Jak spędzić dwa i pół dnia w Tallinie i przeżyć [PORADNIK]

Lipiec ubiegłego roku był dla mnie o tyle szczególnym miesiącem, że udało mi się wtedy po raz pierwszy w życiu pojechać na Litwę i Łotwę. Generalnie te państwa (Łotwa zwłaszcza) bardzo przypadły mi do gustu, także Estonia (jako państwo zaliczane do takiej trójcy nadbałtyckiej) była jedynie kwestią czasu i pieniędzy. Wizytę w Tallinie odłożyłam na ten rok.

Pieniądze okazały się w przypadku tej wyprawy ważne, ponieważ dojazd do Estonii jest dość drogi. Mając do wyboru Ecolines i przelot jakąś linią lotniczą zdecydowałam się na tę drugą opcję. Droga z Warszawy do Tallina trwa bowiem osiemnaście godzin. OSIEMNAŚCIE GODZIN. Moja najdłuższa podróż autobusem trwała… *liczy na palcach* piętnaście godzin z siedmiogodzinną przerwą na stanie na granicy ukraińsko-polskiej. Albo równo trzynaście godzin (Warszawa-Ryga). Osiemnaście godzin jazdy z niewielkimi postojami to jednak nie na mój organizm.

Przelot trwa jedynie godzinę i dwadzieścia minut, ale jest pewien mały problem. Na chwilę obecną żadne tanie linie lotnicze nie latają z Polski do Tallina. W moim przypadku (ze względu na to, że mieszkam niedaleko Okęcia) w grę wchodził jedynie LOT, gdzie kilka miesięcy temu cena jednego biletu z bagażem wynosiła pięćset złotych… Na szczęście niedawno trafiłam na promocję i nabyłam bilet za sporo mniejszą kwotę.

Kwestie dojazdowe mogłyby zniechęcić normalnego człowieka do podróżowania. Jak powszechnie wiadomo, ja normalna nie jestem, a pieniądze traktuję jako środek do uzyskania celu, w tym przypadku do dotarcia do miejsca, gdzie mnie jeszcze nie było i gdzie na pewno znajdę masę interesujących rzeczy.

W dzisiejszym poradniku opowiem Wam, jak spędzić w Tallinie dwa i pół dnia (bo tyle mniej więcej trwał mój pobyt), przeżyć i świetnie się bawić. Co prawda stolica Estonii nie jest Dawnym Polskim Miastem, ale w związku z tym, iż rozbijałam się po obcym mieście w obcym państwie sama, czemu nie miałabym Wam opowiedzieć o sposobach na przetrwanie w Tallinie.

Enjoy.

 

ABY PRZEŻYĆ W TALLINIE (CHCĄC NIE CHCĄC BĘDĄC POLAKIEM), NALEŻY:

 

  • Mówić jakkolwiek po angielsku/rosyjsku/estońsku

Od kilku dni moim głównym zajęciem jest rozpowiadanie, iż Tallin to wyjątkowo idiot-friendly miasto. Żaden polski zwrot nie odda tego, co właśnie angielskie idiot-friendly.

W stolicy Estonii bowiem nie idzie zginąć, jeśli mówi się po angielsku, rosyjsku lub estońsku. Ostatni język to rzecz wiadoma, rosyjski ze względu na historię Estonii i bliskość do Rosji też, natomiast powszechna znajomość angielskiego zadziwia mnie cały czas. Nie spotkałam nikogo, kto by w tym języku nie mówił wcale! A muszę powiedzieć, że wiele razy wchodziłam w interakcje z mieszkańcami Tallina, do tego w różnych miejscach, typu sklep, poczta czy rynek.

Nie zawsze jest to wzorowy, bezbłędny angielski, ale umówmy się, najważniejsze jest to, aby nas zrozumiano i abyśmy my zrozumieli, co się do nas mówi. Z takiego założenia wyszłam i było to założenie bardzo dobre.

  • Nie drzeć mordy po polsku

Z tego, co wiem, w Tallinie nie ma nastrojów antypolskich, zresztą dlaczego miałyby być, skoro Estonia jest od nas tak oddalona i Polacy jakoś niespecjalnie kiedykolwiek w niej mocno narozrabiali (jeśli się mylę, to dajcie znać w komentarzach!). Niemniej jednak darcie paszczy w języku ojczystym nie jest wskazane, a rzucanie mięsem w szczególności. W Tallinie bowiem mówi się także po rosyjsku, a wiadomo, że Słowianie niektóre przekleństwa mają wspólne.

