Bawię się w rękodzieło – szyję. A raczej próbuję…

Z racji tego, że od paru lat na liście moich hobby znajduje się rękodzieło, pomyślałam, że warto by było co nieco o nim tutaj napisać. Owszem, wzmianki o robieniu na drutach czy szydełkowaniu miały już miejsce w przeszłości, ale były to tylko wzmianki. Czas na coś konkretnego!

Ci, co śledzą mnie na Instagramie wiedzą, że zajmuję się trzema rodzajami rękodzieła: robieniem na drutach, szydełkowaniem i szyciem. Zdarza mi się zrobić coś z zupełnie innej dziedziny, ale to trzy powyższe są dla mnie najważniejsze.

Dlatego też dzisiaj macie okazję przeczytać pierwszy (z trzech, a jakże) wpisów na temat mojego dłubania po godzinach. Dłubania niekoniecznie związanego z blogiem czy sianiem zamętu w życiu innych.

Wpierw odpowiem jednak na pewne pytanie, które raz na jakiś czas słyszę i na które uwielbiam odpowiadać:

Skąd mi się wzięło bawienie się w rękodzieło?

Po pierwsze – stwierdzenie, że ktoś się bawi w rękodzieło przyprawia mnie o spazmy ze śmiechu i chęć uduszenia rozmówcy. Co to w ogóle za stwierdzenie, że ktoś się bawi w handmade. Nie wiem, jak Wam, ale wg mnie takie teksty świadczą, że osoba wypowiadająca nie traktuje tego typu hobby poważnie. Bo to taka zabawa, wiecie. Coś nieszkodliwego, inna forma rozrywki, podobna do grania na konsoli czy uprawiania warzyw w ogródku. A przecież rękodzieło to nie to samo, co np. granie w The Sims, dzięki niemu można raz, że upiększyć swoje otoczenie, dwa, rozwinąć zdolności manualne (a także ćwiczyć mózg, o czym sporo ludzi jakoś nie pamięta). Zresztą, o tym pewnie kiedyś powstanie osobny wpis.

Po drugie – przejawy rękodzieła widziałam w domu. Nie wyglądało to jednak identycznie, jak w przypadku wielu podobnych wyznań w Internecie: urodziłam się na początku lat dziewięćdziesiątych, kiedy w sklepach dopiero zaczynały pojawiać się rozmaite towary. Pamiętam, że rodzice dużo rzeczy robili sami, ponieważ raz, że czegoś jednak nie można było normalnie dostać, dwa, robienie samodzielnie np. mebli czy ubrań po prostu było tańsze. Plus można było wykonać coś, czego inni nie mieli (i mieć punkty lansu na dzielni). Pamiętam, jak mama robiła na drutach swetry dla mnie i siostry, jak szyła ubrania na maszynie (btw. ten stary Łucznik dalej mamie służy!), tata zaś oprawiał obrazki, robił stoły, ciągle dłubał w drewnie…

Sama nigdy Bóg wie jakich zdolności manualnych nie przejawiałam, do czasu, kiedy nauczyłam się posługiwać igłą i nitką. Dlatego też opowieść o rękoczynach rękodziele w moim wykonaniu zacznę od końca, czyli od szycia. Szycie jest dla mnie jednocześnie znajomą i nieznajomą dziedziną, ponieważ od dziecka szyję ręcznie, ale za to obsługa maszyny do szycia to sprawa nowa, kompletnie nieznane wody. Okazuje się, iż fakt posiadania przez rodzicielkę maszyny wcale nie oznacza, że rzeczona maszyna musi być dla człowieka czymś swojskim i łatwym do opanowania.

 

 

Jako mała dziewczynka próbowałam swoich sił w hafcie. Krzyżykowego nie opanowałam do dzisiaj. Próby były dwie – ta w dzieciństwie spełzła na panewce, nie miałam cierpliwości; druga zaś (już w wieku dorosłym) nie sprawiała mi żadnej przyjemności i szybko porzuciłam mulinę i tamborek. Pamiętam, że coś tam wyszywałam, jakieś owoce, drobne elementy. Dałam sobie spokój, ponieważ przestało mnie to bawić.

Jako nastolatka zostałam szczęśliwą posiadaczką czarnego plecaka-kostki oraz bluzy moro, które obszyłam naszywkami zdobytymi głównie w nieodżałowanym wołomińskim sklepie muzycznym oraz Internecie. Zarówno plecak, jak i bluzę mam do dzisiaj, każda znajdująca się na nich naszywka została przyszyta przez moją osobę. Moimi ręcami. *tu możecie sobie wyobrazić, jak macham łapkami* Mogłam pójść na łatwiznę i poprosić mamę o puszczenie maszyny w ruch, ale ja byłam uparta i wszystko zrobiłam sama.

Właściwie do momentu przeprowadzki do stolicy zajmowałam się rękodziełem sporadycznie, miało ono też charakter bardziej użytkowy niż estetyczny – tu coś się spruło i trzeba było zaszyć, tu guzik się odpruł, tu coś, tam coś i tak dalej. Miałam fazę na rysowanie, ale dziś wiem, że nie jest to moją dziedziną, to nie to. Po zamieszkaniu w Warszawie dalej dłubałam, ale w miarę uczenia się dziergania chciałam więcej, niż zwyczajną dłubaninę.

Dojrzewałam do kupna swojej pierwszej maszyny ładnych parę lat, aż wreszcie dowiedziałam się, że w Lidlu rzucili Singerki! Co prawda mogłam zaczekać parę miesięcy i kupić maszynę marki Silvercrest (tzw. Silverkę), która podobno jest o niebo lepsza niż lidlowy Singer, ale zwyciężyła chęć wykorzystania okazji. I tak oto zostałam posiadaczką maszyny Singer 2282.

