Znalezione na Netflixie cz.2

Lud Instagrama zadecydował w ankiecie na Insta Stories (*reklama* polecam swój profil, jestem na Instagramie jako @czechozydek, codziennie wrzucam na Stories różne czechożydkowe pierdółki *koniec reklamy*), że nadszedł czas na drugi tekst o znaleziskach na Netflixie.

Lud prosił, lud otrzyma. Lud sam tego chciał.

Tych, którzy nie czytali poprzedniego wpisu, zachęcam do jego uprzedniego nadrobienia, ponieważ dzisiaj będzie dominował jeden konkretny temat – Holokaust. A raczej obozy koncentracyjne. Plus będzie trochę nostalgii.

Powiedziałam – lud zadecydował, lud dostanie. ^^ Spokojnie, na następny wpis zaplanuję coś innego, tak dla równowagi.

Także przejdźmy do tego, przy czym ostatnio dziergałam czapki.

 

Auschwitz – naziści i „ostateczne rozwiązanie” (Auschwitz: The Nazis and ‚The Final Solution’) – sześcioodcinkowy serial BBC opowiadający, jak się można domyślić, o Auschwitz. Ale czy tylko? No właśnie nie – twórcy mogliby przedstawić li i jedynie historię obozu w Oświęcimiu (z filiami), zamiast tego zdecydowali się na o wiele szerszy kontekst. I tak oto Auschwitz zostało umieszczone w przedziale czasowym wykraczającym poza drugą wojnę światową; serial wyjaśnia genezę powstania obozu, stawia go obok innych, powstających równolegle lub niewiele później fabryk śmierci.

Jednym z twórców tego serialu jest Laurence Rees, brytyjski historyk, autor różnych publikacji na temat drugiej wojny światowej. Piszę o tym, ponieważ jedną z jego książek miałam okazję częściowo przeczytać podczas pisania mojej pracy maturalnej z języka polskiego – mowa o Auschwitz. Naziści i „ostateczne rozwiązanie”. Lektura tego opracowania była dla mnie wielką pomocą przy pisaniu, do tego mam do niego olbrzymi sentyment (jedna z moich pierwszych książek o Auschwitz). Dlatego też jak tylko zobaczyłam serial o tym samym tytule i z nazwiskiem Reesa jako współtwórcy, wiedziałam, że muszę to obejrzeć jak najszybciej.

Kuba patrzył na mnie z lekkim przerażeniem, jak pochłaniałam odcinek za odcinkiem. Nie zafundowałam sobie maratonu, jeszcze na tyle szanuję swoją psychikę – Wam też to polecam. Serial jest super, ale nie warto szargać sobie nerwów, oglądając za jednym posiedzeniem całość.

Zabrakło mi przyjrzeniu się wszystkim obozom zagłady. Owszem, były wzmianki, ale nie wszędzie twórcy byli, nie o wszystkim powiedzieli. Ja wiem, że to nie o tym miał być ten serial, ale czułam, że zrobienie krótkich fragmentów traktujących tylko o Treblince, Sobiborze, Bełżcu i Chełmnie wyszłoby temu przedsięwzięciu na dobre. Poza tym polecam.

Auschwitz: naziści i „ostateczne rozwiązanie” to bardzo ciekawe i szerokie podejście do tematu obozu Auschwitz. Nie tylko wyjaśnia, dlaczego naziści zdecydowali się na zainicjowanie budowy tego obozu, ale też koncentruje się na znaczeniu Auschwitz jako części wielkiego planu zgładzenia różnych narodów. Jako dokument spełnia swoją rolę – przybliża i daje do myślenia.

Kiedy oglądałam zamieszczone w serialu wywiady z byłymi więźniami przed oczami stawało mi Shoah Claude’a Lanzmanna. Niby dwa zupełnie różne dzieła, dwa różne podejścia…

 

Nadzy wśród wilków (Nackt unter Wölfen) – przy tym akurat nie dziergałam. Kilka godzin wcześniej zrobiłam sobie ósmy z kolei tatuaż (klik) – nie wiem, czy wiecie, ale czasami na kilkugodzinne dłubanie igłą organizm ludzki reaguje tak, że dostaje gorączki i nie jest w stanie robić nic poza leżeniem i patrzeniem. Także skończyło się na tym, że leżałam i oglądałam ten przykład niemieckiej kinematografii.

Akcja filmu rozgrywa się w obozie Buchenwald na krótko przed końcem wojny. Wśród więźniów panują buntownicze nastroje, szykowane jest powstanie przeciwko nazistowskim władzom. Sytuacja spiskujących zmienia się o sto osiemdziesiąt stopni w momencie, kiedy okazuje się, że do obozu zostaje przywiezione z najnowszym transportem żydowskie dziecko. Więźniowie decydują się na uratowanie chłopca, co okazuje się być zadaniem prawie nie do wykonania w momencie, kiedy komendant obozu dowiaduje się o wszystkim i rozpoczyna się polowanie na dziecko i ukrywających je mężczyzn.

