Przeczytane w lipcu 2017

Lipiec, ach, lipiec! Miesiąc kolejnej Czechożydkowej wyprawy. Co prawda wyjazd nie był długi (raptem pięć dni), za to przeżyłam sporo przygód i wróciłam wypoczęta oraz pełna sił… W sensie czysto psychicznym, albowiem jazda nocnym Ecolines na trasie Ryga-Warszawa nie służy byciu w świetnej fizycznej formie. #truestory

W lipcu udało mi się przede wszystkim przeżyć dwa i pół dnia w Estonii, co niby było wielkim wyczynem, ale nie do końca, bo w Tallinie (gdzie urzędowałam) ciężko jest zginąć, jeśli jest się w miarę rozgarniętym, mówiącym po angielsku turystą. Dodatkowo zwiedziłam dwa nowe miasta (Tallin i Kieś, to drugie już na Łotwie) oraz odwiedziłam ponownie Rygę (polecam ubiegłoroczny wpis o tym, co można robić w stolicy Łotwy). Jeżeli chodzi o tegoroczną liczbę miast, gdzie moja noga postała po raz pierwszy, to na chwilę obecną mój wynik to osiem. Jeszcze dwa i będzie dziesięć, cel na ten rok!

Po powrocie natomiast rzuciłam się w wir codziennych i niecodziennych spraw, niekoniecznie związanych z blogiem. Obiecuję to nadrobić!

W ubiegłym miesiącu prawie wszystkie przeczytane książki znajdowały się wcześniej na stosie „do przeczytania i puszczenia w świat”, pożyczyłam tylko jedną. Dlaczego, zaraz się dowiecie.

Kolejność przypadkowa, bo tak.

 

  • Mario Vargas Llosa, Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki

Chodziła za mną ta powieść od momentu wydania, czyli… Ponad dziesięć lat. Jezu, a przecież promocja Szelmostw… była jakoś niedawno, może rok, dwa temu… Jestem stara…

*ekhm*

Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki to opowieść o toksycznej miłości głównego bohatera Ricarda do tytułowej niegrzecznej dziewczynki, której imienia nie zdradzę, bo po co psuć innym lekturę. Obydwoje pochodzą z Peru; ich historia zaczyna się, kiedy są dziećmi, kończy zaś po ponad czterdziestu latach. Los niesie ich w rozmaite miejsca, na pierwszy plan wysuwa się jednak nie Peru, a Paryż, idealne miejsce na rozwój romantycznych uczuć, nieprawdaż?

Nie wiem, jak Wam, ale mi już przed otwarciem książki skojarzyły się dwa inne tytuły – Miłość w czasach zarazy oraz Spóźnieni kochankowie. Niby wszystko od czapy, ale jednak nie do końca. W pierwszym przypadku główny bohater buja się ze swoim uczuciem do ukochanej kilkadziesiąt lat, miejscem akcji drugiej powieści jest natomiast… tadaaaa! Paryż! Przypadek?

Tak, jak najbardziej przypadek, ale doszłam do wniosku, że wszystkie wyżej wymienione powieści można czytać razem. Każda z nich jest bowiem nie dość, że warta lektury, to jeszcze uzupełnia braki pozostałych tekstów.

Jak to jest możliwe, zapytacie? Pojęcia nie mam. Trzy powieści, autorzy z różnych krajów, różnego pochodzenia, łączy je tylko kilka wspólnych elementów. Każda z nich wywołała we mnie silne emocje (no, może nie Miłość…, ale mniejsza) i spowodowała, że zapamiętałam ją na długi, długi czas. Przeczytanie ich razem byłoby czymś interesującym.

Eniłej – Szelmostwa… są super, można czytać.

 

  • Łukasz Orbitowski, Inna dusza

O Innej duszy wiedziałam tylko tyle, że czas akcji to lata dziewięćdziesiąte. Jako dumna przedstawicielka rocznika ’91 (jestem staraaaaa) od razu po uzyskaniu tej informacji zatarłam ręce z uciechy. Nareszcie, po tylu latach, może cofnę się do lat dziecinnych i otrę kilka razy łezkę wzruszenia… Spodziewałam się sentymentów.

Dostałam od rzeczywistości w twarz.

Proszę państwa, to jest BARDZO dobra książka. Idealna wręcz dla tych, którzy pamiętają TĘ BRZYDKĄ stronę lat dziewięćdziesiątych i którzy chcą się z nią zmierzyć ponownie.

