Przeczytane we wrześniu 2017

Cóż, wrzesień był dla mnie bardzo aktywnym miesiącem. Dwa długie wyjazdy, pierwszy do Szkocji (trzeci sezon Przygód Czechożydka w Szkocji tutaj), drugi (służbowy) do Barcelony. Barcelonę poprzedzały przygotowania, już na miejscu w Hiszpanii sporo się nabiegałam na wydarzeniu zorganizowanym przez firmę. Między podróżami czytałam, ciągle coś robiłam w domu… Chyba włączył mi się tryb pani domu. Rzadka rzecz. A, i po raz pierwszy od kilku lat byłam na grzybach!!! Boże, jak mi brakowało ganiania po lesie za grzybami!

*Musicie wiedzieć, że gdyby ktoś miał napisać copypastę o moim życiu, to na pewno byłaby to parodia tekstu o fanatyku wędkarstwa. Z tym, że tytuł brzmiałby ‚Moja stara jest fanatyczką grzybobrania’*

Pod względem czytelniczym mam duży powód do dumy. Otóż przekroczyłam liczbę stu książek zaczętych w 2017 roku. Nie mówię, że przeczytanych, ponieważ ze cztery-pięć porzuciłam, ale jestem na dobrej drodze, by przeczytać w tym roku ponad sto tytułów. Jest to super wynik, zważywszy na to, że dopiero w ubiegłym roku udało mi się zapanować nad moim stopniowym spadkiem czytelnictwa. A przy okazji nie są to romanse ani serie kryminałów, sporo skaczę po gatunkach. Pławię się w samozajebistości!

Dobra, samozajebistość odłóżmy na bok, przejdźmy do podsumowania września. Mam o czym pisać!

Kolejność przypadkowa.

  • Mario Puzo, Ojciec chrzestny (audiobook)

Proszę Państwa, to jest moim zdaniem najlepszy polski audiobook ever. EVER. W życiu nie słyszałam lepszego. Choćbyście nagle zaczęli wymieniać inne superprodukcje Audioteki czy innego wydawnictwa, będę się upierać przy swoim. Ojciec chrzestny jest najlepiej zrealizowanym polskim słuchowiskiem EVER. Nie przyjmuję do wiadomości, że istnieje coś lepszego. Bo nie istnieje. Powiedziałam i tak ma być!

 

          

 

Fabuły chyba nie muszę nikomu przedstawiać. Komuś muszę? Nie, błagam, nie róbcie mi tego. Załóżmy, że wszyscy wiedzą, o co tu chodzi. Ja przed zabraniem się za audiobooka wiedziałam tylko, że Ojciec chrzestny to powieść o rodzinie mafijnej oraz że w ekranizacji grali Marlon Brando i Al Pacino. Tego ostatniego możecie podziwiać na gifie powyżej.

Długi czas nie byłam w stanie zabrać się za ten tytuł. Byłam święcie przekonana, że to nie jest lektura… dla bab. Nim podniesiecie larum – niespecjalnie przemawiają do mnie książki o mordobiciu, bezsensownej przemocy, zabijaniu kogo popadnie i mafijnych porachunkach. Nie przepadam za takimi rzeczami; długo myślałam, że Ojciec chrzestny odrzuci mnie właśnie przez to. A że nie miałam w otoczeniu kogoś, kto mógłby mnie wyprowadzić z błędu…

Jezu, jaka to jest dobra historia. Nie jestem w stanie się do niczego przyczepić. To było prawie dziewiętnaście godzin słuchania z rozdziawioną gębą. Lektorzy dobrani tak, że kapcie spadają z zachwytu (dla mnie Vito Corleone ma twarz Marlona Brando, ale głos już Janusza Gajosa), klimat budowany tylko za pomocą głosów i muzyki między rozdziałami (to było bardzo dobre, wbrew pozorom. Nadmiar zdecydowanie by tej opowieści zaszkodził). Nie jestem w stanie nawet porządnie się wypowiedzieć. Sama nie wiem, kiedy mi ten audiobook zleciał.

Skończyłam ostatni rozdział jeszcze w Szkocji. Miałam w pamięci, że Netflix wrzucił u siebie wszystkie części filmu, tylko więc wróciłam do Polski, od razu rzuciłam się nadrabiać ekranizację.

Odpowiadając na pytania, jakim cudem się uchowałam bez znajomości filmu – widziałam fragment pierwszej i trzeciej części. Wiedziałam, że w każdej gra Al Pacino i to był cały stan mojej wiedzy.

