Przeczytane w czerwcu 2017

Czerwiec był bardzo warszawski. Chodziłam do kina, byłam na koncercie, jeździłam po mieście, zwiedzałam stare, znane mi już miejsca. Dla przykładu pojechałam na Powązki Wojskowe w Boże Ciało. Może zabrzmi to makabrycznie, ale ten cmentarny spacer uspokoił mnie i nastroił pozytywnie do życia. Wiecie, jak tam ptaki śpiewają? Miałam okazję posłuchać istnego ptasiego koncertu! Nie trzeba nawet zapuszczać się nie wiadomo gdzie, wystarczy przejść się Aleją Zasłużonych i od razu lepiej się człowiekowi robi od tego świergotu. Polecam, Czechożydek.

O czym to ja… A, miałam się pochwalić. Pamiętacie, jak w poprzednim podsumowaniu planowałam uporać się ze stertą pożyczonych/obiecanych książek? Udało mi się! Ba, jeszcze przeczytałam jedną nadprogramową rzecz z półki „przeczytać i puścić w świat”. Jestem z siebie dumna.

To skoro już ruszyłam tę drugą półkę… W lipcu postaram się uwolnić jak najwięcej pozycji, które leżą i czekają, aż je przeczytam i przekażę dalej. Zobaczymy, jak mi pójdzie.

A tymczasem zapraszam do podsumowania za czerwiec. Co też pożyczyłam? Kolejność nieprzypadkowa.

Po kolei:

 

  • Coleen Hoover, Losing Hope

Tu podziękowania za pożyczenie należą się Mojej Siostrze. Kontynuacja Hopeless zrobiła na mnie podobne wrażenie, co pierwszy tom, ale tutaj już uważnie analizowałam tekst, ponieważ autorka napisała historię Sky z perspektywy jej chłopaka. Obawiałam się, że Losing Hope będzie kiepsko napisane, ciężko jest bowiem przestawić się z myślenia kobiecego na męskie (już parę razy spotkałam się z niezbyt dobrą realizacją takiego pomysłu).

Wyszło bardzo dobrze, aczkolwiek mało który nastolatek ma takie przemyślenia i jest baaaaaardzo dojrzały. Holder był dla mnie trochę nierzeczywisty, ale summa summarum nie chce mi się do niczego przyczepiać. Bo to nie jest zła powieść. Ba, jest potrzebna, bo uczy rozmawiać o uczuciach i przeżyciach.

I tak Wam nie powiem, o czym to opowiada! Sięgnijcie w ciemno, wtedy lektura będzie najlepsza.

  • Szczepan Twardoch, Król

Oddzielny wpis tutaj. Za pożyczenie dziękuję Aleksandrowi.

 

  • Czesław Miłosz, Rok myśliwego 

Czytanie Miłosza zaczęłam chyba trochę dziwnie. Nie od poezji (jak logika nakazuje), nie od Doliny Issy, a od dziennika. Coś dużo tych literackich dzienników w moim życiu ostatnio.

Najlepsze, co mogłam o tej książce napisać, opublikowałam w opinii na Lubimy Czytać*, pozwolę więc sobie na przytoczenie własnych słów. Bo kto mi zabroni.

„Rok myśliwego” to dziennik. Dziennik, a więc rzecz intymna, zapiski pisane na żywo, na gorąco, czasem nawet pod wpływem emocji. To ostatnie akurat u Miłosza ma miejsce rzadko; „Rok” to nie tylko zbiór przemyśleń, to także wspomnienia, sprawy bieżące w życiu poety, a przede wszystkim ludzie. Ludzie, ludzie, ludzie, krewni i znajomi Czesława Miłosza, często osoby, z którymi zetknął się przelotnie kilka razy, ale które przy tych zetknięciach wywarły na nim określone wrażenie i zostały w jego pamięci.
Mi jako osobie kompletnie nieznającej wcześniej życiorysu noblisty (pomijając Wilno i wiersz o płonącym getcie warszawskim) „Rok myśliwego” przybliżył i odbrązowił jednocześnie postać Miłosza. To znakomita odtrutka na wszelkie próby gloryfikowania poety i tego, co zrobił dla polskiej literatury. Miłosz, jak się okazuje, był człowiekiem 😉 Miał swoje wady, zalety, upodobania.
Jedyne, co mnie tak naprawdę zastanawiało, to jakim był ojcem. O dzieciach wspomina może trzy, cztery razy, za to obie żony pojawiają się właściwie na co drugiej stronie albo i częściej. Hmmm, ciekawe.
Polecam, aczkolwiek nie da się tego czytać bez jednoczesnego zerkania na przypisy. Zbyt wiele jest bowiem cytatów i nazwisk, których nieznajomość wręcz szkodzi w momencie, kiedy chcemy przyswoić z lektury jak najwięcej.