Mówiąc ‚brzydka strona’ mam na myśli biedne rodziny, mieszkania umeblowane w PRL-u, biedę umysłową, trzymanie dzieci krótko (bo dzieci i ryby głosu nie mają), królującą wszem i wobec szarość. Aż teraz czuję dreszcz, kiedy przypomnę sobie, na jakich podwórkach i w jakich domach bawiłam się ze swoimi rówieśnikami.

Chciałam podróż do krainy dzieciństwa i ją dostałam. Z tym, że była to podróż do świata, który rodził morderców i patologię.

Wypożyczajcie, kupujcie, czytajcie.

 

  • Eugene Dabit, Hotel du Nord

Ufff, przyjemniejszy klimat. Hotel du Nord zabrałam ze sobą do Tallina, co było bardzo dobrym pomysłem – jak to się przyjemnie czyta! Pojęcia nie macie! Sama byłam mocno zdziwiona, spodziewałam się, że będzie to lektura z tych cięższych, gorzej strawnych.

W sumie to powinnam czytać cudze wrażenia z lektury przed sięganiem po książki. Tuż po powrocie do Polski przejrzałam opinie na LC, okazało się, że sporo ludzi miało podobne do moich odczucia.

Polecam czytać w ciemno bez większej znajomości fabuły. Dzięki temu wizyta w Hotel du Nord, małym francuskim hoteliku robotniczym będzie o wiele przyjemniejsza. Ja tak zrobiłam i nie żałuję.

 

  • Katherine Mansfield, Jej pierwszy bal

Kolejna z tallińskich lektur, zaczęta już na lotnisku w Warszawie. Cóż… To chyba nie są moje klimaty.

O Katherine Mansfield mogę powiedzieć, że bardzo podoba mi się jej styl – kobiecy, delikatny… Wiecie, ma się wrażenie, jakby obok was siedziała znajoma i opowiadała spokojnie, po cichu o czyichś perypetiach. Taka opowieść przy herbacie w chłodny, jesienny wieczór, kiedy jest się w nastroju do rozmawiania o życiu.

Podobało mi się, ale Mansfield jednak nie jest dla mnie. Szybko gubiłam się w szczegółach, traciłam zainteresowanie lekturą (zdecydowanie nie polecam czytania tego na lotniskach, gdzie ciągle są jakieś komunikaty i ludzie łażą). Nie mogłam się wciągnąć.

 

  • Matthew Quick, Poradnik pozytywnego myślenia

Trzecia i ostatnia (jak się później okazało) książka przeczytana prawie w całości w Tallinie.

Na początku słówko o filmie. Ekranizację obejrzałam na trzecim roku studiów (była wtedy na fali, Lawrence jeszcze nie otrzymała Oscara – chyba… Nie pamiętam) i przez cały seans rzucałam ciężkimi przekleństwami w kierunku laptopa. Nie podobała mi się historia, wkurzali mnie bohaterowie, chodziłam zła przez tydzień, czego nikt w moim otoczeniu nie rozumiał.

Wiecie, byłam wtedy na terapii. Po jakimś czasie zorientowałam się, że moja reakcja była jak najbardziej adekwatna – ludzie w trakcie terapeutyzowania się mają dziwne, często nielogiczne odruchy, zwłaszcza jak widzą film o ludziach z zaburzeniami.

Z czasem jest lepiej. Dowodem tego jest to, że literacki pierwowzór był dla mnie zaskakująco przyjemny. Film obejrzałam zdecydowanie za wcześnie.

Dobra, bo się rozgadałam o sobie – książkę warto znać, aczkolwiek różni się od filmu i nie każdemu może przypaść do gustu. Wypatrywałam wątków z psychoterapeutą Pata i Atakiem Azjatów – grupą kibiców hinduskiego pochodzenia. Sama nazwa strasznie mnie śmieszy xD

Czyta się aż za szybko! Pod koniec tallińskich przygód byłam święcie przekonana, że w Rydze nie będę miała co czytać (omamoomamoomamo, co ja pocznę, ile można oglądać głupoty na YouTube, ja chcę czytać).

Z pomocą w takiej chwili mogą przyjść przyjaciele!

 

  • Siergiej Łukjanienko, Nocny Patrol

Proszę Państwa, gdyby nie błyskawiczne pożyczenie, nie miałabym co czytać na Łotwie. Daniels, dziękuję!

Być może część z Was zna tę powieść, część pewnie o niej słyszała. Ja byłam święcie przekonana, że to opowieść o wampirach w Moskwie. Co jest prawdą, ale nie do końca; wampiry to tak naprawdę zaledwie część nadnaturalnych istot zamieszkujących stolicę Rosji. O równowagę w mieście dbają Nocny i Dzienny Patrol – pierwszy odpowiedzialny za dobro, drugi za zło. To mocne uproszczenie, ale gdybym miała omawiać wszystkie niuanse i podawać przypadki, wpis miałby dziesięć stron.

