temu i zwyczajnie się stęskniłam.

Dobra, jedziemy z podsumowaniem. Kolejność przypadkowa.

 

  • Wiesław Myśliwski, Traktat o łuskaniu fasoli

Długo przymierzałam się do tej książki (chyba z rok) i kiedy wreszcie do niej usiadłam, już po paru stronach byłam zauroczona. Co prawda niektóre opowieści głównego bohatera nie były dla mnie Bóg wie jak wciągające, ale to nic, niewiele tego było. Wielkim plusem Traktatu był język – śliczna, bogata polszczyzna. Mniam. Będę to przyjemnie wspominać.

  • Ephraim Kishon, Abraham nic tu nie zawinił

Historia przeczytania tego zbioru opowiadań to przykład na moje wieczne zapominalstwo. Otóż zbiór ten przeczytałam pod koniec października i… zapomniałam go dodać do poprzedniego wpisu. Shame on me. W każdym razie przeczytałam, było to moje pierwsze spotkanie z Kishonem.

Te sześćdziesiąt sześć króciutkich tekstów niestety do mnie nie przemówiło. Nie mój poziom humoru, co poniektóre opowiadania wręcz trąciły myszką, jeżeli chodzi o dowcip. Część była po prostu nieśmieszna.

Na obronę mogę powiedzieć, że bardzo mnie zaciekawiło to, jak Kishon przedstawiał obywateli izraelskich, w tym Żydów europejskich, którzy emigrowali przed lub tuż po wojnie. Z kulturoznawczego i historycznego punktu widzenia jest to interesująca pozycja, nie powiem. Wydaje mi się jednak, że pojedyncza książeczka to trochę mało do wysnuwania jakichkolwiek wniosków – na szczęście Kishon pozostawił po sobie dość sporo, jest co czytać (także po polsku).

  • Seweryna Szmaglewska, Niewinni w Norymberdze

Lektura wspomnień Szmaglewskiej boli. I ma boleć. Pamiętam, jak przeżywałam Dymy nad Birkenau, które bolały mnie chyba tak samo (mimo, iż miałam wtedy inną wrażliwość na tematykę obozową), jak Niewinni w Norymberdze. Nie pamiętam już dokładnie, w każdym razie i jedna, i druga książka sprawiły mi psychiczny ból.

Nie jest to jednak ból, którego należy się obawiać. Z całego serca polecam twórczość tej pisarki każdemu, kto nie boi się zmierzyć z przeszłością, w tym przeszłością swojego narodu. Tego typu książki są bardzo potrzebne, bo przypominają o rzeczach, o których zapomnieć absolutnie nie można.

 

  • Pavel Kohout, Kde je zakopán pes

Moja pierwsza powieść Kohouta. Do znawców literatury czeskiej – zgadza się, nie czytałam jeszcze Kacicy (ze dwa krótkie fragmenty kiedyś tam, na studiach), ale planuję to szybko nadrobić. Nie tylko dlatego, że Kohout jest ważnym dla Czechów pisarzem: jego dzieła wciągają na amen!

Kde je zakopán pes pożyczyłam od przyjaciółki (Aga, dziękuję!) i nie wiem, jak jej się za to odpłacę.

Gdybym miała na szybko podsumować w kilku słowach, czym jest ta powieść, powiedziałabym, że kryminałem wspomnieniowym. Nie jest to jednak pełne określenie, ponieważ wspomnienia należą do samego autora i dotyczą nie tylko psa i miejsca, gdzie go zakopano, ale także osoby samego pisarza, jego żony, rodziny i przyjaciół. Tak więc jest to kryminał autobiograficzny, ale główną rolę przez większość książki gra pies Kohouta, Edison, zwany także Edą. Poprzez historię całego jego siedmioletniego życia czytelnik może obserwować sytuację panującą w komunistycznej Czechosłowacji (w tym ujęty jest proces powstawania Karty 77), a także sytuację rodziny i przyjaciół pisarza.

Czytałam to dość długo – raz, że w językach obcych czytam wolniej, dwa, ta powieść ma ponad pięćset stron. Niemniej jestem z faktu przeczytania ogromnie zadowolona. Kohout pisze w bardzo wciągający sposób, nigdy nie wiadomo, o czym zacznie pisać kilka, kilkanaście stron dalej. W jego opowieści o Edzie i trudnych czasach, w jakich przyszło im obu żyć, jest poza strachem i nieprzyjemnymi przeżyciami także miejsce na miłość, przyjaźń, ba, nawet na humor. Mnie osobiście bawiły niemożebnie fragmenty, w których pojawiał się Valtrr, papużka Kohouta i jego żony. Valtrr był niezwykle pojętną papugą, umiał powtórzyć sporo tekstów, w tym niekoniecznie bezpiecznych dla jego właścicieli.

Zdecydowanie warto (to był dobry początek czytania twórczości Kohouta), aczkolwiek nie wiem, czy kiedykolwiek doczekamy się polskiego tłumaczenia. Nie wydaje mi się, by ta powieść zyskała spore grono polskich czytelników. Owszem, jest świetna, ale wymaga wytłumaczenia na wstępie sporej liczby kwestii i nie sądzę, by wydanie Kde je zakopán pes opłacało się jakiemukolwiek wydawnictwu. Ale, może się mylę – obym się myliła!

