Krótko o tym, jak staram się pisać bez błędów.

Wpis ten został zainspirowany przez popularny ostatnimi czasy koszmarek językowy pt. mam horom curke oraz jeden z numerów czeskiego magazynu Reportér. Magazyn ten czytam dla ciągłego powtarzania czeskiej ortografii, jakby ktoś pytał.

Im dłużej siedzę w Internetach (a co za tym idzie, czytam, co inni ludzie piszą) coraz częściej zwracam uwagę na to, jakim językiem się posługuję przy codziennej komunikacji z otoczeniem. Nie mówię tutaj o tym, czy w danej chwili mówię po polsku, czesku czy angielsku (taki nieistotny szczegół, wiecie, jak mnie ktoś nie zrozumie to jego problem… A na serio to czasem trzeba mi, niestety, zwracać uwagę, bo mój mózg nie wyrabia), ale w jaki sposób posługuję się którymś z tych języków. Czy korzystam ze skrótów, używam dziwnych, często mocno niepoprawnych form, czy w szale uniesień nie zjem kilku liter lub przecinków… Lub nie skorzystam z innej składni…

Zauważyłam, że w dzisiejszych czasach, kiedy nawiązanie kontaktu z kimś znajdującym się na drugim końcu Europy (dalej na razie nie sięgam) jest dla mnie i wielu tysięcy ludzi często kwestią kilku, kilkunastu sekund, często pisanie Bóg wie jak poprawnie zostaje zepchnięte na drugi plan przez chęć jak najszybszego przekazania komunikatu. Niekoniecznie z zasadami ortografii czy też ze zwyczajną logiką. Wiem, że nie jestem odkrywcza w tym temacie, na bank napisano o tym pierdyliard artykułów, natomiast wydaje mi się, że mało kto zastanawia się nad swoim sposobem korzystania z danego języka, z jego zasad ortografii i interpunkcji.

Absolutnie nie twierdzę, że jestem ekspertem w dziedzinie mojego języka ojczystego. Aczkolwiek jak patrzę na przykłady wtórnego analfabetyzmu na niektórych grupach na Facebooku… Czuję się wtedy mistrzem ortografii. Serio nie rozumiem, jak można być tak tępym nieogarniętym, by po zakończeniu nauki pisać kwiatki w stylu mam horom curke. I to nie w żartach.

Ekhm, co to ja… A, niebycie ekspertem. Cóż, to już ustaliliśmy. Nie mam ku temu wykształcenia. Niemniej jednak od dziecka nie mam wielkich problemów z pisaniem bez błędów. Nauczyciele często stawiali mnie za wzór (mimo, iż bazgroliłam straszliwie), ponieważ szybko nauczyłam się pisać i błyskawicznie przyswoiłam sobie większość zasad ortograficznych. Tylko widzicie – jakby mnie ktoś zapytał, po jakich spółgłoskach pisze się „rz”, to bym mu kazała spadać. Nie znam zasad, które wkuwa się w szkole na pamięć – ja wiem, jak co się pisze, ponieważ dużo czytam. Tylko i aż tyle. W dzieciństwie miałam bardzo dobrą pamięć, ciągle siedziałam nad książką, efekt tego trwa do dzisiaj. Wspomniane wyróżnianie mnie nie do końca miało sens, bo wszyscy wiedzieli, że nie znam zasad.

Mnie jako dziecko korektorki, czytające od ponad dwudziestu lat, boli widok potworka typu mam horom curke. Chcę wziąć coś ciężkiego do ręki i iść nawracać piszących z błędami na jedyną słuszną polszczyznę. Okej, rozumiem żarty, sama czasem kaleczę polski dla beki, ale pisanie w taki sposób zawsze jest dla mnie nie do pomyślenia. Okazjonalny błąd – okej, notoryczne używanie np. „u” zamiast „ó” – no sorry. I niby wszyscy skończyliśmy szkoły… Bo wiecie – takie kwiatki to nie są zwykłe, okazjonalne żarty. Niektórzy serio tak piszą!

Eniłej – staram się pisać bez błędów. Pisząc „bez błędów”, mam na myśli poprawne diakrytyki, „nie” razem lub oddzielnie w zależności od sytuacji… Za składnię nie ręczę, zwłaszcza, jak szybko na coś odpisuję po ciężkim dniu.

Osoby mające mnie w znajomych na Facebooku mogą potwierdzić, że kiedy przychodzi do pisania przeze mnie na Messengerze to nie bawię się w wielkie litery na początku wypowiedzi, nie stawiam też kropki na końcu zdania. Używam Messengera jako narzędzia do szybkiej komunikacji ze światem i z premedytacją nie piszę nań poprawnie. Natomiast maile – a i owszem.

Im dłużej uczę się obcych języków (i komunikuję się każdego dnia po czesku czy angielsku), tym rzadziej zachowuję się jak grammar nazi. Byłaby to wielka hipokryzja z mojej strony (przy mieszanej składni…). Natomiast uważam, że o swój język trzeba dbać, a teksty typu hora curka bardzo źle świadczą o człowieku. Ja bym się chyba ze wstydu spaliła, gdybym popełniła takie paskudne błędy.

Wiecie – żeby jeszcze ktoś pisał tak SMS-y i nie pokazywał ich światu. Ale to są publiczne komentarze, często sygnowane nazwiskiem. No jak tak można.

Zdaję sobie sprawę, że być może się strasznie czepiam i robię z igły widły plus że polski jest jednym z najtrudniejszych języków na świecie. Nie po to jednak ktoś wymyślił naukę języka ojczystego, by potem każdy pisał, jak chce, bo i tak fsyscy mnie rozumiejom i fokle o co hodzi. Równie dobrze można olać naukę pisania w ogóle.

 

 

PS Moje nierozumienie i brak akceptacji nie dotyczą cudzoziemców, którzy są w trakcie nauki lub nie mają zbyt często okazji, by pisać po polsku. Sama nadal piszę po czesku z błędami (#szok, #niedowierzanie), ale się staram! Poza tym moje błędy nie są na poziomie horej curki.

Uprzedzając hejt – wpis dotyczy dorosłych Polaków po skończonej polskojęzycznej szkole, którzy w teorii mieliby wiedzieć, że mam horom curke zawiera aż cztery błędy.

 

Zdjęcie z nagłówka: Aaron Burden, Unsplash