Tu należy zaznaczyć jedną rzecz – mieszkańcy Tallina ciągle pytali mnie o pochodzenie. Rozmowy z nimi zwykle wyglądały tak, że po standardowej wymianie uprzejmości i załatwieniu mojej sprawy (np. kupno znaczków, zakupy w spożywczym, sprawy muzealne) prędzej czy później padało pytanie, skąd jestem. Reakcja była zazwyczaj pozytywna lub wręcz entuzjastyczna (nie pytajcie, nie wiem). Także nie zdziwcie się, jakby ktoś ni z gruchy, ni z pietruchy w Tallinie zaczął Was pytać o rodzinny kraj.

  • Nie zachowywać się jak cham i prostak

W Tallinie ludzie bardzo dobrze reagują na uśmiech i bycie grzecznym. Momentami miałam wrażenie, że na widok uśmiechającego się turysty natychmiast znikały w Estończykach wszelkie uprzedzenia i podejrzliwość. Jako, że jestem Czechożydkiem z natury wesołym, wszelkie kontakty z tubylcami miałam z miejsca ułatwione.

Niezachowywanie się jak cham i prostak w tym przypadku miało na celu podtrzymanie pozytywnych reakcji na moje polskie pochodzenie. Skoro Estończycy raczej podchodzili do mnie przychylnie, znaczyło to, że Polacy mają dobrą opinię. Po co więc ją psuć*.

  • Nie bać się ludzi (i tego, że Was nie zrozumieją)

Nawet, jak ktoś słabo mówił po angielsku, to i tak starał się mi pomóc. Zdarzyło mi się kilka razy w sklepach, że komuś brakowało słówek i komunikacja była lekko zaburzona, ale i tak byłam w stanie się dogadać.

Nie ma sensu obawiać się mieszkańców Tallina, albowiem nie gryzą (ani nie połykają w całości). Są po prostu spoko.

  • Nastawić się na wysokie ceny wszystkiego

Jeżeli chodzi o państwa nadbałtyckie to moim zdaniem Estonia jest najdroższa. Tam bilety wstępu do muzeów i zabytków były naprawdę wysokie (w porównaniu z tym, co widziałam na Łotwie i Litwie). Rzadko kiedy cena za bilet wynosiła mniej niż pięć euro, zazwyczaj wahała się w okolicach 6-8 euro.

Dodatkowo jedzenie w knajpach – nawet McDonalds wydawał mi się droższy, niż ten w Wilnie czy Rydze.

Nie ma jednak powodu do paniki! Pamiątki w sklepach na Starym Mieście nie są za to specjalnie drogie, można kupić suweniry już za cenę symbolicznego jednego euro.

  • Zwiedzać wszystko, co popadnie

Na Starym Mieście raczej nie płaci się za wstęp np. do kościołów, chyba tylko raz widziałam gdzieś tabliczkę z cenami biletów. Sama zwiedziłam kilka świątyń (w tym olbrzymi sobór Aleksandra Newskiego) i nie musiałam za to płacić. Aczkolwiek w każdym ze zwiedzonych obiektów zostawiłam niewielką ofiarę na renowację.

Zwiedzanie Starego Miasta nie musi wiązać się z olbrzymimi wydatkami. Jeżeli nie zależy nam na muzeach, wystarczy zaopatrzyć się w mapę „stworzoną przez lokalsów” (do zdobycia w hostelach i informacjach turystycznych), gdzie zaznaczone są ciekawe i często nieoczywiste miejscówki.

  • Chociaż raz schować mapę i zabłądzić na Starym Mieście

Pierwszy raz zastosowałam ten zabieg we Lwowie za namową koleżanki (Ola, jeśli to czytasz, to wiedz, że Ci dziękuję!). Po zapoznaniu się z terenem w stopniu „okej, wiem, gdzie jest nocleg i co większe ulice” warto schować mapę do kieszeni i po prostu ruszyć przed siebie, włazić w zaułki czy też iść za innymi turystami. Jeżeli czujecie się niepewnie, to co dziesięć minut warto robić sobie przystanki na sprawdzenie swojego położenia na mapie.

Stare Miasto jest przepiękne i pełne niespodzianek. To moje tegoroczne odkrycie.