Nadrobiłam więc dwa pierwsze filmy…

 

Nie mam do powiedzenia nic innego poza tym – AL PACINO! TO DEFINITYWNIE BYŁA JEDNA Z RÓL JEGO ŻYCIA! MICHAEL CORLEONE!!!!!!111ONEONEOE

Aż mi się zrymowało… W każdym razie – czytajcie/słuchajcie/oglądajcie. Nie znać Ojca chrzestnego to znaczy wiele, wiele stracić. I do tego ten Al Pacino…

 

  • Jakub Ćwiek, Chłopcy

Ebooka z tym zbiorem opowiadań kupiłam na stronie Bookrage (gorąco polecam inicjatywę! Raz, że można sporo zaoszczędzić na książkach, dwa, że zestawy mocno różnią się od siebie. Jest w czym wybierać, a jeśli w danym momencie wybór nie jest interesujący, wystarczy poczekać na kolejny pakiet. Niedawno Bookrage oferował zestaw książek Leopolda Tyrmanda).

Lubię Ćwieka. Po kilku latach przerwy z radością i sporym zainteresowaniem wróciłam do jego twórczości, zaczynając od Chłopców. Muszę przyznać, że pomysł na wykorzystanie postaci ze świata Piotrusia Pana jest bomba. Przygody Chłopców i Dzwoneczka śledziłam mocno zaintrygowana. Gdzieś tak w połowie poczułam jednak lekki przesyt tematem, zaczęłam trochę przysypiać, a poszczególne historie zlewały mi się w jedną.

To nie jest zła rzecz, jako czytadełko w podróży sprawdza się dobrze. Sięgnę po drugi tom, może będzie lepszy. Taką mam nadzieję.

 

  • Lily King, Euforia 

Euforię czytałam w ramach klubu książkowego (z przyczyn ode mnie niezależnych, czyt. barcelonowania, nie byłam w stanie pojawić się na spotkaniu, czego bardzo żałuję). Podeszłam do tego tytułu instynktownie, stwierdzając, że skoro traktuje toto o antropologii, to pewnie będzie ciekawe.

I było, jak jasna cholera! Żywa, duszna, gorąca opowieść. Słusznie napisał autor opisu, który znalazłam na Lubimy Czytać – Czytelnik otrzymuje książkę intensywnie pobudzającą intelektualnie, głęboko poruszającą w uniwersalnym sensie. Nic dodać, nic ująć.

Jeżeli chcielibyście przenieść się do lat trzydziestych dwudziestego wieku i zobaczyć, jak wyglądały badania antropologiczne w Nowej Gwinei (a także, co z nimi się wiązało i jakie były jego ciemne strony), to gorąco polecam. Powieść oparta jest na biografii Margaret Mead, której nazwisko zna każdy kulturoznawca (w tym ja). Super uzupełnienie do wykładu z kulturoznawstwa, mimo, iż tylko część wątków została zaczerpnięta z życia badaczki.

  • Mendele Mojcher-Sforim, Podróże Beniamina Trzeciego

Podejście drugie do tego przedstawiciela klasyki literatury jidysz. Pierwszy raz usiłowałam przez tę książczynę przebrnąć na trzecim roku studiów, kiedy to chodziłam na wykład właśnie z literatury pisanej w języku jidysz. Była to jedyna lektura, której nie skończyłam, zresztą przyznałam się do tego faktu otwarcie, mówiąc, że język jest tak kwiecisty, że aż niestrawny.

Semestr wykładu zaliczyłam na piątkę, jakby ktoś pytał.

Po latach Podróże… czytało mi się zdecydowanie lepiej, do tego stopnia, że wreszcie to przeczytałam… Miejscami była to droga przez mękę (Sforim, człowieku, coś ty pił, jak żeś to dzieło pisał?!), styl dalej był kwiecisty i pełen odwołań do judaizmu i historii Żydów, ale dałam radę.

Ta króciutka powieść ma swój klimat i moim skromnym zdaniem byłaby super jako podstawa pod animację. Chciałabym to zobaczyć.

Podróże Beniamina Trzeciego można pobrać bezpłatnie ze strony Wolnych Lektur (klik).

 

  • Agnieszka Graff, Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie

Lektura z przypadku, skusiła mnie okładka. Tytuł w sumie też.

Przed autorką ostrzegł mnie kolega, mówiąc, że ma ona mocne skrzywienie w lewo. No cóż, pomyślałam, ja też. Tak, moi mili, ale skrzywienia można mieć większe lub mniejsze, ja mam to drugie.

