Holka od mrtvých Židů.

Od dłuższego czasu chodził mi po głowie ten wpis. Kiedyś, dawno temu popełniłam tekst o mojej żydowskiej pasji, ale poczułam potrzebę poruszenia części tego tematu. Trochę dlatego, że na przestrzeni ostatnich kilku lat wśród moich znajomych nastąpiło wiele rotacji, wiązało się z tym wielokrotne odpowiadanie na zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie.

Dlaczego Żydzi, zwłaszcza ci martwi?

Niby od samego początku, od pierwszego wyjazdu do Oświęcimia umiem wytłumaczyć, czemu mam takie creepy dziwne zainteresowania, które jakoś nie chcą przejść z wiekiem. Ostatnio jednak (mając w perspektywie bliski wypad do muzeum w Treblince) mnie samą zaczęło zastanawiać, co takiego pcha mnie w kierunku tych wszystkich cmentarzy, obozów koncentracyjnych, miejsc kaźni ukrytych gdzieś w lesie i tym podobnych.

Dlaczego to właśnie martwi, a nie żywi Żydzi tak przyciągają moją uwagę?

Nie znam nikogo takiego jak ja, nie bardzo więc mam możliwość porównania doświadczeń. Spróbuję poukładać myśli.

 

Jeżeli mowa o cmentarzach żydowskich to sprawa jest prosta: przez wiele lat mieszkałam przy pozostałościach po jednym z nich. Wszyscy sąsiedzi wiedzieli, że na działce kilkadziesiąt metrów dalej był kirkut, gdzie chowano wołomińskich Żydów. Nie pozostało tam nic, co mogłoby o tym świadczyć.

Od dziecka lubiłam cmentarze. Podobało mi się, że często rosły nań drzewa, które przy wietrznej pogodzie szumiały uspokajająco. Jako mała dziewczynka przynajmniej dwa razy w roku chodziłam z mamą na stary cmentarz w Kobyłce, gdzie mamy grób rodzinny. Uwielbiałam spacerować po alejkach, przyglądać się napisom na nagrobkach. Ba, do dzisiaj jak mam zły dzień i potrzebuję się wyciszyć jadę na któryś z zabytkowych warszawskich cmentarzy (niedawno padł wybór na Powązki Wojskowe).

Cmentarze żydowskie (czy też kirkuty, ale nazwa ta dotyczy jedynie polskich nekropolii) są inne od katolickich. Zaniedbane, zarośnięte, z zatartymi inskrypcjami na kamieniach, często nie idzie się w ogóle rozeznać, kto w danym grobie został pochowany. Czasem (jak w Wołominie) nie istnieje nic, co mogłoby odwiedzającemu przybliżyć historię pochowanych tam osób.

Im więcej jeżdżę, tym bardziej zwracam uwagę na szczegóły, na często niewielkie różnice między poszczególnymi kirkutami. Zapamiętuję postawione tam po wojnie pomniki i lapidaria, po czym wciskam informacje o nich wszystkim tym, którzy chcą mnie chociaż przez chwilę słuchać. Staram się udowodnić, że zwiedzanie tego typu cmentarzy jest ciekawe i powinno być elementem wycieczki szkolnej. Chyba się tego w moim pięknym kraju nie doczekam, ale już wiem, jak będę wychowywać swoje dzieci – by zwracały uwagę nawet na to, co na pierwszy rzut oka jest nieciekawe i smutne. To jest, mimo wszystko, kawał naszej historii. Często cmentarze stanowią jedyny dowód na to, że w danym mieście mieszkali przed wojną Żydzi. Dlatego też o nich zresztą teraz piszę.

Moim pierwszym odwiedzonym obozem koncentracyjnym było Auschwitz. Klasyka gatunku, powiedziałabym. Szkolna wycieczka – radosny objazd po Małopolsce (zaliczyłam wtedy Kraków, Wieliczkę, Wadowice, Kalwarię Zebrzydowską, ba, nawet Zakopane w ramach niespodzianki), na koniec poważny akcent, na który zresztą uczestnicy wycieczki musieli wyrazić zgodę. Przynajmniej tyle dobrego – uważam, że nikogo nie powinno się zmuszać do zwiedzania Auschwitz i Birkenau. To musi być świadomy wybór.

