Bawię się w rękodzieło – szydełkuję. Raz lepiej, raz gorzej.

Ostatnio mam tendencję do wyliczania i pisania w częściach. Dobrze by było to zmienić, w końcu i Wam, i mi się ta forma kiedyś znudzi… Ale jeszcze nie teraz! Gdybym miała napisać ciągiem jeden tekst na temat rękodzieła w moim wykonaniu, miałby on pewnie z kilkanaście stron. A tego nie chcemy.

Niedawno rozmawialiśmy o moich pierwszych krokach w szyciu (które trwają i trwają i trwają), dzisiaj przyszedł czas na opowieść o mojej drodze do szydełkowania. Brzmi jak początek badziewnej powieści fantasy – początek drogi do czegoś, do bycia uberzajebistym itd. Inaczej jednak nie da się tego ująć. Moja droga do szydełkowania była długa, kręta i pełna przeszkód, a kiedy dodamy pokiereszowane palce i brak snu (bo się wciągnęłam…) to wychodzi z tego drama i kino akcji jednocześnie.

Bo szydełkowanie, moi drodzy, wcale nie jest nudną czynnością dla babć. To potrafi być niezły rollercoaster, zwłaszcza, jak weźmiemy pod uwagę próbę wbicia szydełka w za ciasne oczko (Nojaprdlwłaź, do jasnej cholery!), obolałe palce, obolały nadgarstek, uciekający w drugi kąt pokoju kłębek czy też użeranie się ze źle przetłumaczonym tutorialem, o czym napiszę Wam trochę dalej. Ale też  – z drugiej strony – umiejętność posługiwania się szydełkiem sprawia, że człowiek czuje się stwórcą. Szydełko jest super do tworzenia form przestrzennych typu maskotki, koszyki, ozdoby świąteczne etc. Do tej pory nie przestaje mnie zadziwiać, ile rzeczy można wyczarować za pomocą tak prostego narzędzia.

Generalnie to uwielbiam szydełkować. Nie mam w tej dziedzinie tak dużego doświadczenia, jak na przykład w dzierganiu drutami, ale świetnie się przy tym bawię. Ba, a jaką wielką mam radochę, jak coś mi wyjdzie!

Dobra, bez przynudzania, jedziemy z tym koksem. Jak to się stało, że nauczyłam się machać szydełkiem?

 

Szydełkowanie było jedną z moich pierwszych prób jakiegokolwiek rękodzielniczenia. Co prawda częściej widziałam mamę z drutami niż z szydełkiem, ale pamiętam, że właśnie to drugie bardziej mnie intrygowało. Wyroby szydełkowe widziałam w gazetach i telewizji, czasem u koleżanek pojawiały się efekty prób dziergania typu ubranka dla lalek. Kiedy jednak przychodziło co do czego i próbowałam opanować posługiwanie się szydełkiem, zawsze następowała tragedia. Nie wychodziło mi absolutnie nic. Po paru podejściach rzuciłam to w cholerę.

Przez lata wzdychałam do koronek. Nie tych sklepowych, badziewnych serwetek, ale do porządnej, ręcznie robionej koronki. Co prawda mój styl ubierania się oraz ozdabiania otaczającej mnie przestrzeni miał do nich nie po drodze, ale cały czas marzyłam o tym, by raz na jakiś czas założyć koronkowy szal czy rękawiczki. Czyżby przemawiała przeze mnie prawdziwa kobieta? xD Nie mam pojęcia, wiem natomiast jedno – koronki były dla mnie małymi dziełami sztuki. Do tego kogo bym nie pytała, słyszałam, że są bardzo trudne w wykonaniu, że ich zrobienie to ciężka robota i w ogóle lata nauki, co tym bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu o ich wyjątkowości.

Długo myślałam, że niektórzy ludzie po prostu nie są w stanie nauczyć się dziergać szydełkiem. Co prawda przed obroną licencjatu udało mi się opanować robienie łańcuszka i półsłupków, ale ogrom obowiązków i spore zamieszanie w moim życiu sprawiło, że wróciłam do prób szydełkowania długo po przeprowadzce do Warszawy. Pomógł fakt, że na czwartym roku studiów wzięłam się za robienie na drutach – powiem tyle, że po paru miesiącach ćwiczeń zaczęły mi wychodzić pierwsze robótki, do tego wyglądały super i zastanawiałam się, jakim cudem nie sięgnęłam po druty wcześniej. Uparcie jednak twierdziłam, że szydełko jest moim wrogiem i nigdy nie nauczę się nim porządnie posługiwać.