Mimo tego nieszczęsnego skrzywienia, które może wielu odstraszyć, Rykoszetem jest lekturą tak aktualną, że aż boli. Serio, czytałam i bolała mnie świadomość, że prawie wszystko, co opisała Graff, dzieje się także teraz. Zdecydowanie jest to książka ku przestrodze.

Polecam, aczkolwiek trochę mnie irytowało powracanie co i rusz do tytułowego rykoszetu. Za piątym chyba razem chciałam wrzasnąć, że nie jestem głupia i wiem, co to jest rykoszet oraz dlaczego autorka nadała swojemu dziełu taki a nie inny tytuł. Boże jedyny.

 

  • Charles Dickens, Klub Pickwicka (tom 1)

Nie dałam rady. To nie są moje klimaty i pewnie przez wiele lat nie będą.

Gdzieś przeczytałam, że do tej książki trzeba osiągnąć pewien wiek. Kiedy nie jest już się zabieganym, zapracowanym człowiekiem. Wtedy ponoć czerpie się z dzieła Dickensa sporo przyjemności. To jest całkiem niegłupia myśl.

  • Paula Hawkins, Dziewczyna z pociągu (audiobook)

Drugi wrześniowy audiobook, którego połowę odchorowałam.

Nie wiem, jak bardzo jesteście w temacie tej powieści, więc tylko nadmienię, o czym z grubsza jest. Jest sobie Rachel, która każdego rana jeździ porannym pociągiem do Londynu. Po drodze mija okolicę, w której kiedyś mieszkała, jeszcze przed rozwodem z mężem. Codziennie obserwuje dom, gdzie mieszka pewna para; Rachel nadaje jemu i jej imiona, wyobraża sobie, jak bardzo dobre życie muszą mieć, jak bardzo są ze sobą szczęśliwi. Któregoś dnia dzieje się coś, co burzy wyobrażenie kobiety, od tamtej pory rzeczywistość Rachel zostaje przewrócona o 180 stopni.

Z reguły nie czytam ani kryminałów, ani thrillerów. Jeżeli chodzi o ten drugi gatunek to prędzej obejrzę film, niż przeczytam książkę. Tutaj jednak przez chyba połowę audiobooka nie byłam w stanie przeżyć dnia bez przesłuchania chociaż pół godziny. Dałam się wciągnąć i nie było mi  tym tak źle…

…do czasu, kiedy wątek alkoholizmu Rachel wyszedł na pierwszy plan i na dobre się tam rozgościł.

Ci, co czytają mojego bloga od dłuższego czasu wiedzą, że źle znoszę ten temat. Mogłabym napisać spory elaborat o tym, jak bardzo nadmierne pisanie o alkoholikach jest złe, paskudne i fuj, ale w przypadku tej powieści nie będzie to miało miejsca. Uwaga, lekki spojler – alkoholizm Rachel jest istotny. I TO MOCNO. Nie zniechęcajcie się, nie rzucajcie książki/audiobooka w diabły, przecierpcie ten temat. Nie zawiedziecie się. Ja wiem, że to boli, ale tak ma być.

Dziewczynę z pociągu warto znać, a tym bardziej warto poznać w formie audiobooka. Karolina Gruszka jest fenomenalna jako lektorka. Nie dość, że czytała cicho (co zbudowało tak naprawdę klimat), to jeszcze oddała emocje Rachel i innych postaci tak, że ojej. (#blogerskiprofesjonalizm) Serio miejscami miałam wrażenie, że to mówią żywi ludzie, a nie że ktoś czyta dialogi z powieści.

Filmu nie widziałam.

 

  • Krzysztof Skubiszewski, Wysiedlenie Niemców po II wojnie światowej

Odrzut biblioteczny i jakoś się temu specjalnie nie dziwię. Jest to całkiem ciekawe i sprawnie napisane opracowanie na temat wysiedlenia Niemców po wojnie, ale… Niekompletne. Nie zawiera np. tego, w jaki sposób przebiegało wysiedlenie z terenów powojennej Czechosłowacji. Z tekstu wynika, że wszystko poszło gładko i sprawnie, ale tak wcale nie było. Autor nie wspomina o czymś takim jak divoký odsun, czyli dzikie wysiedlenie (albo inaczej: wypędzenie) z Czechosłowacji obywateli pochodzenia niemieckiego, które to wysiedlenie pochłonęło setki ofiar.

Brak tego typu wzmianek najprawdopodobniej wynika z czasu, kiedy publikacja powstała. Książka i Wiedza wydała Wysiedlenie… w 1968 roku. Nie wiem, jak Wam, ale mi to w zupełności wystarczy. Wtedy o takich rzeczach po prostu się nie mówiło. Lub też ludzie nie śmieli o tym wspominać ze strachu.

