Stacja końcowa – Treblinka (26.08.2017)

Zbierałam się do tego wpisu ponad dwa miesiące. Powiecie, że dwa miesiące to kawał czasu, mogłabym już pięć razy opisać swoją wizytę w Treblince. Musze przyznać, że jakoś nie czuję wyrzutów sumienia – gorzej, że do samego wyjazdu zbierałam się… Cztery? Pięć lat? Paradoks Czechożydka: lata po świecie i odwiedza dalekie miasta, a taką Treblinkę zostawia na koniec, mimo, iż leży stosunkowo blisko Warszawy.

Ech, życie.

W końcu zebrałam się w sobie, przypomniałam bratu, że umawialiśmy się na wycieczkę ze sto lat temu i ustaliłam termin wizyty w muzeum. Jakby nie było, brat miał być kierowcą.

Standardowo mąż usiłował odwieść mnie od tego pomysłu, ale nie dałam się przekonać. Kto jak kto, ale ja muszę chociaż raz w życiu być w tak ważnych miejscach związanych z żydowską martyrologią.

I pojechaliśmy z Piotrkiem pewnej pięknej, słonecznej soboty.

Krótki rys historyczny: obóz zagłady w Treblince został wybudowany w połowie 1942 roku, dwa kilometry od już wtedy funkcjonującego Karnego Obozu Pracy. Pierwszy transport przybył 23 lipca 1942 roku, był to transport z getta warszawskiego, od tego dnia rozpoczęła się działalność obozu. Karny Obóz Pracy natomiast działał w okresie od lata 1941 do końca lipca 1944 roku.

Liczba ofiar obozu zagłady w Treblince jest bardzo trudna do ustalenia. Szacuje się ją na 700-900 tysięcy osób. Na tablicy informacyjnej przed wejściem na teren kompleksu podana jest liczba 800 tysięcy.

 

Zdjęcia nie oddają ogromu tego pola kamieni. Żadne zdjęcie tego nie odda. #treblinka #czechożydekpodróżuje #holocaust

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

 

Dojazd dla osoby niezmotoryzowanej jest o tyle kłopotliwy, że do muzeum nie jeździ absolutnie żaden autobus. Ani busik. Internet podpowiada rozmaite formy dotarcia na tereny po Treblince, m.in. pociąg do Małkini i stamtąd taksówką/na rowerze (można też stopem, jak ktoś chce), zawsze też można wysiąść na stacji wcześniej i jechać rowerem. Mnie ta opcja odstraszyła, ponieważ schizy pt. Ktoś mi ukradnie Mercedesa są u mnie bardzo silne i nie do wykorzenienia. Zresztą już na miejscu okazało się, że rower należy zostawić jedynie przed wejściem do budynku z wystawą stałą, zaś po kompleksie spokojnie można jeździć, ba, w jednym miejscu jazda nawet jest wskazana, chyba, że ktoś chce iść dwa kilometry przez las.

Poza tym inne możliwości to przytulenie się do wycieczki zorganizowanej (ale gdzie takowe są oferowane, pojęcia nie mam) ewentualnie do kogoś, kto ma samochód i jest gotów z Wami pojechać. Braciszku, pewnie to czytasz, dziękuję za wspólną wycieczkę! W każdym razie – my byliśmy uzbrojeni w GPS i daliśmy radę (jechaliśmy z Wołomina w kierunku muzeum, które bez problemu znaleźliśmy na mapie). A, parking dla osób odwiedzających kompleks jest bezpłatny.

 

 

Bilet wstępu (upoważniający do zwiedzenia wystawy stałej w budynku muzealnym) kosztuje sześć złotych. Jeżeli ktoś nie jest zainteresowany wystawą, nie musi kupować biletu, aczkolwiek radzę to mimo wszystko zrobić, ponieważ na odwrocie wydrukowana jest mapa całego kompleksu obozowego! To znacznie ułatwia zwiedzanie. Poza tym sześć złotych to niezbyt duża kwota, a w nią władze muzeum wliczyły także skorzystanie z parkingu i toalety.

No dobrze, zapytacie, a co tam w ogóle można zobaczyć? Przecież jeszcze w czasie wojny Treblinka została spalona, a następnie zrównana z ziemią, obóz pracy zaś zakończył działalność latem 1944 roku. Co tam w ogóle jest?

Wbrew temu, co sobie można pomyśleć (tam nic nie ma), do zobaczenia jest naprawdę dużo. Jeżeli spodziewacie się baraków, ruin i generalnie tego, co można zobaczyć w Auschwitz i Birkenau, to spieszę Was poinformować, że z architektury obozowej (zarówno w przypadku obozu zagłady, jak i obozu pracy) nie zachowało się praktycznie nic. Część zabudowań obozu zagłady została spalona w trakcie powstania więźniów, obóz pracy został zlikwidowany kilka miesięcy przed końcem wojny.

