Znalezione na Netflixie cz. 1

Z racji tego, że ostatnio odkryłam, że Netflix to samo dobro i można tam cuda znaleźć, wpadłam na pomysł, by podzielić się na blogu swoimi filmowo/serialowymi znaleziskami.

Podejrzewam, że wiele osób ma wykupione konto na Netflixie głównie dla seriali. Netflix jednak jest także skarbnicą rozmaitych filmów, przy czym oferta różni się w zależności od regionu. Z tego, co się orientuję, oferta brytyjska jest o niebo lepsza od naszej, ale jak poskakałam po kategoriach na Jakuba koncie* to doszłam do wniosku, że polskie zasoby nie są wcale takie złe.

Netflix nie dość, że pozwolił mi nadrobić co nieco zaległości kulturalnych, to jeszcze uszczęśliwił (i uszczęśliwia) mnie pod względem tytułów zgodnych z tematyką bloga. Nie ma tygodnia, bym na coś nie natrafiła.

Moi drodzy, przed Wami pierwszy tekst z cyklu „Co Czechożydek znalazł na Netflixie i przy czym robił na drutach”. Nie zawsze są to dzieła wybitne czy urywające części ciała, ale są. Jedyną przyjętą przeze mnie zasadą pisania jest chronologia obejrzeń, nie kategoryzuję wpisów, tylko wrzucam tytuły, jak leci. Enjoy.

 

The Meyerowitz Stories (New and Selected) Tytułowej rodzinie Meyerowitzów nie da się zazdrościć. Składają się na nią bardzo trudny, zapatrzony w siebie i swoje potrzeby ojciec-artysta (Dustin Hoffman), dwóch synów, z czego jeden jest wiecznie bez pracy, ale sprawdza się w roli ojca (Adam Sandler), drugi zaś jest ogarnięty i zapracowany, ale z własną rodziną jakoś mu się nie układa (Ben Stiller), do tego wszystkiego dochodzi córka, której nikt nie zauważa (Elizabeth Marvel). Generalnie film opowiada o poszczególnych fragmentach z życia rodziny, przedstawia każde z dzieci z osobna, jednocześnie podkreślając, że każde z nich ma zupełnie inną relację z ojcem. Żadna z nich nie jest dobra, natomiast różnią się one od siebie charakterem. W momencie, kiedy ojciec trafia do szpitala, zaczynają się dziać naprawdę interesujące rzeczy, które mogą zmienić (i być może uzdrowić) rodzinę.

Podobało mi się. Jak dla mnie to często wieje tam Allenem, ale absolutnie mi to nie przeszkadzało. Wielkim zaskoczeniem było dla mnie to, że zarówno Sandler, jak i Stiller potrafią grać na poważnie i są w tym cholernie wiarygodni. Dla tego (plus, oczywiście, dla samej fabuły) warto obejrzeć ten film.

 

One of Us film dokumentalny o życiu trojga ludzi, które wystąpiły ze środowiska ultraortodoksyjnych nowojorskich chasydów. Twórczynie dokumentu (Heidi Ewing i Rachel Grady) skupiły się na wszystkim, na czym tylko się dało – specyfice chasydyzmu, jego wydania nowojorskiego, odizolowania ludzi od reszty świata pod względem kulturowym, językowym (nowojorscy chasydzi posługują się zarówno angielskim, jak i jidysz), jak i po prostu życiowym.

Osoby chcące odmienić swoje życie i opuścić społeczność narażone są na odrzucenie i ostracyzm, które przypominają to, jak traktowano przechrzty przez ich własne rodziny sto lat temu na terenie Europy Środkowo-Wschodniej. Tacy ludzie nie mogą liczyć na pomoc, na wsparcie, generalnie traktuje się ich jak odszczepieńców, nawet, jeżeli nie rezygnują z judaizmu na rzecz innej religii! Film Ewing i Grady na przykładzie trójki młodych ludzi pokazuje, jak bardzo zamkniętą grupą są chasydzi i jak trudne jest odnalezienie się w nowej rzeczywistości, kiedy nie ma się wykształcenia (chasydzi mają swoje szkoły), oszczędności i po prostu nie jest się przystosowanym do kultury „z zewnątrz”.

One of Us przykuło mnie do telewizora, z żalem musiałam zrobić sobie przerwę na tak prozaiczną rzecz jak pójście do pracy… A tak na serio to najlepiej jest obejrzeć ten film za jednym posiedzeniem.