Jako wprowadzenie do tematu – owszem, ale Wysiedlenie… absolutnie nie wyczerpuje zagadnienia, które porusza. Na moje oko debilizmów tam nie ma, ale to nie jest moja sfera zainteresowań, także ciężko powiedzieć.

 

  • Kamila i Andrzej Łapiccy, Łapa w łapę. Z Andrzejem Łapickim rozmawia Kamila Łapicka

Osoba Andrzeja Łapickiego nie kojarzyła mi się do tej pory z żadną szczególną rolą. Jedyne, co przychodziło mi do głowy po usłyszeniu jego nazwiska, to małżeństwo z Kamilą, teatrolożką, młodszą od niego o jakieś sześćdziesiąt lat. Ba, pamiętam, jakie poruszenie panowało w mediach, jak Łapiccy pojawiali się gdzieś razem.

Łapa w łapę to idealna lektura do podsuwania tym, którzy wieszali psy na Łapickiej za jej związek z człowiekiem, który mógłby być jej dziadkiem. To ciekawa forma biografii, opierająca się na rozmowach Łapickich. Z żadnego z tekstów nie wynika, że Łapicka chciała wywołać skandal swoją osobą i zwrócić na siebie uwagę.

Muszę przyznać, że taka forma biografii (bo mimo wszystko można tę książkę podpiąć pod biografie) pozytywnie mnie zaskoczyła. Nie do końca byłam pewna, czego mam się po tym tytule spodziewać, tymczasem dostałam tekst wciągający, miejscami zabawny, pełen zrozumienia i szacunku do drugiego człowieka.

Nie jest to zapis rozmów o miłości. Inaczej – miłość nie gra tutaj głównej roli. Łapiccy prowadzili rozmowy inteligenckie – o teatrze, filmie, literaturze, znajomych udzielających się w środowisku teatralno-filmowo-inteligenckim (kogo tutaj nie ma!). Jednocześnie było czuć między wierszami, że te rozmowy prowadzą kochający się ludzie.

Polecam, aczkolwiek ostrzegam, wielokrotnie musiałam posiłkować się Wikipedią, by wiedzieć, kto jest przywoływany w danej rozmowie. Jeżeli ktoś mocno siedzi w tematyce polskiego filmu czy teatru, będzie miał frajdę z czytania małżeńskich dyskusji Łapickich.

 

  • Marcin Szczygielski, Furie i inne groteski

Szczygielski, ach, Szczygielski. Moje remedium na całe zło tego świata. Człowiek, który swoją twórczością podbił moje serce i nigdy mnie nie zawiódł – czego bym nie przeczytała, wszystko jest cudowne.

Furie i inne groteski to wydane w jednym tomie scenariusze trzech sztuk teatralnych, przy czym jedna powstała na powieści Szczygielskiego (mowa o Berku). Czyta się to świetnie, aczkolwiek czasami musiałam robić sobie przerwę, bo robiło się zbyt groteskowo, potrzebowałam przetrawić treść.

Nie są to tylko i wyłącznie „gołe” scenariusze. Są tam sugestie dotyczące dekoracji, rekwizytów, ubioru bohaterów. Nie miałam żadnych problemów z wyobrażeniem sobie, jak mogłoby wyglądać przedstawienie. Zresztą, Szczygielski zachęcił mnie do pójścia do teatru na jego sztuki (do tej pory nie byłam na żadnej) i mogę Wam przysiąc, że jak tylko będę miała okazję, to się na jakąś wybiorę.

 

 

Zdjęcie z nagłówka: Sophie Higginbottom, Unsplash

  • Nadal nie wiem, jak to robisz, że czytasz 10 książek miesięcznie. Ale postanowiłam (w sumie to już dawno, ale słomiany zapał to moje drugie imię), że też napiszę trochę o książkach. Będzie więc o książkach, które czytam w tramwaju i może Cię kiedyś dogonię czytelniczo 😛 PS z tych powyższych czytałam tylko Graff i mam bardzo podobne odczucia, chociaż ten rykoszet jakoś mnie aż tak nie wkurzył. Za to aktualność tekstu bardzo, zwłaszcza że czytałam też ostatnio „Jestem stąd” i tam też jest wiele tego typu przemyśleń. No i chyba w końcu obejrzę tego „Ojca Chrzestnego”, bo to faktycznie szkoda, że jeszcze nie widziałam oO

    • Dorota Prószyńska

      No cóż, mam duży przemiał i mam nadzieję, że go utrzymam przez lata 🙂