Przed przekroczeniem słynnej bramy Auschwitz myślałam, że sporo wiem o Holokauście. Moi drodzy, gówno wiedziałam. Przeczytanie paru artykułów oraz Dziennika Anne Frank to w porównaniu z ogromem źródeł i miejsc pamięci nic. Być może wiedziałam więcej, niż rówieśnicy i stąd wzięłam ten totalnie odrealniony wniosek. Nie wiem, nie pamiętam. Teraz niby moja wiedza jest sporo, sporo większa, ale cały czas się uczę i odwiedzam kolejne masowe groby czy cmentarzyska.

Wróćmy jednak do obozu w Oświęcimiu. Miałam siedemnaście lat. Chodziłam po barakach z rozdziawioną gębą. Z tego dnia pamiętam nieznośny ból głowy i uczucie, jakby ktoś wylał mi na głowę wiadro zimnej wody. Z tym, że ta woda spływała po mnie całej, wraz z nią spływał ogrom informacji. Chłonęłam wystawy, jadłam je oczami; nie odstępowałam na krok przewodniczki.

Nie jestem w stanie zapomnieć uczucia, które towarzyszyło mi podczas przechodzenia przez komorę gazową. Strach, zaintrygowanie i… coś w rodzaju prawdy objawionej. To jest to, pomyślałam podczas marszu przez błoto Birkenau (był październik). To jest najciekawsza i najstraszniejsza rzecz na świecie. Nic innego nie jest ważniejsze.

Musiałam, po prostu musiałam dowiedzieć się o niej jak najwięcej.

 

Brama do Familienlager Theresienstadt w Birkenau. #Auschwitz #Birkenau #cathrynekpodróżuje #terezin #czechożydek #Oswiecim

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

Wróciłam do domu. Przez całą noc nie mogłam zasnąć z nadmiaru kotłujących się we mnie emocji. Zaczęłam grzebać w Internecie. Książki, filmy, zdjęcia – wszystko! Chcę poznać jak najwięcej! Chcę się dowiedzieć, dlaczego coś tak niepojętego powstało. Dlaczego jedni ludzie postanowili zgładzić innych jedynie z powodu pochodzenia?

Cóż – takie pytanie stawiałam sobie jako siedemnastoletnia dziewczyna, nie wiedząc, że tak naprawdę problem jest o wiele bardziej złożony. I tak oto przeczytałam Pasażerkę, Dom lalek, Listę Schindlera… Przy Chłopcu w pasiastej piżamie coś mi wysiadło w psychice: rzuciłam książką o ścianę i przerwałam zapoznawanie się z tematyką Holokaustu na ponad miesiąc. Po tym czasie jednak wróciłam.

I tak już dziewięć lat w tym siedzę. Owocem tego są m.in. praca maturalna (Obraz nazistowskich obozów koncentracyjnych w literaturze na przykładach), licencjat (Przestrzeń w filmie ‚Diamenty nocy’ Jana Němca*), magisterka (Kobiece doświadczenia getta i obozu koncentracyjnego w prozie Arnošta Lustiga**), wreszcie sam Czechożydek. Owszem, piszę tutaj także o literaturze jidysz, hebrajskiej, polskiej, o szeroko pojętej historii Żydów. Zawsze, ale to zawsze jednak zagadnienie Zagłady tkwi gdzieś z tyłu mojej głowy i nie daje o sobie zapomnieć.

Gdybyście byli ciekawi, jak to u mnie wygląda z wizytą na cmentarzach czy byłych obozach, to zapraszam na mój profil na Instagramie – staram się wrzucać zdjęcia z odwiedzanych miejsc na bieżąco.