Pod koniec przyszła mi do głowy myśl, że ten film poprzez swój (chcąc nie chcąc) negatywny wydźwięk może mieć nie za dobry wpływ na odbiór ogółu amerykańskich Żydów, mimo, iż wyraźnie zaakcentowano, że chasydyzm to odłam judaizmu i coś zupełnie odrębnego. Aczkolwiek wydaje mi się także, że może też mieć inny efekt – że przestanie się podchodzić do chasydów z perspektywy romantycznych wyobrażeń na temat przedwojennych żydowskich wsi i miasteczek.

To koniecznie trzeba zobaczyć.

 

Lída Baarová na koniec coś, czego absolutnie się na Netflixie nie spodziewałam, mianowicie film o Lídzie Baarovej, czeskiej aktorce, która miała to nieszczęście, że wplątała się tuż przed wojną w romans z Josephem Goebbelsem. Baarová gorzko zapłaciła za swoje sukcesy w Rzeszy oraz za związek z ministrem propagandy – po wojnie przebywała w więzieniu, gdzie groziła jej nawet kara śmierci (za kolaborację), natomiast po ułaskawieniu do końca życia borykała się z ostracyzmem i łatką kochanki Goebbelsa.

Film (skrywający się pod jakże ambitnym, ale mimo wszystko przyciągającym wzrok angielskim tytułem The Devil’s Mistress) oberwał potężną falą krytyki w Czechach, widzowie jeździli, po czym tylko się dało. Zdecydowałam się to obejrzeć z prostej przyczyny, mianowicie chciałam sprawdzić, co podczas przedstawiania tak kontrowersyjnej postaci można było spieprzyć.

Historia Baarovej opowiadana jest z perspektywy samej aktorki, która u schyłku życia udziela wywiadu młodej dziennikarce. Na jej opowieść składają się fragmenty życia Baarovej od momentu rozkwitu kariery, przez romans z Goebbelsem i ucieczkę z Niemiec aż do lat tużpowojennych. Odnoszę wrażenie, że scenarzysta poszedł na łatwiznę, taki schemat jest przewidywalny i lekko oklepany, ale dobra, niech mu będzie. Przynajmniej tak myślałam na początku filmu – niech mu będzie.

To jest słaby film. Bardzo. Scenariusz, dialogi, gra aktorska, efekty specjalne (!!!), koncept, jego realizacja i zakończenie – wszystko to powoduje ból oczu i istnienia. Wszystko jest tam drętwe, sztuczne, nudne, wywołujące spazmy śmiechu (przez łzy), no po prostu potworne.

Gdybym miała w tej całej karuzeli żenady wskazać trzy rzeczy, które przyprawiły mnie o jęki i ból głowy, powiedziałabym, że ten film ssie z powodu:

  • odtwórczyni głównej roli. Tatiana Pauhofová podobno (bo nie wiem, nie widziałam nic innego z jej udziałem) jest naprawdę dobrą aktorką i tylko ten film jest jakimś nieporozumieniem. Tak przynajmniej broniono tę panią w rozmowie ze mną. Powiem szczerze, mam cichą nadzieję, że tak jest i że Pauhofova nie była w stanie nic ze swoją rolą zrobić. Ale za to przez większość filmu wyglądała bardzo ładnie.
  • efekty specjalne. Tak, w tym filmie były EFEKTY SPECJALNE. Które bolały. ONE MI SPRAWIŁY FIZYCZNY BÓL. Zwłaszcza scena z płomieniami. PŁOMIENIAMI. AAAAAAAAAA
  • zakończenia, które mnie dobiło do reszty.

Kiedy już zebrałam się z podłogi po zjeździe z kanapy, pomyślałam sobie, że to strasznie przykre, że na Netflixie znalazł się akurat ten film. Czeskie kino wypuściło masę dobrych tytułów, a tymczasem już na wstępie trafiłam na to badziewie. Nie, nie, nieeeeeee.

Macie konto na Netflixie? Polecacie coś? Z seriali mam już za sobą m.in. Grace and Frankie, o którym to pewnie jakoś niedługo coś na blogu skrobnę. Cały czas jednak odkrywam ramówkę filmową, może ktoś z Was jest w stanie coś mi podpowiedzieć?

*Proszę Państwa, sposób na szczęśliwe małżeństwo – konto na Netflixie z dwoma profilami, gdzie każdy ogląda, co chce i raz na jakiś czas ustala, co się obejrzy razem. Kuba ma swoje seriale, ja filmy o Żydach. Między innymi ^^

 

Źródło zdjęć: Imdb, Rotten Tomatoes

Zdjęcie w nagłówku: Tracy Thomas, Unsplash