 

  • Kamil Bałuk, Wszystkie dzieci Louisa 

Pierwsza lektura klubu książkowego znajomej. Z przyczyn ode mnie niezależnych nie byłam w stanie dotrzeć na spotkanie (buuu), ale książkę i tak przeczytałam. Specjalne podziękowania za udostępnienie książki należą się Mai.

Historie dzieci, których ojcowie byli dawcami spermy fascynują mnie od zawsze. Doczekałam się powstania reportażu o człowieku, który stał się biologicznym ojcem nie jednego czy kilkorga dzieci, ale aż dwusetki (przy czym nie jestem do końca pewna, czy liczba ta nie uległa zmianie z powodu odnalezienia nowych potomków). Liczba ta wynika z pomysłu tytułowego Louisa, by jego materiał genetyczny przetrwał w jak największej liczbie osób, co dodatkowo szokuje, kiedy dochodzi kolejna informacja na temat tego dawcy. Że cierpi na zespół Aspergera.

Pomysł na książkę genialny, wykonanie miejscami zgrzyta. Usypiałam nad dłużyznami, gdyby tak je wyciąć, całość czytałoby się o wiele lepiej. Niemniej jednak z czystym sumieniem mogę to polecić, ponieważ autor wykonał kolosalną pracę w zbieraniu materiałów. Jako debiut Wszystkie dzieci Louisa prezentują się świetnie.

  • Jakub Żulczyk, Zmorojewo

Pierwsze moje spotkanie z twórczością tego autora. Bardzo udane, muszę przyznać. Zmorojewo jest przyzwoicie napisaną powieścią dla młodzieży, obfituje w nawiązania i – co ważne – historia w nim zawarta jest opowiedziana tak, że nie robi z czytelnika debila. W odpowiednich miejscach śmiałam się, w odpowiednich zastanawiałam i byłam całkowicie skupiona na wydarzeniach.

Fajną sprawą są tutaj relacje międzyludzkie, które (jak to w życiu bywa) nie zawsze są jasne i nieskomplikowane. Szczególnie podobało mi się to, jak autor przedstawił rodziców i dziadków (zwłaszcza tych drugich) głównego bohatera.

Miejscami jednak było za dużo akcji i trochę się gubiłam, musiałam cofać się o stronę lub dwie, by połapać się, o co chodzi.

 

  • Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze

W wielkim skrócie: pod powyższym tytułem ukrywa się zbiór listów Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory. Dwójki wybitnych twórców, tekściarzy, poetów. Ludzi, którzy przez krótki czas byli w sobie zakochani.

Mam z tym czytelniczy problem. Z jednej strony te listy są przecudowne, to jeden z najpiękniejszych przykładów tego, jak polszczyzna potrafi być śliczna. Z drugiej jednak… Korespondencja jest rzeczą prywatną, ta miłosna zwłaszcza. O ile nie mam problemów z czytaniem dzienników, tak tutaj wielokrotnie zastanawiałam się, czy przyzwoitym jest czytać cudze listy, do tego o tak intymnym charakterze.

Na marginesie: zbiór ten został wydany za zgodą córki Osieckiej i syna Przybory. Został on przygotowany oraz opatrzony wstępem i przypisami przez Magdę Umer, co sprawia, że Listy na wyczerpanym papierze dodatkowo nabierają wartości i atrakcyjności (Umer znała Osiecką i Przyborę i moim zdaniem nikt inny nie byłby w stanie napisać tak dobrych przypisów, jak ona).

Absolutnie nie mogę nazwać tego lekturą zbędną, aczkolwiek nie mogę pozbyć się mieszanych uczuć. W końcu, jak wspomniałam, to rzecz prywatna…

  • Jakub Żulczyk, Zrób mi jakąś krzywdę

Na debiut Żulczyka czaiłam się kilka lat, jakoś nigdy nie dane mi było sprawdzić, co to jest i z czym to się je (aż wreszcie upolowałam swój egzemplarz na wymianie książkowej). Z radością zabrałam się za czytanie (mając w pamięci Zmorojewo, które mi się podobało) i…

Long story short – to była droga przez mękę.