  • Iść chociaż raz do Kompressora na obiad

Kompressor (ul. Rataskaevu 3) to obowiązkowy przystanek dla wszystkich tych, co chcą poczuć smak lokalnego jedzenia i poznać jedno z najlepszych miejsc na Starym Mieście. Restauracja ta serwuje głównie naleśniki z rozmaitym nadzieniem; cena jednego naleśnika waha się od czterech do sześciu euro i jest ona jak najbardziej adekwatna do serwowanego dania.

Naleśniki w Kompressorze są bowiem OLBRZYMIE. I DOBRE.

By się nie rozpisywać, powiem tylko, że mój naleśnik z szynką i serem sprawił, że nie byłam głodna przez pół dnia. True story.

Sama restauracja klimatem przypomina mi hospodę, brakuje tam tylko popielniczek na stołach.

Menu dostępne tutaj.

  • Zabrać z ojczyzny dużo dobrego humoru

Wspomniałam już, że uśmiech pomaga w kontaktach z mieszkańcami miasta. Warto jednak zabrać ze sobą duuuuużo dobrego humoru i pozytywnego nastawienia do świata. Pobyt w Tallinie zmieni się wtedy w pasmo przyjemnych rzeczy i będziecie go długo wspominać.

Poza tym – kurde, jak można być w tym mieście i się denerwować albo smucić? Tallin jest ekstra, warto się nim cieszyć! Dobre jedzenie, fajni ludzie, masa zabytków, blisko do morza (aczkolwiek plaża jest malusieńka), czego chcieć więcej?

Tallin otrzymuje Czechożydkowy Atest Zajebistości.

Z miejsc ściśle związanych z tallińską społecznością żydowską zwiedziłam dwa, mianowicie synagogę oraz Muzeum Żydowskie (ul. Karu 16). Dojście nie jest trudne, od granic Starego Miasta idzie się może piętnaście minut.

Jeżeli chodzi o synagogę to wejście do niej może wydawać się skomplikowane – zamiast furtki jest obrotowa bramka, ale przejście przez nią i sprawdzenie przez ochroniarza plecaków czy toreb zajmuje kilkanaście sekund. Tak, sprawdzono mi plecak, co absolutnie nie jest dziwne i na co się szybko zgodziłam. Zresztą kontrolował mnie przemiły starszy pan, który później trochę ze mną porozmawiał, także nie było tragedii.

Muzeum jest o tyle ciekawie zrobione, iż zwiedzający może sam zdecydować, ile czasu chce poświęcić na zgłębianie ekspozycji. Przy wejściu do sali muzealnej dostaje się audioprzewodnik, którego nie trzeba słuchać w całości (ja na przykład pominęłam kilka rozdziałów z historii estońskich Żydów), co jest wielkim plusem, bo nikt nikogo do niczego nie zmusza.

Wstęp zarówno do synagogi, jak i do Muzeum Żydowskiego jest darmowy (co wprawiło mnie w niezłą konsternację – w Rydze za wejście do bóżnicy zapłaciłam trzy euro, zwykle też muzea nie są za darmo, a tu Estonia mnie zaskoczyła), ale warto moim zdaniem zostawić jakąś ofiarę w muzealnej czy synagogalnej skarbonce**.

***

Tallin prawdopodobnie przez długie lata będzie jednym z moich ulubionych miejsc. Mam nadzieję, że kiedyś tanie linie lotnicze zaczną tam latać z Polski. Dzięki temu na pewno przybyłoby w stolicy Estonii polskich turystów.

Czułam się tam świetnie i mimo, iż ledwie kilka dni temu wróciłam do Warszawy, już za tym miastem tęsknię.

 

*oczywiście, nie znam historii Estonii, nie wiem, czy czasami mój naród kiedyś mieszkańcom tego pięknego kraju nie podpadł. Nie umiem także odpowiedzieć na pytanie, czy w innych miastach Polacy mieliby równie łatwo, jak w Tallinie. Opieram się tylko i wyłącznie na swoich doświadczeniach i obserwacjach.

**w Tallinie nie było żadnych sugestii co do wrzucenia pieniążka, czego nie można powiedzieć o synagodze w Grodnie… Tam jednak sugerowanie donacji jest całkowicie zrozumiałe, w końcu synagoga przechodziła gruntowny remont.