Jestem bardzo zadowolona. To świetny przykład urban fantasy*. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to że pod koniec tomu (Nocny Patrol to początek cyklu) nastaje lekki chaos, gubiłam się w wydarzeniach, kto komu i dlaczego… Trochę za dużo tego wszystkiego było.

(Koniec końców i tak większość Nocnego Patrolu przeczytałam po powrocie do domu, ale nie ma tego złego. Mogłam skupić się na lekturze i guglaniu różnych rosyjskich rzeczy pojawiających się w powieści.)

 

  • Swietłana Aleksijewicz, Cynkowi chłopcy

Jestem pełna podziwu dla Aleksijewicz i tego, co robi, w jaki sposób zbiera materiał do swoich reportaży. Mam za sobą Wojna nie ma w sobie nic z kobiety oraz Czarnobylską modlitwęCynkowi chłopcy byli kwestią czasu.

Twórczość Aleksijewicz warto czytać chociażby dlatego, by przypominać sobie nieustannie, że wojna nie ma najmniejszego sensu. Może dla polityków, tych tam „na górze”, natomiast jeżeli chodzi o zwykłych, szarych obywateli, to dla nich wojna może być początkiem końca. Własnego życia, rodziny, przyjaźni.

Cynkowych chłopców powinna przeczytać każda matka lub kobieta, która chce mieć dzieci. Ja po lekturze jestem pewna, że gdyby moje dziecko przyszło do mnie i powiedziało „Mamo, jadę na wojnę”, to wpierw bym je ogłuszyła, a potem zabarykadowała się z nim w domu.

Byleby tylko nie wyjechało.

 

  • Antoni Słonimski, Załatwione odmownie

Coś zdecydowanie lżejszego niż powyższy tytuł.

Załatwione odmownie to zbiorek różnych krótkich tekstów, zwłaszcza felietonów. Podzielony jest on na części, więc jeżeli np. felietony publikowane w Szpilkach komuś nie podpasują, zawsze można przejść do kolejnej części i absolutnie nie ma problemu.

Spodziewałam się, że teksty umieszczone w zbiorze będą bardziej humorystyczne, okazało się jednak, że autor miejscami jest mocno złośliwy. I ta złośliwość w sumie była ciekawsza, niż czysta humorystyka.

Przyjemnie się czyta, aczkolwiek musiałam sobie robić raz na jakiś czas przerwy, by przetrawić lekturę.

 

  • Izaak Babel, Historia jednego konia

Czytałam to chyba dwa, trzy tygodnie. Po trochu, kilkanaście, kilkadziesiąt stron dziennie. Opowiadania Babla są świetne, ale ciężkie tematycznie. Pierwsza część zbioru (Armia konna) była dla mnie bardzo trudna – generalnie zawsze miałam problemy z czytanie o wojnie z perspektywy żołnierzy i ich dowódców.

Najbardziej przypadły mi do gustu opowiadania odeskie. Też ciężkie w odbiorze, ale dotyczące życia mieszkańców Odessy, zwykłych ludzi.

 

***

Nie jestem zadowolona z tego wyniku. Na wyjeździe miałam tak dobre tempo czytania, że aż sama byłam zaskoczona, później jednak nastąpił spadek… Sporo się działo, do tego upały i zmienna pogoda nie wpływają zbyt dobrze na funkcjonowanie mojego mózgu… Może sierpień będzie pod tym względem lepszy.

Uprzedzając komentarze: nie jest tak, że ogólnie uważam dziewięć książek za kiepski wynik. W tej sytuacji niektóre tytuły były po prostu cienkie i ich przeczytanie to była kwestia paru godzin. Dorzućmy do tego Poradnik…, który przeczytałabym z prędkością błyskawicy, gdybym tylko sobie na to pozwoliła.

Nie robię sobie planów czytelniczych na sierpień, popłynę z prądem i będę posłuszna swoim zachciankom czytelniczym. _^_ Na razie czytam Hannę Krall, zobaczymy, co będzie dalej.

PS Zdjęcie symbolizuje moje dwukrotne moczenie nóg w Bałtyku – wpierw w Tallinie, potem w Jurmali, na mojej ukochanej plaży.

*aczkolwiek nie jestem w stanie powiedzieć, czy topografia miasta jest OK, ponieważ nigdy w Moskwie nie byłam. Trzeba zapytać kogoś innego.