Terefere.

(btw. z filiżanki-igielnika jestem dumna w ciul. Pierwszy raz montowałam safety eyes, wyszło super ^^)

Któregoś dnia miałam dość drutów, chciałam spróbować czegoś innego. Znalazłam na YouTube filmik instruktażowy z szydełkowymi kwiatkami-broszkami (o ten), obejrzałam raz i stwierdziłam – a co mi tam. Miałam w Warszawie jedno szydełko, znalazłam pasującą włóczkę i wzięłam się za robotę. Krok po kroku rozkminiłam tutorial, posprawdzałam, jak robi się wykorzystane w filmie ściegi, rozpisałam sobie wszystko i… zrobiłam dwie broszki. Które wyszły! Mam je do dzisiaj, okazjonalnie przypinam do swetrów.

Nie potrzebowałam żadnej specjalistycznej wiedzy ani doświadczenia, by wydziergać te dwie broszki. Wystarczyła znajomość łańcuszka i półsłupka oraz odrobina samozaparcia. W tamtej chwili dotarło do mnie, że chyba jednak szydełko nie jest moim wrogiem… Pełna wiary we własne siły kupiłam na Allegro pierwszy zestaw szydełek, który później przydał mi się nieraz.

Broszki były pierwszym krokiem milowym, drugi zaś miał miejsce niedługo po ślubie, konkretnie w trakcie podróży poślubnej. Któregoś dnia pojechaliśmy z Jakubem do Aberdeen, wyhaczyliśmy tam Hobbycraft – największą pasmanterię, jaką w życiu widziałam. Tam było dosłownie WSZYSTKO – nici, włóczki, maszyny do szycia, pierdółki do scrapbookingu, guziki, czego dusza zapragnie. Gdybym mogła, wróciłabym do Polski z połową asortymentu… W każdym razie nabyłam tam parę rzeczy, w tym zestaw do wykonania szydełkowego borsuka.

O istnieniu czegoś takiego jak amigurumi nie miałam pojęcia. Po powrocie do kraju dokształciłam się, obejrzałam pierdyliard zdjęć szydełkowych maskotek i stwierdziłam e, coś tam już umiem, dam sobie radę! Ech, mało brakowało, by ten borsuk nigdy nie powstał…

Otóż okazało się, że instrukcja dołączona do zestawu jest źle przetłumaczona (z chińskiego na angielski). Nie dość, że podano tam zły ścieg, to jeszcze niektóre etapy są porąbane i kompletnie bez sensu. W rozeznaniu się w instrukcji bardzo pomogła mi Qrkoko (Agata, pozdrawiam!). W którymś momencie zacięłam się, prułam, próbowałam od nowa, ponownie prułam… Aż rzuciłam robótkę na kilka miesięcy.

Wróciłam do nieszczęsnej maskotki jakoś rok temu. Zdążyłam się trochę poduczyć, wydziergać parę rzeczy, a co najważniejsze – miałam warunki, by na spokojnie popróbować z wykończeniem borsuka. Udało mi się, efekt poniżej. Co się przy tym namęczyłam i nabluźniłam, to moje. Co prawda borsuk ma lekki stopień upośledzenia, ale wierzcie mi – robiłam wszystko, by cokolwiek sobą przedstawiał. Obecnie znajduje się on na biurku Jakuba (który zresztą namówił mnie na zakup zestawu, bo przecież borsuki są słodkie), mimo swojej ułomności jest przez wszystkich uwielbiany. ^^

Poza broszkami i upośledzonym borsukiem mam na koncie także sporo innych rzeczy, m.in. całe pudełko breloczków-ośmiorniczek, które wydziergałam jako wsparcie dla akcji Ośmiorniczki dla wcześniaków. Dziergam, kiedy wpadnę na genialny pomysł, chcę odpocząć od drutów lub dostanę w swoje ręce super włóczkę, która aż się prosi, by coś z niej wyszydełkować (jak na przykład pokazany poniżej koszyk).

