Przeczytane w maju 2017

W maju dostałam pierwszą porządną porcję słońca w tym roku. Było to słońce we Włoszech; podczas wyjazdu służbowego w Jesolo napracowałam się, ale także wygrzałam i wymoczyłam nogi w Morzu Śródziemnym. Było mi to potrzebne – słońce, sporo pracy, ale także to powietrze, morze, przyroda… Nigdy wcześniej nie byłam we Włoszech, jestem przekonana, że wrócę tam jeszcze wiele, wiele razy. Chociażby dla klimatu.

Ubiegły miesiąc to także trzy nowe synagogi (weneckie!), dwa nowe miasta (właśnie Jesolo i Wenecja), a także sporo dziergania i różnych warszawskich przygód. Czytelniczo wypadł o wiele lepiej, niż poprzedni. Nie dość, że zaczęłam więcej rzeczy, to jeszcze ruszyłam dość przykurzony stos literatury czeskiej.

Plany na czerwiec – rozprawić się ze wszystkimi pożyczonymi i obiecanymi komuś książkami. Chcę uwolnić półkę.

 

I tym razem kolejność też nie do końca przypadkowa.

 

  • Neil Gaiman i spółka, Sandman. Koniec światów oraz Panie Łaskawe

Zbliżam się powoli ku końcowi serii o Śnie (chlip, chlip). Stwierdzam jednak z pewną ulgą, że moje obawy względem ostatnich tomów cyklu w przypadku Końca światów i Pań Łaskawych nie miały racji bytu. Zapytacie, czego się obawiałam; otóż przedmiotem moich zmartwień było to, że seria mogła pójść w bardzo dziwnym i niekoniecznie dobrym kierunku. Nie mówię, że się tak nie stało, albowiem pozostała mi jeszcze jedna część, natomiast mogę Was zapewnić, że zarówno Koniec światów, jak i Panie Łaskawe trzymają poziom. Ba, Panie Łaskawe ten poziom mocno podbijają, jest to moja ulubiona część cyklu.

Czytajcie Sandmana. Pozachwycajmy się razem!

  • Praca zbiorowa, Krakowski Szlak Kobiet. Przewodniczka po Krakowie emancypantek. Tom 3

W posiadanie trzeciego tomu Przewodniczki weszłam przypadkiem (Joanno, wiem, że to czytasz, dzięki!) i był to przypadek, który mógłby się częściej w moim życiu pojawiać. Wiecie, kiedy nagle ni stąd ni zowąd spada na was jak wybawienie całkiem ciekawa książka.

Przewodniczka po Krakowie emancypantek to zbiór tekstów dotyczących bardziej lub mniej (często wcale) znanych krakowskich kobiet, które albo zwyczajnie były częścią swojego miasta, albo je współtworzyły i próbowały zmieniać, by innym żyło się lepiej. Znajdują się tam opowieści o robotnicach, działaczkach, Żydówkach, kobietach wykształconych lub nie.

Muszę przyznać, że lektura była dla mnie czymś niesamowitym – słabo znam przestrzeń Krakowa, byłam tam kilka razy i chyba nie udało mi się do końca poczuć klimatu tego miejsca. Moje wypady do dawnej stolicy były krótkie, chaotyczne, w biegu. Poza standardowymi punktami do zwiedzenia typu Wawel widziałam niewiele (kawalątek Kazimierza, który ledwo pamiętam, oraz fabrykę Oscara Schindlera), absolutnie więc nie mogę się wypowiadać w tym temacie. Przewodniczka przybliżyła mi obcy do tej pory Kraków, zachęciła, bym się tam wybrała i została na dłużej, co – miejmy nadzieję – będzie miało miejsce w listopadzie.

Warto. Chętnie sięgnę po poprzednie zbiory.

  • Václav Erben, Śmierć utalentowanego szewca

Tutaj niestety nie mogę radośnie stwierdzić, że wszystko było OK i że lektura coś mi dała.

Chociaż nie, w sumie dała – z początku ze dwie salwy śmiechu z powodu języka, a potem sen po ciężkim dniu pracy na wyjeździe służbowym. Zasnęłam bowiem po jakichś piętnastu stronach.

Nie wiem, czy moje problemy z kryminałami są większe, niż myślałam, czy też to kwestia samej Śmierci utalentowanego szewca i sposobu, w jaki została ona napisana. Historia niby ciekawa, fakt śmierci szewca-malarza też, aczkolwiek o tym, że był szewcem, dowiedziałam się po jakichś stu dwudziestu stronach, czyli w 1/3 książki…

Zniechęciłam się i rzuciłam to w diabły. Lektura z rozdziału na rozdział stawała się dla mnie coraz większą męczarnią.

Ale, ale, jest jednak coś, co tę książkę ratuje – ekranizacja! Dowiedziałam się o jej istnieniu od kolegi z pracy. Otóż na wspomnianym wyjeździe wyżaliłam się koledze, że lektura Śmierci… zakończyła się fiaskiem; zostałam wtedy oświecona, że przecież film jest bardzo fajny i w ogóle o co mi chodzi. Jako, że nie miałam pojęcia o tym, że nakręcono film, szybko po powrocie do ojczyzny go obejrzałam.