 

Tu było getto. #czechożydekpodróżuje #belarus #białoruś #grodno #holocaustmemorial #grodnovisafree

A post shared by Dorota Prószyńska (@czechozydek) on

Na przestrzeni dziewięciu lat zwiedziłam niezliczoną liczbę żydowskich cmentarzy (nie podejmę się zrobienia listy. Tego jest bardzo dużo), pięć byłych obozów koncentracyjnych (Auschwitz, Birkenau, Stutthof, Terezin oraz Salaspils) oraz rozmaite miejsca związane z martyrologią Żydów, głównie polskich. Ostatnio zwiedziłam miejsca, gdzie zamordowano łotewskich Żydów – kolejno miejsce masakry w lesie Birkenieki, pozostałości po obozie Salaspils oraz miejsce pamięci w lesie w Rumbuli. Dla niektórych tego jest aż za dużo, ja twierdzę, że niekoniecznie. Słyszałam o takich, którzy jeździli po wszystkich byłych obozach w Polsce, Niemczech i Austrii, a więc odhaczyli tego o wiele więcej, niż ja.

Absolutnie nie myślcie jednak, że idę na ilość. Nieprawda. Dla mnie każde miejsce – czy to masowy grób w lesie, czy pozostałości po żydowskim cmentarzu – jest jedyne w swoim rodzaju. Co innego jest chodzić między barakami Auschwitz, próbować objąć wzrokiem teren Birkenau czy iść przez las na pole pełne pomników (Salaspils).

Wielokrotnie spotkałam się z niezrozumieniem ze strony innych ludzi. Dla części moja fascynacja i chęć uprawiania dark tourismu (jakby nie było, moje rozbijanie się po świecie do tego się sprowadza) była i jest niezdrowa. Bo kto normalny jeździ po obozach i fotografuje masowe groby? Ze dwa razy usłyszałam żarty o nekrofilii skierowane w moją stronę – to już były ekstremalne i na szczęście rzadkie przypadki, gaszone zresztą od razu (jak zdrowy, trzeźwo myślący człowiek może w ogóle wpaść na taki pomysł…)

Uważam, że ktoś musi się tym zajmować. Ktoś musi przyswajać wiedzę na ten temat i przekazywać ją innym. W takich sytuacjach lepiej jest, kiedy tego kogoś dana tematyka interesuje. Padło na mnie i dobrze się z tym czuję.

Uprzedzając ewentualne pytania o znieczulicę – mam ją do pewnego stopnia. Że tylko do pewnego stopnia, uświadomiłam sobie chodząc po lesie Birkenieki na Łotwie od jednego masowego grobu do drugiego.

 

Muszę Wam powiedzieć, że w przypadku takich zainteresowań z wiekiem nie jest lepiej. Im starsza jestem, tym mam większą odwagę do robienia różnych rzeczy. Jeszcze kilka lat temu bałabym się sama zapuścić na zarośnięty żydowski cmentarz gdzieś na obrzeżach miasta. Teraz zawsze mam dobre buty, wygodne ciuchy i niezbyt obciążony plecak, by w razie czego szybko zwiać. ^^

Wbrew temu, co kiedyś słyszałam (że moje zainteresowania nie są ważne i ja tylko o Żydach myślę) uważam, iż to, co robię, ma sens. Może nie mam idealnej pamięci, zdarza mi się coś przekręcić, ale uświadamiam. Zwracam uwagę. Być może uwrażliwiam. Dzielę się wiedzą, jak tylko umiem. Tłumaczę. Podpowiadam.

I sprawia mi to dziką radość.

Cóż poradzić – jestem dziewczyną od martwych Żydów.

Jakkolwiek makabrycznie to nie brzmi.

 

*o filmach tego reżysera powstanie kiedyś osobny wpis (jak tylko wszystkie obejrzę). W skrócie: Démanty noci to eksperymentalny film zaliczany do czeskiej Nowej Fali. Fabułę można sprowadzić do tego, że dwóch młodych Żydów ucieka z transportu do obozu i idzie przez las. Fabuła jednak jest tylko jednym z wielu ważnych aspektów, czyniących ten film wyjątkowym – w pracy rozpatrywałam przestrzeń, symbolikę, zachowania i umiejscowienie postaci. Fascynująca rzecz, do znalezienia w Internecie.

**btw. na podstawie opowiadania tego pisarza powstały Démanty noci.

Zdjęcie w nagłówku: davide ragusaUnsplash (Pomnik Pomordowanych Żydów Europy, Berlin)