Pierwsza moja w miarę trzeźwa myśl podczas seansu – niemożliwe, niezła fikcja, nie miałaby miejsca w rzeczywistości. Szybko jednak przypomniałam sobie, że przecież o historii Buchenwaldu nie mam bladego pojęcia, dlatego też w ruch poszła Wikipedia i inne źródła. Słuchajcie, ten film oparty jest na prawdziwych wydarzeniach. Nie jest dokładnym odwzorowaniem rzeczywistości, ale faktycznie pod koniec wojny w Buchenwaldzie znalazł się mały żydowski chłopiec. I faktycznie więźniowie, którzy się nim opiekowali, przyczynili się do tego, że maluch przeżył wojnę. Ten chłopiec nazywa się Stefan Zweig i żyje do dnia dzisiejszego. Jego historia nie do końca pokrywa się z tym, co można zobaczyć w filmie, ale jednak miała miejsce.

Na Netflixie dostępna jest wersja z 2015 roku (konkretnie produkcja telewizyjna). Z tego, co udało mi się wygrzebać w sieci, film ten był kręcony na terenie byłego obozu Buchenwald, aczkolwiek nie jestem w stu procentach pewna, nie udało mi się tego potwierdzić nigdzie poza Wikipedią.

Film jest bardzo dobrze zrealizowany, nie emanuje patosem (aczkolwiek w wielu momentach można było na coś takiego pozwolić, ta historia jest naprawdę przerażająca). Wielkim plusem jest wielojęzyczność więźniów (Jezu, jak dobrze, że ktoś o tym pomyślał), przy czym ważne jest, że to wielojęzyczność w dużej mierze naturalna – tam grali zarówno Polacy, jak i Niemcy. Poza jednym przypadkiem nie wyłapałam żadnego aktora, który był zmuszony do mówienia w języku, którego nie zna (przypadek dotyczy słoweńskiego aktora Marko Mandiča, który ma kilka kwestii po czesku. Przynajmniej to brzmi jak czeski), wszystko brzmiało w miarę normalnie.

Zdecydowanie warto obejrzeć, zwłaszcza, że obsada jest bardzo ciekawa. Jednego z więźniów gra Sylvester Groth (Goebbels z Bękartów wojny); na jego widok Jakub – zerknąwszy na ekran tylko raz – aż przysiadł obok mnie i obejrzał spory kawałek filmu, pozwalając nawet wytłumaczyć, kto jest kim i że Groth nie gra nazisty. Musiałam się pochwalić, sami rozumiecie. ^^

 

Jak sami zauważyliście, ten wpis jest trochę monotematyczny, dlatego też postanowiłam go uzupełnić o tytuły, które także można znaleźć na Netflixie, a które widziałam już dawno temu. Zwykle nie wracam po raz drugi do obejrzanego filmu, rzadko robię wyjątki. Uważam jednak, że poniższe filmy warto zobaczyć.

Mowa o…

  • Życie jest piękne (La vita è bella) – Wyciskacz łez, ale jaki piękny! Jeśli ktoś z Was jeszcze tego nie widział, niech leci nadrabiać, bo ten film jest wart wszystkiego. Zarwanej nocy, zaspania do pracy, miliona łez,wszystkiego. Uwielbiam to, co tam robił Benigni. Absolutne must see.
  • Chłopiec w pasiastej piżamie (The Boy in the Striped Pyjamas) – widziałam to niedługo po przeczytaniu książki, czyli jeszcze… w liceum. Dawno temu. Jako ekranizacja jest w porządku, aczkolwiek za zakończenie ścigałabym scenarzystę po całym mieście z siekierą. By nie spoilerować: za dużo chwytów pod publiczkę, niektórych elementów nie trzeba było aż tak uwypuklać, co wrażliwsi mogą mieć po seansie koszmary. Nie radzę oglądać przed snem. Znajomość książki nie jest wymagana, ale moim zdaniem warto wpierw sięgnąć właśnie po książkę.

W ramach ciekawostki – właśnie Chłopiec w pasiastej piżamie był jedną z moich pierwszych obozowych lektur. Mimo, iż jest fikcją, robi wrażenie porównywalne do prawdziwych wspomnień byłych więźniów. Gorąco to polecam.

W kolejnej odsłonie porozmawiamy m.in. o Look who’s back – filmie o Adolfie Hitlerze, który przyprawił mnie o palpitacje serca i kiwanie się na kanapie z nadmiaru dziwnych treści.

PS Ostatnie dwa dni poświęciłam na intensywne naprawianie linków na blogu (podstawiałam te z własnej domeny w miejsce wordpressowych). W ubiegłym tygodniu skasowałam starą wersję bloga, także teraz wszystkie Czechożydkowe rzeczy znajdziecie właśnie tutaj.

Naprawiłam jak na razie kilkadziesiąt wpisów, ale przede mną jeszcze masa pracy. ^^’