Obecnie skupiam się na robieniu płaskich robótek, ale mam już pewne doświadczenie w bryłach czy obszywaniu (podczas tworzenia poduszek-poddupników uprawiałam niesamowitą ekwilibrystykę; polegała ona na tym, by jednocześnie obszyć brzegi poduszki i nie pokłuć się szpilkami/nie wbić szydełka pod paznokieć). W momencie pisania tego wpisu jestem w trakcie pracy nad pierwszym w życiu bieżnikiem – co prawda nie mam tak dużego stołu, ale kto wie, może kiedyś się dorobię.

Szydełko nie służy mi wyłącznie do robienia nowych rzeczy, często używam go do wykańczania robótek z drutów. na przykład zszywam ze sobą elementy (chociaż plastikowe igły są zazwyczaj wygodniejsze), zakańczam robótkę (można to zrobić drutami, ale szydełko jest bardziej skuteczne), wrabiam końcówki włóczki albo łapię upuszczone oczka… Nie umiem sobie wyobrazić dziergania na drutach bez szydełka na podorędziu.

 

Nie powiem, bym była nie wiadomo jak uzdolniona w tym kierunku, ale szydełkowanie sprawia mi dużą przyjemność. Wymaga cierpliwości i dobrych warunków (mi na przykład ciężko się szydełkuje w podróży), ale odpręża i daje w miarę szybko efekty.

Teraz kilka słów na temat narzędzi, jakie mam w domu. Jak zapewne się domyślacie, na jednym zestawie się nie skończyło. Na początku starałam się być rozsądna i nie kupować kolejnych szydełek (bo przecież czym one się różnią… Ha. Ha. Ha.), ale z czasem zorientowałam się, że ze zwykłymi aluminiowymi (przy wszystkich moich pomysłach) daleko nie zajadę. I tak jestem właścicielką:

  • kompletu zwykłych aluminiowych szydełek (Allegro)
  • kompletu szydełek tunezyjskich (Aliexpress) plus pojedynczego szydełka tunezyjskiego, które kupiłam w Szkocji (w tamtym czasie w Polsce ich nie było)
  • kompletu tzw. szydełek z Biedronki (dla niesiedzących w temacie – recenzja Qrkoko). U mnie się sprawdzają, dobrze mi się nimi pracuje
  • kompletu szydełek Orient (średnica 2mm i mniej, idealne do amigurumi i koronek)
  • paru pojedynczych szydełek z różnych źródeł, w tym jednego podwójnego – od mamy ^^

Jeżeli chodzi o różnie pierdółki-przydasie to przyjrzę się im szerzej w następnym wpisie (używam ich zarówno przy robótkach szydełkowych, jak i tych na drutach).

Na koniec moja rada dla początkujących oraz osób, które chciałyby zacząć, ale się boją. Nie ma czego, serio. Trzeba się tylko nastawić na to, że z początku może nie wychodzić nic. Moja nauka trwała bardzo długo, podejrzewam, że gdybym się wcześniej zebrała, to dzisiaj miałabym już kilkunastoletnie doświadczenie.

Najważniejsze jest dobre, wygodne szydełko (nie polecam porywać się na cieniutkie – te od trzech milimetrów w górę będą ok), gruba, jasna włóczka (by było widać cały splot i wszelkie niedociągnięcia), czas i duuużo cierpliwości. Oraz ćwiczeń. Bez ćwiczeń ani rusz! Szydełkowanie i robienie na drutach wymaga wyćwiczonych rąk.

Chciałabym jeszcze tylko powiedzieć, że każdy uczy się inaczej, na przykład Marysia Górecka (Mamy Gadżety) błyskawicznie przeszła od nauki podstaw do robienia konkretnych rzeczy. Do dzisiaj jestem pod wrażeniem, jak udało jej się to osiągnąć.

 

I na koniec dodam, że wbrew temu, co ludzie opowiadają, robienie koronkowych wyrobów nie jest wcale takie trudne. Przynajmniej tych prostych. To mówię ja – autorka sześciu szydełkowych aniołków i początkująca w sztuce dziergania bieżników. ^^

PS Moim największym źródłem inspiracji szydełkowych jest blog wyżej wspomnianej Qrkoko, który wszystkim gorąco polecam!

 

Zdjęcie w nagłówku: Marat Gilyadzinov, Unsplash. Reszta zdjęć pochodzi z mojego Instagrama (@czechozydek) i jest mojego autorstwa.