Miesiąc z Hanną Krall – brak słów

W sierpniu zrobiłam sobie maraton książek Hanny Krall. Pomysł na to wpadł mi do głowy z parę miesięcy temu, kiedy to zorientowałam się, że dość szybko stałam się właścicielką aż dziewięciu książek bądź jej autorstwa, bądź współautorstwa. Świetna okazja, by nadrobić sporo polskich reportaży, o których słyszałam dużo dobrego. Plus idea ta wpisuje się w to, co robię raz na jakiś czas (mam na myśli m.in. miesiąc z Kafką).

Przyznaję się bez bicia – znałam wcześniej tylko Zdążyć przed Panem Bogiem oraz jeden z tekstów o Apolonii Machczyńskiej, który przerabiałam w liceum. Niby nic, ale jakieś tam pojęcie miałam. Pomińmy kwestię, czy nieznajomość Krall w większym stopniu to u mnie wielki wstyd – na pewno już nim nie jest, albowiem z dziewięciu wspomnianych dzieł przeczytałam w ubiegłym miesiącu siedem. Ha. Kolejny krok w kierunku bycia większą erudytką zrobiony. W każdym razie przed maratonem twórczość Hanny Krall kojarzyła mi się z czymś ciężkim tematycznie, ale napisanym takim językiem, że czytelnik nie ma większych problemów z przyswojeniem treści. Przystępny język, treść niekoniecznie.

W ruch poszły więc następujące tytuły: Hipnoza, Wyjątkowo długa linia, Trudności ze wstawaniem. Okna, To ty jesteś Daniel, Król kier znów na wylocie, Taniec na cudzym weselu oraz Tam już nie ma żadnej rzeki. Nie ustaliłam sobie żadnego klucza ani kolejności czytania, brałam, jak leci.

I wiecie co? Kiedy przyszło co do czego i usiadłam do pisania tego tekstu, zrozumiałam, że nie mam co powiedzieć.

Tak, naprawdę, nie mam co powiedzieć. Każda z tych książek wywarła na mnie spore wrażenie, wszystkie były ciekawe (no, może poza Oknami, które do mnie jakoś nie przemówiły), ale… Serio nie wiem, co mogłabym na ich temat napisać. Streszczenia poszczególnych tomów nie wydają mi się być dobrym pomysłem, omawianie każdego z nich też nie… Próbowałam się tego podjąć, ale nie dałam rady.

Mój mózg odmawia posłuszeństwa, jak przychodzi do wymieniania, co mi dały teksty Krall.

I to jest wyznacznik dobre literatury moim zdaniem. Kiedy robi na nas tak wielkie wrażenie, że aż nie wiemy, co o niej później powiedzieć. Poza „przeczytaj koniecznie”.

Jedyna myśl, jaka przychodzi mi do głowy, to że każdemu narodowi potrzebna jest taka Hanna Krall. Każdy naród potrzebuje pisarza/pisarki, który potrafi w sposób zapierający dech w piersiach podsumować historię, poszczególne wydarzenia, narodowe lęki i bolączki.

Doprawdy nie rozumiem, jak udało mi się napisać na maturze wypracowanie nt. Zdążyć przed Panem Bogiem, skoro dzisiaj po przewaleniu tylu innych tekstów Krall zwyczajnie odebrało mi mowę.

Potraktujmy więc ten wpis jako podsumowanie miesiąca z literaturą najwyższych lotów, potrzebną nie tylko pospolitym żydołakom jak ja, ale każdemu człowiekowi.

Chciałabym jeszcze dodać, że proza Hanny Krall jest nam, Polakom, bardzo potrzebna. Chciałoby się powiedzieć, że w dzisiejszych czasach zwłaszcza, ale tak naprawdę nieważne, w jakich czasach żyjemy. Krall była potrzebna w latach osiemdziesiątych, dziewięćdziesiątych, po 2000 roku i teraz.

Nie powiedziałabym, że trzeba ją czytać cały czas i na przykład cały zbiorek tekstów naraz. Wystarczy raptem jeden z nich. By zatrzymać się na chwilę w szybkim codziennym życiu, spojrzeć wokół siebie lub w niebo i powiedzieć Aha. Więc to o oto chodzi.

I dać sobie odebrać mowę.

 

 

 

Zdjęcie z nagłówka: Felix Russell-Saw, Unsplash