Fabuła wydaje się być prosta jak konstrukcja cepa: jest sobie dwudziestoparolatek, który zakochuje się w nastolatce, po czym ją porywa. W praktyce proste są chyba tylko początek i zakończenie. Reszta to chaos, chaos, wszystko naraz, duża ilość dziwnych metafor i odniesień, dzieje się od cholery rzeczy, z których niewiele moim zdaniem ma sens.

Ewidentnie Zrób mi jakąś krzywdę wpisuje się w kategorię, o której istnieniu dowiedziałam się podczas praktyk studenckich w bibliotece miejskiej – kategorie książek dziwnych. Z niebanalną historią, nietypowym sposobem opisywania wydarzeń, nieszablonowymi bohaterami. Książki dziwne nie muszą podobać się każdemu, nie muszą być zrozumiałe dla ogółu, mogą nieść treści ważne dla pojedynczych czytelników. Wszystko zależy od bagażu doświadczeń oraz osobowości osoby czytającej. Wierzę, że ta powieść może się ludziom podobać. Do mnie, niestety, nie przemówiła; to było sto kilkadziesiąt stron, które czytałam kilka dni**. Uparłam się, że skończę, teraz jednak nie wiem, czy było mi to potrzebne.

Gdybym nie trafiła wcześniej na Zmorojewo, tylko na Zrób mi jakąś krzywdę, zniechęciłabym się do autora na amen. Na szczęście widzę, że Żulczyk potrafi inaczej pisać i nie warto ignorować faktu istnienia jego twórczości.

  • Stanisław Ignacy Witkiewicz, Narkotyki. Niemyte dusze

Moja lektura tej cudownie napisanej książki zakończyła się pod koniec Narkotyków, kiedy to okazało się, że w moim wydaniu brakuje kilkudziesięciu stron. W tym początku Niemytych dusz, bez którego czytanie reszty było bez sensu (próbowałam).

O Witkacym różni napisali wiele. Ja akurat nie mogę popisać się ani rozległą wiedzą na jego temat, tym bardziej omówić inne jego dzieła (w liceum przeczytałam jedynie kawałek Szewców, z których nie pamiętam nic poza tym, że mnie to odrzucało. Muszę do tego wrócić). Narkotyki przypadły mi do gustu (zwłaszcza pochwała peyotlu, o którym po raz pierwszy usłyszałam na wykładach kulturoznawczych na studiach). Bawiły mnie też zapewnienia autora, że absolutnie nie jest homoseksualistą i że brzydzi się homoerotycznymi praktykami.

Do Niemytych dusz kiedyś powrócę, jak tylko zdobędę kompletne wydanie.

 

 

  • Gustaw Herling-Grudziński, Inny świat. Zapiski sowieckie 

Skoro o lekturach licealnych mowa… Inny świat przerabialiśmy (z tego, co pamiętam) w całości, ale ja przeczytałam tylko jeden rozdział, który niespecjalnie mnie zainteresował, dlatego też nie zgłębiłam później całości. Po siedmiu latach od matury weszłam w posiadanie tej książki, co uznałam za zrządzenie losu (świat chciał, bym to wreszcie przeczytała i przestała się chwalić swoim licealnym leserstwem).

Na łagrach nie znam się wcale. Może to wydać się szokujące przy moim zaczytywaniu się książkami o tematyce obozowej… Do sowieckich obozów jakoś zawsze było mi daleko. Teraz (podejrzewam, że w związku z tym, iż zaczęłam się interesować dawnymi Kresami Wschodnimi i ogólnie Polakami na wschodzie Europy) doszłam do wniosku, że wypadałoby chociaż do tej książki zajrzeć. No i zajrzałam, po czym wciągnęłam się na dobre.

Muszę Wam powiedzieć, że Inny świat stał się powodem sprzeczki z Jakubem. Otóż mój mąż miał w liceum ciężkie przejścia z tym tekstem, co zaowocowało szczerą niechęcią zarówno do dzieła, jak i autora. Przez jakiś czas starałam się udowodnić ślubnemu, że to nie jest zła książka, niestety moje starania spełzły na niczym. Co poradzić…

Inny świat stał się dla mnie kopalnią wiedzy na temat funkcjonowania łagrów i więźniów w nich osadzonych. Dzięki tej książce zabrałam zapału do dalszych studiów nad tematem.