 

  • Krzysztof Piskorski, Czterdzieści i cztery

Zachęcona którymś odcinkiem podcastu Czytu Czytu (oraz akcją Czytaj PL, w ramach której można było przeczytać tę książkę za darmo) sięgnęłam po Czterdzieści i cztery z nadzieją, że pod koniec będę równie entuzjastyczna, co jedna z prowadzących wyżej podlinkowanego podcastu. Byłam, zdecydowanie byłam!

Akcja powieści dzieje się w 1844 roku w świecie innym od tego, o którym słyszeliśmy wszyscy na lekcjach historii. W Europie okresu romantyzmu prym wiedzie energia próżni, którą udało się ludziom ujarzmić i wykorzystać do swoich celów. Ta energia (zwana etherem) pozwala m.in. na podróże do równoległych światów, ale też służy jako broń i jest śmiertelnie niebezpieczna.

Główną bohaterką Czterdzieści i cztery jest Eliza Żmijewska, polska poetka i wielka patriotka, ostatnia kapłanka pewnego słowiańskiego bóstwa. Podróżuje ona na Zachód, mając jeden cel – wykonać wyrok na Konradzie Załuskim, którego Rada Emigracyjna (z Juliuszem Słowackim na czele) uznała za winnego upadku powstania listopadowego. Sprawy jednak nie są takie proste, dodatkowo komplikują się na każdym kroku, który przybliża Elizę do celu.

Dałam się wciągnąć w tę mieszankę cyberpunku i romantyzmu. Powieść Piskorskiego to rzecz bardzo udana, dzięki której odrywałam się regularnie przez tydzień od rzeczywistości i nowej pracy. Jeżeli nie boicie się fantastycznego podejścia do własnej historii oraz nie czujecie psychicznego/fizycznego bólu na widok czasem odjechanych zmian w dziejach, to zdecydowanie polecam. Pozostali mogą czuć się źle podczas lektury.

Czterdzieści i cztery miejscami przypominało mi Nadzieję czerwoną jak śnieg Andrzeja W. Sawickiego. Co prawda w tym drugim są inne realia i inne powstanie, ale wydaje mi się, że obie te powieści mogłyby stać obok siebie na półce. Znacie coś w tych klimatach? Chętnie bym poczytała ^^

 

  • Wojciech Drewniak, Historia bez cenzury 2. Polskie koksy

Uwielbiam kanał Historia bez cenzury, głównie za osobę Wojtka Drewniaka (w tym jego miny) i jego jajcarskie podejście do wszystkiego, o czym opowiada. Żałuję, że za moich czasów licealnych nie było czegoś takiego, na bank dzięki temu miałabym lepsze oceny z historii. Nic to, braki w wykształceniu nadrabiam teraz. HBC absolutnie nie jest dla każdego, co poniektórzy (patrz omówienie Czterdzieści i cztery) mogliby mieć ból dupy  istnienia w związku z miejscami kontrowersyjnym podejściem prowadzącego do omawianego tematu (bo jak tak można?!?!?!11111oneone).

Ja natomiast nie zaliczam się do tej grupy i po prawie każdym nowym odcinku pieję z zachwytu. O mamo, jakie to jest dobre. Byłam cholernie ciekawa, jak Drewniak sprawdza się jako pisarz. Podobnie, jak w przypadku powieści z punktu wyżej, Historię bez cenzury 2 przeczytałam w ramach akcji Czytaj PL. Szkoda tylko, że nie udostępniono także pierwszej części, ale nie można mieć wszystkiego.

Książka jest w porządku. Nie zrobiła na mnie wielkiego wrażenia – większość omówionych postaci znam z kanału na YT, można powiedzieć, że lektura niektórych rozdziałów mnie znudziła. Ale, nie jest to zła rzecz! Jeżeli ktoś nie zna programu, to niech sięgnie, bo można się pośmiać. Ja się ubawiłam, podejrzewam, że przy pierwszej części miałabym podobną reakcję.

Tak na marginesie to po przeczytaniu tej książki utwierdziłam się w przekonaniu, że my, Polacy, jesteśmy zdolnym narodem i kiedy obierzemy sobie jakiś cel, to nic nas nie powstrzyma przed jego osiągnięciem… Nic poza nami samymi i „nie chce mi się”.

 

  • Art Spiegelman, Maus. Opowieść ocalałego (tomy 1-2)

Oddzielny wpis w przygotowaniu.

 

Plany na grudzień? Doczytać to, co mam zaczęte i czytać w miarę odprężające rzeczy. Zimowa aura temu sprzyja – nic, tylko siedzieć pod kocem z kubkiem herbaty, psem w nogach i książką. I nie przepieprzyć pół pierwszej wypłaty na czeskie książki… ^^’

PS BTW – od jakiegoś czasu usiłuję wypchnąć w świat sporą część przeczytanych książek, czy to na wymianach, czy na facebookowych grupach sprzedażowych. Jeżeli ktoś z Was znalazł w podsumowaniach coś, co mu się spodobało, to niech da znać w komentarzach albo mailem na czechozydek[at]gmail.com. Jestem otwarta zarówno na wymiany, jak i odsprzedaż!

 

Zdjęcie w nagłówku: Death to Stock