Autor zdjęcia: Frank Mckenna, Unsplash

  • Ja Cię podziwiam już za samo to, że potrafisz czytać w podróży. Mnie to kompletnie nie wychodzi. Czy to podczas samej jazdy – tyle przecież rzeczy za oknem do podziwiania! a jeszcze współtowarzysz zwykle rozmów się domaga – czy już na miejscu, bo zawsze jest coś ciekawego do zobaczenia / zwiedzania / zrobienia / zjedzenia ;). Wieczorem też już się nie chce, bo człowiek zmęczony i pada na twarz. W tym roku wyjątkowo trochę więcej poczytałam podczas wypadu nad morze, bo zostałam w Gdańsku na cały dzień sama i do północy musiałam sobie czymś zapełnić czas, więc mogłam sobie pozwolić na dłuższe czytelnicze przerwy od spacerów po mieście. Ale normalnie – w najlepszym razie przebrnę przez kilka stron. Zastanawiam się, jak Ty to robisz (i wszyscy inni, którzy się chwalą wielkimi stosami książek przeczytanych na wyjazdowym urlopie).

    A druga rzecz, to że bardzo ciekawy i różnorodny masz ten zestaw lektur :). Trochę nowego, trochę starego… Szkoda, że Katherine Mansfield Ci nie do końca podeszła, ale wyobrażam sobie, że czytanie jej w obecności zbyt wielu rozpraszaczy może być frustrujące. Koniecznie muszę nadrobić Babla (w końcu to jeden z ulubionych pisarzy Hrabala!) i „Cynkowych chłopców”. Aleksijewicz znam na razie tylko „Wojna nie ma w sobie nic z kobiety”, ale to był chyba najlepszy i najbardziej poruszający reportaż, jaki w życiu czytałam.

    P.S. Jaką miałaś pogodę w Estonii? Jak ja tam byłam kiedyś w sierpniu, to w Tallinie jeszcze było w miarę okej (i w ogóle bardzo ładne miasto, rzeczywiście!), ale bliżej wybrzeża już piździło strasznie ;). Więc z estońskiego etapu podróży zostało mi w pamięci głównie zimno. I zastanawiam się, czy tam zawsze tak.
    P.S.2 Jaka tam stara, tu rocznik ’88 ;).

    • Dorota Prószyńska

      Po kolei:
      1. Czytanie w podróży jakoś samo mi przychodzi. Może dlatego, że jeśli już z kimś jeżdżę, to jest to osoba czytająca. Jak byłam z mężem w podróży poślubnej (dwa tygodnie w Szkocji), to robiliśmy sobie takie czytające wieczory. Każdy ze swoim czytnikiem. I było super.
      Tak naprawdę wszystko zależy od wyjazdu, z kim spędzasz czas i co dokładnie robisz. Jak pojechałam z Tallina do Rygi to czekali na mnie brat z przyjacielem. Oj, nie poczytałam sobie, ciągle było co robić, a po powrocie do hotelu przegadywałam z bratem długie godziny.
      W czasie jazdy nie czytam praktycznie wcale, chyba, że jadę pociągiem/lecę samolotem. Samolot jest dla mnie najlepszym środkiem transportu, bo nie mam choroby lokomocyjnej. Staram się czasami podczytywać w autokarze, ale zwykle po kilkunastu minutach daję sobie spokój i przerzucam się na audiobooki.
      2. A dziękuję 🙂 Staram się urozmaicać sobie lektury. Na studiach głównie czytałam literaturę czeską i żydowską (szeroko pojętą) i cały czas nadrabiam pozostałą (by nie czuć się w towarzystwie jak debil). Mansfield nie jest dla mnie, ale być może coś jest na rzeczy z tymi rozpraszaczami…
      3. Pogoda w Estonii… Było dość ciepło (chodziłam po mieście głównie w t-shircie, ale jak słońce się chowało to wyciągałam bluzę). Jednego dnia mocno padało i strasznie przemokłam, natomiast w dniu przyjazdu i tuż przed wyjazdem było słońce i ciepło. Od morza wiał zimny wiatr (im bliżej morza, tym gorszy). Poszłam na plażę przy porcie i wiało tam straszliwie, poza tym woda była tak zimna, że ledwo zamoczyłam stopy (dla zasady) i zwiałam czym prędzej, by się nie przeziębić. Ale nie było tak strasznie – jak wróciłam do Warszawy to piździło i padało, krótko po powrocie ostro się przeziębiłam.
      Dla kontrastu – będąc na Łotwie zajechałam do Jurmali na plażę. Było ciepło, wiał lekki wiaterek, pogoda idealna (przy zachodzie słońca!). 🙂