Marcin Wicha, „Rzeczy, których nie wyrzuciłem”

Zarejestrowałam pojawienie się tej książki na polskim rynku. Dość szybko, jak na mnie, bo tuż po premierze. Zarejestrowałam, zerknęłam na opis, pomyślałam: Aha, dobra, zapamiętać, przeczytać za jakieś kilka lat, jak sobie o tym przypomnę lub jak się nawinie.

No co. Przy moim przemiale i robieniu pierdyliarda list typu „Przeczytać w miarę szybko, czyli w ciągu dwóch lat” czasem muszę odsunąć lekturę czegoś nowego w czasie. Poza tym opis fabuły mnie zaciekawił tylko do tego stopnia, że odnotowałam w swojej dziurawej pamięci fakt istnienia książki i postanowiłam kiedyś, kiedyś ją łyknąć.

Ale byłam głupia, moi drodzy. Z lekturą Rzeczy, których nie wyrzuciłem nie warto zwlekać!

Po kolei jednak, po kolei. W tym miejscu chciałabym podziękować niesamowitej Mai za udostępnienie mi tej jakże zaskakującej książki – Maju, podarowałaś mi kilka godzin bardzo dobrej lektury. Dziękuję!

***

Wkroczyłam już w wiek, kiedy coraz więcej moich znajomych zawiera związki małżeńskie. Zostaje rodzicami. Kupuje mieszkanie, dom, przeprowadza się na swoje. Ale też rozstaje się z innymi członkami rodziny, w tym z własnymi rodzicami.

Co prawda mi śmierć rodziców jeszcze nie przypadła w udziale, ale zdarzyło mi się składać kondolencje znajomym i przyjaciołom. W takich sytuacjach często mam wrażenie, że życie bywa naprawdę niesprawiedliwe, kiedy to młody, dwudziestoparoletni człowiek musi zająć się sprzątaniem czy też opróżnianiem mieszkania rodziców.

Zajęcie się dobytkiem odziedziczonym po zmarłej osobie nie jest łatwym zadaniem. Jeżeli śmierć nastąpiła niespodziewanie, porządkowanie to rzecz trudna, którą komplikuje poczucie straty i żałoba. Co innego jest np. uporządkować majątek danej osoby jeszcze za jej życia (np. kiedy ktoś choruje na ciężką chorobę, ale ma jeszcze trochę czasu i chce ułatwić innym formalności oraz funkcjonowanie po pogrzebie), czym innym natomiast jest stanąć w mieszkaniu, gdzie jeszcze kilka dni wcześniej ktoś był. I nagle zniknął.

Autor w Rzeczach, których nie wyrzuciłem opowiada o własnej matce i przedmiotach, które po niej pozostały. Przy opisywaniu sprzątania i segregowania dobytku rodzicielki snuje opowieść o tym, jaka była ona sama. Mama. Twarda i miejscami trudna kobieta, którą kochało się aż i mimo wszystko.

Pozwolę sobie tutaj na zdanie, z którego jestem bardzo dumna. Rzeczy… to najmniej nachalna książka o Żydach, jaką w życiu przeczytałam.

Dlaczego najmniej nachalna? Wątek żydowski (pochodzenie matki) jest zarysowany bardzo delikatnie i stanowi w moim odczuciu stwierdzenie faktu, mające wpływ na życie rodziny, ale nie przesądzający o wszystkim, co się z nią na przestrzeni lat działo. Nie ma tutaj zbyt wiele wzmianek o Holokauście, prędzej czytelnik natrafi na trudne lata powojenne, próby odnalezienia się w nowej rzeczywistości. Czasy sprzed wojny są odległe. Wydaje mi się, iż jest to coś nowego (albo inaczej: rzadko spotykanego) we współczesnej literaturze polskiej. Owszem, pochodzenie jakby jest widoczne, ale… wisi gdzieś w tle. Jest ważne, ale nie wraca się do niego w co drugim zdaniu. To bardzo delikatna kwestia, ale absolutnie ani nie stanowi tematu tabu, ani nie przytłacza głównego tematu opowieści Wichy. Naprawdę, jestem pod wrażeniem.

W Rzeczach… dodatkowo podobała mi się lekko zachwiana chronologia. Wiecie: opowiadanie zaczyna się od śmierci, następnie przechodzi przez wiele etapów, pojedynczych skrawków życia matki, nierzadko pomieszanych, poplątanych. Moim zdaniem absolutnie nie jest to wadą tekstu. Wprost przeciwnie: wielokrotnie odnosiłam wrażenie, że tak właśnie miało być. To chronologia dziecka, które wspomina swoją zmarłą matkę. Widzi jedną rzecz i przypomina sobie jakąś historyjkę, anegdotkę. Za nią przychodzą kolejne przedmioty i anegdotki, które pamięć przywołuje przecież nie w kolejności od narodzin do śmierci. Bardzo ładny i naturalny zabieg.

Rzeczy, których nie wyrzuciłem nie są łatwe, ponieważ nie są fikcją. Prędzej czy później sporo ludzi musi się zmierzyć z utratą rodzica lub kogokolwiek bliskiego. Wydaje mi się, że mój w miarę bezproblemowy odbiór miał miejsce dlatego, ponieważ wszystko mam jeszcze przed sobą. Niemniej jednak uważam, że warto się z tym zapoznać. Absolutnie nie wolno tego odkładać w czasie – macie okazję, przeczytajcie!

 

 

Na koniec – cytat.

 

  • „Matka mojej matki nic nie powiedziała… ”
    MUSISZ – „Rejwach” Mikołaja Grynberga!

    • Dorota Prószyńska

      Ja wiem, że muszę. Wezmę się na pewno!