 

Drobne zakupy pasmanteryjne. 🙂 #czechożydekszyje #singer

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

 

Po przytarganiu maszyny z Lidla w Mordorze zabrałam się za jej oględziny jeszcze tego samego dnia. Po rozpracowaniu instrukcji zorientowałam się, że szycie nie jest drogą usłaną różami…

Przyzwyczajona do prostoty dziergania (bierze się druty czy szydełko i jedzie z koksem) byłam w szoku, że maszyna ma aż tyle elementów! Że trzeba wpierw zapoznać się z jej mechanizmem, jak nabierana jest dolna nitka, jak zamontować igłę, na co zwracać uwagę… Krok po kroku opanowywałam działanie swojego zakupionego za trzysta złotych polskich cuda, po czym, jak już przyszło do pierwszej próby szycia, zorientowałam się, że Singerka nie działa.

No nie działa. Świeci się, buczy, ale nie szyje.

Myślałam, że mnie szlag trafi – ledwo co kupiłam i już nie działa! Bubel, na pewno bubel! A mogłam poczekać na Silverki… Szybko jednak opanowałam emocje i przystąpiłam do przekopywania Internetów w celu znalezienia przyczyny niedziałania mojego ustrojstwa.

Okazało się (po przegrzebaniu Internetów i zaproszenia rodzonej matki na oględziny nowego, niedziałającego nabytku), że zawiniło złe naprężenie dolnej nitki i dziwaczne ustawienia szycia. Paręnaście minut i maszyna śmigała. Dlatego Czechożydek radzi: kupiliście maszynę i nie działa? Poproście kogoś, kto się zna na szyciu, aby na to spojrzał. Bez paniki i odnoszenia sprzętu na reklamację.

Jak powiedziała babcia Jakuba, kiedy się z nią konsultowałam – czasem jest to zwykła pierdoła lub kwestia dobrania ustawień.

 

 

W ten oto magiczny sposób mam maszynę do szycia. Zdążyłam złamać parę igieł, wkręcić niezliczoną ilość materiału w maszynę, kilka razy ukłułam się szpilkami podtrzymującymi rozpracowywaną tkaninę…

Zapytacie zapewne, co takiego szyję? Na razie (metodą prób i błędów) naprawiam dziurawe spodnie. Oraz ubrania, w których puścił szew. Totalne drobiazgi, ale jakie dobre, by ćwiczyć! Najbardziej ambitną i edukacyjną naprawą było podwinięcie poszewki w sukience, która na ten zabieg czekała… Cztery lata. Serio. Musiały upłynąć cztery lata, bym wypruła ozdobną siateczkę (co za badziewie, swoją drogą), wyrównała materiał i podwinęła brzeg.

Wszystko robię na czuja z prujką w ręku oraz ostrymi nożyczkami gdzieś w okolicy maszyny. Najbardziej wkurza mnie moment, kiedy przez własną głupotę złamię igłę, na szczęście te nie są drogie i mogę spokojnie nabierać wprawy.

Wielkim źródłem inspiracji jest dla mnie szyciowy blog Joanki-Z (klik!). Zresztą sama osoba Joanki to kopalnia wiedzy i cierpliwości do osób nękających ją pytaniami (wiem coś o tym). Kto ciekawy, niech koniecznie wejdzie na jej bloga lub obejrzy ofertę prowadzonego przez nią sklepu. Asia tworzy cudowne rzeczy ^^

 

Zakupy poczynione, można szyć. #czechożydekszyje

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

 

Ciekawostki związane z moim szyciem na maszynie:

  • zaczęłam zwracać większą uwagę na to, jak uszyte są moje ubrania;
  • na rynku dostępna jest cała masa drobiazgów ułatwiających lub urozmaicających szycie, jak np. zapasowe szpulki do bębenka, mydełka krawieckie, prujki, obcinaki do nitek, nawlekacze, stopki, igielniki, szpilki, kredy krawieckie… Kupiłam tylko to, co uznałam za niezbędne i omijam Allegro szerokim łukiem, by nie zbiednieć;
  • nic tak nie uspokaja jak nawijanie dolnej szpulki (wszystko robi się na maszynie, oczywiście. Uwielbiam patrzeć, jak szpulka stopniowo się zapełnia);
  • nagle całe otoczenie zaczyna uważać Cię na eksperta. O zgrozo. I powoli pojawiają się teksty typu Popraw, napraw, załataj, uszyj… Kiedy ja nic jeszcze nie umiem?! Ludzie, dajcie spokój, nie wymagajcie cudów! ^^’

 

 

Czy warto zacząć uczyć się szyć na maszynie? Moim zdaniem tak. Nie mam wielkiego doświadczenia w tej dziedzinie, ale z ręką na sercu mogę powiedzieć, że maszyna daje olbrzymie spektrum możliwości – od naprawy, przez przeróbkę do uszycia od podstaw nowej, unikatowej rzeczy.

Przede mną jeszcze długa droga i dużo nauki, niemniej jednak z każdym przywróconym do życia (czyt. użytku) ubraniem wzrasta moja pewność siebie. No i Kuba ma kilka par załatanych spodni, ergo: ma w czym chodzić i jest szczęśliwy ^^

Gorąco polecam szycie, aczkolwiek jeśli nie jesteście pewni, czy to dziedzina dla Was, spróbujcie wpierw poćwiczyć na cudzej maszynie. Na początku jest to jednak dość duży wydatek (plus dochodzą koszty nici, dodatków).

Kolejne posty (o szydełkowaniu i robieniu na drutach) już niebawem.

 

 

Źródło zdjęcia w nagłówku: Annie Spratt, Unsplash