O kuracjuszach w Marienbadzie w wydaniu Teatru Żydowskiego („Marienbad”)

Oj, dawno mnie nie było w teatrze! Zdecydowanie za rzadko chodzę na jakiekolwiek przedstawienia – w tym roku byłam chyba… dwa razy? O dwóch spektaklach pamiętam. Ech, Dorota, wstydź się.

O wiele częściej chodziłam do teatru za czasów studenckich (i zniżki dla studentów), po oddaniu legitymacji i rzuceniu się w wir dorosłego życia jakoś tak wyszło, że rzadko kiedy stawiałam teatr nad kinem czy koncertem. Też prawda, że niespecjalnie lubię tam sama chodzić.

Nie mogłam jednak nie skorzystać z okazji, kiedy dowiedziałam się, że Teatr Żydowski będzie grał Marienbad w ramach Warszawskiego Festiwalu Kultury bez Barier 2017. Pomyślałam sobie: no, Dorota, jak teraz nie pójdziesz, to wstyd (bilety po 30 zł)! A przecież chciałaś na to iść!!! 

Tak więc poszłam.

Tytułem wstępu: Marienbad to przedstawienie muzyczne oparte na powieści Szolema Alejchema pod tym samym tytułem. Rzecz opowiada o bogatych Żydach z warszawskich Nalewek, którzy na początku XX wieku jeździli masowo do Marienbadu (Mariańskich Łaźni, obecnie w Czechach), miasta słynącego z uzdrowisk i wód mineralnych. Innymi słowy: miało się pieniądze, leczyło się właśnie w Marienbadzie!

Marienbad przeczytałam kilka lat temu na studiach (w ramach wykładu z literatury jidysz). Nie jest to książka zbyt popularna; kiedy ją czytałam, ciężko było się zaopatrzyć we własny egzemplarz. Przygotowywałam się z niej w Bibliotece Narodowej. Na Allegro dało się ją upolować, ale za straszne pieniądze (sprawdziłam, teraz jest lepiej). Pamiętam, że Marienbad szalenie mi się podobał, śmiałam się na całą czytelnię – była to jedna z lepszych pozycji omawianych na wykładzie.

Czy Marienbad przeniesiony na teatralne deski był równie zabawny, jak literacki pierwowzór? Jak najbardziej!

 

Marienbad w wykonaniu Teatru Żydowskiego to dwie godziny ubawu po pachy, ale także paru wzruszeń. Trudno bowiem tylko się śmiać, kiedy mamy do czynienia ze sztuką o ludziach i ich przywarach.

Przez Marienbad przewija się cała plejada postaci, począwszy od Belci, młodej mężatki, która została skierowana przez lekarza na leczenie właśnie do Marienbadu (czy słusznie, ciężko powiedzieć, albowiem Belcia wygląda na całkiem zdrową), przez przyjaciela męża wyżej wymienionej, skończywszy na bawidamku z Odessy, mówiącego z przecudownym akcentem. W tej całej zgrai mniej lub bardziej plotkarskich Żydów każdy jest inny, każdy się czymś wyróżnia.

Dla tych, co nie znają książki: Marienbad składa się z listów i telegramów wysyłanych do i z Marienbadu. Spektakl wykorzystuje to w pełni – aktorzy grają swoje listy, mówią je do adresata znajdującego się z boku sceny lub tuż obok nich; o dziwo, wchodzenie w bliski kontakt nadawcy z adresatem (w tym np. klepanie po plecach lub inna forma dotyku) wcale nie przeszkadza w odbiorze, wprost przeciwnie, nadaje dodatkowego charakteru relacji łączącej dwójkę bohaterów. Dla mnie super pomysł.

Jeżeli chodzi o samą historię to osobiście dzielę sztukę na dwie części: pierwszą rewelacyjną i drugą trochę skomplikowaną. Rewelacyjność początku polega na tym, że widz dopiero wdraża się w intrygi kuracjuszy, poznaje bohaterów; później jednak wszystko zaczyna się tak plątać, że trzeba być wyjątkowo uważnym i absolutnie nie wolno przysnąć ani na chwilę, by potem nie dopytywać się ludzi wokół, co się dzieje, kto z kim i dlaczego. Ten zamęt ma swój urok, ale niektórych może mocno zniechęcić.

Uprzedzam pytanie o ewentualny brak zrozumienia terminów/nawiązań żydowskich: Marienbad jest dość łatwo przyswajalny pod tym względem. W dodatku humor bazuje głównie na relacjach międzyludzkich i emocjach z nimi związanych, a to dość uniwersalna rzecz. Młodzieży licealnej raczej bym na to nie zaprowadziła, ale studentów już tak – po wstępnym zapoznaniu się chociażby ze streszczeniem sztuki i historycznym tłem wydarzeń.

 

 

Aktorzy dobrani są rewelacyjnie, nie zgrzytało mi w obsadzie absolutnie nic. Przy takim natłoku ludzi na pewno łatwo było o pomyłkę, ale takowa nie ma tutaj na szczęście miejsca.

Moje serce skradła Izabella Rzeszowska jako Belcia. Ileż siły, ile wdzięku w tak niepozornej osobie! Kojarzę tę aktorkę z Bonjour Monsieur Chagall, podczas oglądania miałam okazję posłuchać jej śpiewu. Coś wspaniałego, mówię Wam. Tutaj natomiast, kolokwialnie rzecz ujmując, wymiata – w roli Belci jest przebiegła, zwodnicza, piekielnie inteligentna, zdolna omotać wokół palca każdego. Plus jej piosenki!

Głosowo wszyscy dają radę, ale Rzeszowska zwłaszcza. Kradnie przedstawienie.

Skoro mowa o śpiewaniu – piosenki! Jaka to jest piękna, zgrabna polszczyzna! Aż chce się to podśpiewywać, te utwory są przecudowne. A do tego muzyka. Ciężko mi powiedzieć cokolwiek negatywnego; do dnia dzisiejszego nie mogę się z wrażenia pozbierać z podłogi.

 

 

 

Zapewne domyślacie się, że moim zdaniem warto iść na Marienbad. To cudowna sztuka na poprawę humoru i inteligentną rozrywkę. Plus do tego piosenki i oprawa muzyczna… Swoją drogą ale by było ekstra, jakby Teatr Żydowski zdecydował się na wydanie płyty z piosenkami właśnie. Po wyjściu z teatru od razu chce się do nich wrócić.

Wiem, że nie umiem pisać recenzji teatralnych, ale kto mi zabroni skoro widziałam tak dobrą sztukę, to czemu miałabym Wam jej nie polecić?

Idźcie! Wygospodarujcie wolny wieczór, bierzcie rodzinę/przyjaciół i idźcie!

 

 

 

Autorem wszystkich zdjęć wykorzystanych we wpisie jest Andrzej Wencel, zdjęcia pożyczyłam ze strony Teatru Żydowskiego