Nie jestem jednak pewna, czy to aby na pewno dobra lektura szkolna. Widzicie, ja do tego usiadłam już w wieku dorosłym, po studiach i wieeeelu przyswojonych tekstach historycznych, miałam zupełne inne podejście do łagrowych przeżyć autora. Co ma powiedzieć taki licealista, który o drugiej wojnie światowej wie tyle, ile usłyszał w szkole i ewentualnie widział na filmach? Co może go tutaj zainteresować?

  • Aleksander Sołżenicyn, Jeden dzień Iwana Denisowicza

Z rozpędu po skończeniu Innego świata zabrałam się za opowiadanie Aleksandra Sołżenicyna, autora Archipelagu GUŁag (do którego też przymierzam się od lat). i był to bardzo dobry pomysł, jak się okazało.

Absolutnie się nie dziwię, że Sołżenicyn dostał literackiego Nobla – to opowiadanie jest świetne! Gdybym zetknęła się z czymś podobnym we współczesności i gdybym wiedziała, że to pierwsze dziełko jakiegoś nieznanego autora, wróżyłabym mu olbrzymi sukces. Krótko, zwięźle i na temat, a zakończenie przeraża czytelnika na długi, długi czas.

Miejscami trzeba się mocno skupić, ale moim zdaniem wynika to z wdrożenia się w świat i przeżycia głównego bohatera, nie jest to jakiś defekt pisarski. Gorąco polecam.

*swoją drogą prowadzę taką swoją osobistą krucjatę przeciwko beznadziejnym i niekonstruktywnym opiniom na LC, publikując może nie hurraoptymistyczne, ale w miarę rozsądnie sformułowane przemyślenia. Zainteresowanych odsyłam na mój profil.

**jak Kafkę, chciałoby się powiedzieć, ale tego nie powiem, bo Kafka by się przewrócił w grobie.

Zdjęcie w nagłówku: Aral Tasher, Unsplash

  • „Inny Świat”, po latach znaleziony przeze mnie właśnie w prezentowanym przez Ciebie wydaniu, to moja ulubiona lektura szkolna. Jako jedyna wydała mi się dopasowana do wieku (liceum), nie epatowała przesadnym patosem, którego nie cierpię w opowiadaniu o wojnie, pokazała bez retuszu i bez patetyzmu jak to wyglądało. Pamiętam, że zrobiła na mnie ogromne wrażenie (w końcu przez wiele lat jej potem szukałam) i do dziś uważam za „must read” z lektur.

    Sporo polskich lektur, chyba też będę musiała nadrobić, choć przez nową pracę mam bardzo dużo książek do przeczytania i niewiele czasu znajduję na swoje wybory. Polecam to, co skończyłam wczoraj – „Moje córki krowy”.

    A list się pisze. 🙂

    • Dorota Prószyńska

      Mignęło mi na Facebooku, że czytałaś „Moje córki krowy”. Nie mam do tego po drodze, ale jeśli tylko nadarzy się okazja to przeczytam.
      Swoją drogą chyba muszę sobie zrobić listę lektur, których w czasach licealnych albo nie przeczytałam, albo nie skończyłam. Kto wie, na jakie perełki natrafię. 🙂

      • Chętnie pożyczę. 🙂
        Też miałam w planach taką listę i przeczytanie ponowne lektur szkolnych. Na przykład taki Sienkiewicz – „Ogniem i mieczem” świetne i uwielbiam, całej reszty nie przemogłam. Może czas spróbować ponownie. Albo tego nieszczęśnego, znienawidzonego Tadeusza…

        • Dorota Prószyńska

          Z „Trylogii” przeczytałam dwie pierwsze części, „Pan Wołodyjowski” czeka na swoją kolej. Natomiast „Pana Tadeusza” przeczytałam przed maturą w całości i byłam zaskoczona, bo jako całość czyta się to świetnie i lektura nabiera sensu. Gorąco polecam.
          Btw. dzisiaj z kolegą czytaliśmy w pracy artykuły nt. Mickiewicza, „Pan Tadeusz” po litewsku to „Ponas Tadas”. Cały czas rżę ze śmiechu, bawi mnie to niezmiernie. 😉