Treblinka w moim odczuciu jest dobrym przykładem na zagospodarowanie terenów poobozowych i przystosowanie ich zarówno do celów upamiętniających to, co się tam działo (co roku odbywają się tam uroczystości związane z rocznicą wybuchu powstania), jak i turystyczno-edukacyjnych, że tak się wyrażę. Równie dobrze można by cały teren ogrodzić i zamknąć, by nikt tam nie chodził, jednakże takie działanie nie ma sensu, jeżeli chcemy pokazać kolejnym pokoleniom, czym była Zagłada i dlaczego nie może się powtórzyć. Niby nic (gdzie „nic” to pojęcie względne) tam nie ma, ale – podobnie jak w Salaspils na Łotwie – nawet tam, gdzie nic nie ma, można stworzyć coś wyjątkowego.

Na początku zwiedzania warto moim zdaniem udać się do muzeum, a dopiero później przejść na teren obozu zagłady. Ekspozycja jest jasna, przejrzysta, pełna szczegółów i – ku mojemu zdziwieniu – rozmaitych eksponatów, głównie drobiazgów znalezionych podczas badań archeologicznych. Niby nie jest tego dużo, ale kiedy weźmie się pod uwagę historię tego miejsca… Nie spodziewałam się, że będzie co oglądać. Do tego w jednym z pomieszczeń zamontowane zostały fragmenty macew, którymi wcześniej była wyłożona droga z obozu zagłady do obozu pracy. Muszę przyznać, że w połączeniu z ciemnym kolorem ścian robi to wrażenie.

Droga na teren po obozie zagłady znajduje się przy parkingu, także po wyjściu z muzeum trzeba wrócić na parking i przejść prawie całą jego długość, by trafić na ścieżkę. Jeżeli dobrze się skręci, z miejsca widać pierwszy przykład symbol – podkłady kolejowe w miejscu, gdzie znajdowały się tory prowadzące na zaimprowizowaną stację.

Nie będę opisywać każdego pomnika z osobna, mogłabym się rozpisać na kilka stron. Zdjęcia są ogólnodostępne, chyba nawet są przedrukowywane w podręcznikach, Internet jest ich pełen. Powiem natomiast taką rzecz: mnie osobiście poraził ogrom tego miejsca. Morze kamieni upamiętniających poszczególne miasta, miasteczka (czy wsie, nie wiem). Gdyby to było puste pole, nie zrobiłoby to na mnie tak wielkiego wrażenia.

Osoby odpowiedzialne za zaprojektowanie poszczególnych pomników (oraz całych wysp z głazami) odwaliły kawał dobrej roboty. W Treblince praktycznie nic nie zostało, ale to, co powstało po wojnie, budzi grozę. Być może jest bardziej sugestywne, niż jakiekolwiek ruiny.

Żadna książka, żadne opracowanie historyczne nie odda tego, co w człowieku może wzbudzić ten widok. I chociażby dlatego warto tam pojechać.

 

Cóż mogę powiedzieć – to jedyne w swoim rodzaju muzeum-miejsce pamięci. #treblinka #czechożydekpodróżuje #holocaust

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

 

Jeżeli ktoś zdecyduje się na dalsze zwiedzanie, może pójść leśną drogą w kierunku obozu pracy. Zmotoryzowanym i rowerzystom na pewno ułatwi życie fakt, iż po tej drodze można jeździć bez specjalnych pozwoleń (przy drugim obozie jest gdzie zaparkować), my natomiast przeszliśmy te dwa kilometry bez najmniejszych problemów.

W tym miejscu muszę zaznaczyć, że podczas przechodzenia z jednego obozu do drugiego warto raz na jakiś czas spojrzeć pod nogi. Można zobaczyć rzeczy typu to, co znajduje się na zdjęciu poniżej.

Nie wiem, z czego wynika fakt, iż małe fragmenty macew nadal znajdują się na drodze do obozu pracy. Nie wiem i nie chcę spekulować. Uważam jednak, że moim obowiązkiem jako blogera jest zaznaczenie, iż coś takiego po prostu jest.

Niech każdy wyciągnie sobie z tego wnioski sam.

Teren po obozie pracy to tak naprawdę jedno wielkie pole z zarysowanymi fundamentami, czasami sporym kawałkiem podłogi. Nie znajdziecie tam pomników, o charakterze każdego z zachowanych śladów bytności obozu świadczą jedynie tabliczki z informacjami lub świadectwami byłych więźniów. Bardziej interesujący natomiast jest cmentarz znajdujący się pół kilometra dalej, pochowano tam osoby zmarłe lub zamordowane w obozie pracy. Spacer wzdłuż mogił jest ciekawym doświadczeniem, kiedy weźmie się pod uwagę to, że dwa kilometry wcześniej jedynym imiennym pomnikiem ku czci ofiary obozu zagłady jest ten z nazwiskiem Janusza Korczaka…

Moim zdaniem warto tam iść, zwłaszcza, że przy zjeździe na teren obozu pracy znajduje się punkt widokowy. TAK, punkt widokowy, gdzie można zobaczyć całą żwirownię, miejsce pracy więźniów. To wbrew pozorom dobre miejsce na odpoczynek, zamontowano tam ławkę, także jest gdzie odsapnąć po długim spacerze.

 

Jeszcze garść drobiazgów dla zwiedzających:

  • na terenie kompleksu nie wolno palić zniczy za wyjątkiem specjalnie oznaczonych miejsc, wszelkich informacji na ten temat mogą udzielić pracownicy muzeum;
  • mimo, iż Treblinka jest miejscem zatrważającym i specyficznym, zachęcam Was do zabrania ze sobą zapasów wody i jedzenia – przede wszystkim wody lub innych napojów. Po kompleksie można chodzić naprawdę długo, w upały łatwo o zasłabnięcie. Wychodzę z założenia, że w tego typu lokalizacjach nie powinno się jeść (tak, jak na cmentarzach), ale Treblinka stanowi wyjątek. Trzeba być przygotowanym na to, że się zgłodnieje czy nagle zachce się komuś pić. My zrobiliśmy sobie przerwę na jedzenie przy punkcie widokowym. Na stronie Muzeum podana jest informacja o zakazie spożywania lodów, natomiast kanapka czy drożdżówka nikomu nie sprawiają problemów, o ile spożywa się je właśnie gdzieś na ławce czy w drodze z jednego obozu do drugiego;
  • podobnie, jak w przypadku innych byłych obozów, nie zachęcam do zabierania na wycieczkę do Treblinki dzieci tak do czternastego roku życia. Samo Muzeum zaleca, by zwiedzający mieli ukończone czternaście lat, ja natomiast powiem tak: młodsze dzieci nie dość, że nie zrozumieją powagi miejsca, to jeszcze zwyczajnie się zmęczą i będą się potwornie nudziły. To nie jest miejsce dla nich;
  • robienie zdjęć i nagrywanie wideo w celach turystycznych jest bezpłatne. Jeżeli jesteście tacy, jak ja i chcecie na bieżąco wrzucać na Instagram zdjęcia pomników czy spostrzeżenia na Facebooka/Twittera*, miejcie na uwadze, że chwilami na terenie całego kompleksu nie ma zasięgu!

 

 

 

Jakie mam wrażenia po wizycie w muzeum? Od strony technicznej bardzo dobre (za wyjątkiem powyższego zdjęcia). Całość terenu jest doprowadzona do porządku, nie ma nigdzie śmieci, oznaczenia są w miarę czytelne.

Co do moich przeżyć wewnętrznych… Cóż, wreszcie udało mi się pojechać do miejsca, o którym bardzo dużo czytałam i które chciałam zwiedzić już dawno temu. Było warto pofatygować się do tego lasu.

Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że w odpowiednich warunkach największym wrogiem człowieka jest drugi człowiek.

Rys historyczny zaczerpnęłam ze strony Muzeum Walki i Męczeństwa w Treblince.

 

Literatura dla zainteresowanych:

  1. Samuel Willenberg, Bunt w Treblince (absolutne must-read.)
  2. Jechiel Rajchman, Ocalałem z Treblinki
  3. Richard Glazar, Stacja Treblinka (pierwsze wydanie w jęz. niemieckim, następnie czeskie, parę lat temu polskie. Richard Glazar był czechosłowackim Żydem, do Treblinki przyjechał z transportem z Terezina. Wspomina o nim Willenberg w swojej książce. Postać Glazara jest o tyle tragiczna, że po śmierci swojej żony nie był w stanie już żyć i popełnił samobójstwo w 1997 roku)

*na pewno padnie komentarz, że wrzucanie zdjęć z takich muzeów do mediów społecznościowych jest makabryczne, dlatego odpowiem od razu – moim zdaniem nie jest, jeżeli robi się to tak, jak ja, czyli robi zdjęcie np. pomnika i wrzuca na Instagram z pełnym szacunku i powagi komentarzem. Albo zwykłym opisem miejsca. Wychodzę z założenia, że media społecznościowe są dobrym środkiem do pokazania światu, jak tak straszne rzeczy mogą być upamiętnione. Być może moje zdjęcia zachęciły kogoś do wizyty, taką mam cichą nadzieję. W każdym razie – o ile nie są to selfiacze z pieca krematoryjnego czy udokumentowane heheszki to publikacja zdjęć w SM ma sens.

 

Zobacz także:

Oświęcim, piąta rano

Terezin stan umysłu

I w Stutthofie nie śpiewają ptaki…

 

Autorzy zdjęć: Piotr Kamianowski, moja skromna osoba