I muszę powiedzieć, że ten film jest przeuroczy. Główny bohater zwłaszcza, tak ciekawie rozpisanej postaci prowadzącego śledztwo nie widziałam od dawna. Uśmiechałam się do laptopa przez cały czas trwania, z czystym sercem i sumieniem mogę Wam ten film polecić.W przeciwieństwie do literackiego pierwowzoru.

  • Franz Kafka, Opowieści i przypowieści

Dojechałam do 1/3 i daję sobie na razie spokój. Moje pokłady sił do czytania Kafki wyczerpały się niedługo przed końcem wyzwania, o którym Wam pisałam jakiś czas temu. Niemniej jednak do tego zbioru powrócę.

  • Sławomir Mrożek, Dziennik powrotu

Mrożek potrafił w kilku słowach tak trafnie skomentować rzeczywistość… Trochę się nad tym pośmiałam, ale po lekturze Dziennika miałam lekkiego czytelniczego kaca.

Najbardziej podobało mi się to, że autor widział sens i coś niezwykłego w każdej rzeczy, każdym do bólu zwyczajnym zdarzeniu. W jego słowniku chyba nawet nie było takiego słowa jak zwyczajny.

Najlepsza rekomendacja w moim wykonaniu, jeżeli chodzi o Dziennik powrotu – czytałam tę książkę przez prawie cały lot na trasie Wenecja-Warszawa, z przerwą na kawę i przeczytanie koledze jednego interesującego akapitu. Poza tym świat Boży dla mnie nie istniał.

  • Tomáš Zmeškal, List miłosny pismem klinowym

Haaaa. Pierwsze podejście do Listu miłosnego miałam kilka lat temu – byłam młoda, głupia, ledwo co zaczęłam studia. Nie byłam wyrobioną czytelniczką*… Po kilku latach zdecydowałam się wrócić do lektury, bo a nuż do tej książki dorosłam.

Okazało się, że to była kwestia dobrnięcia do trzydziestej strony. Potem lektura stawała się coraz bardziej przyjemna.

List miłosny… to bardzo ciekawie i nietypowo napisana opowieść o miłości dwojga ludzi, o tym, jak może być skomplikowana. Bohaterami nie są jednak tylko Josef i Kwieta, przez powieść przewijają się też ich córka, wnuk, rozmaici ludzie, którzy na początku wydają się losowi, ale na pewno takimi nie są, gwarantuję Wam.

Powieść jest w porządku. Jedyne, co tak naprawdę mi przeszkadzało, to spolszczenie imion i nazwisk. Ja rozumiem, że nie wszyscy znają czeski i że w języku polskim istnieją wersje czeskich imion, ale Kwieta Czerna trochę mnie drażniła, wolałabym jednak wersję oryginalną (Květa Černá). Ale to tylko takie moje zboczenie, nie sugerujcie się nim.

  • Jáchym Topol, Warsztat diabła

Oddzielny wpis tutaj.

  • Miroslav Žamboch, Krawędź żelaza t.2

Miły powrót do Žambocha i opisów bicia się po ryjach. A tak na poważnie to polecam, akurat Koniasz jest fajnie napisaną postacią.

Generalnie Žamboch jest dobrym pisarzem fantasy. Zachęcona drugim tomem Krawędzi żelaza zebrałam się w sobie i kupiłam wreszcie inną powieść tego pisarza, na którą polowałam kilka lat, czyli Sierżanta. Poza tym mam do nadrobienia parę innych książek Žambocha, także pewnie niebawem przeczytacie o nim i jego dorobku coś więcej.

  • Charlie Adlard, Sam Kieth i inni**, Harley Quinn Vol. 1 (Hot in the City)

Zarzuciłam na razie czytanie Suicide Squad na rzecz przygód samej Harley Quinn. Zachęcił mnie do tego opis fabuły – otóż Harley nagle otrzymuje w spadku spory budynek na Coney Island. Dzięki temu może zacząć nowe, lepsze życie, zresztą w pierwszym tomie ma całkiem niezły start.

To nie jest komiks dla dzieci (kto by w ogóle mógł tak pomyśleć?). Jest tam sporo przemocy, bluzgów, sytuacji niekoniecznie dobrych dla dziecięcych oczu. Ja jednak setnie się przy nim ubawiłam, zwłaszcza, że przygody Harley mają ciekawe zaplecze społeczno-kulturowe (kwestia mniejszości, przynależenia do innej grupy społecznej, kwestia bezdomności zwierząt). Nie twierdzę, iż jest to coś moralizatorskiego, absolutnie. Przyjemnie jednak czytało się o zmaganiach bohaterki z rzeczywistością i otoczeniem.

Nie jest to rzecz głupia. Fabuła nie polega li i jedynie na mordobiciu, jest bardziej złożona, niżby się wydawało. Nie poprzestanę na pierwszym tomie.

 

  • Petr Stančík, Młyn do mumii

Z początku chciałam, oj bardzo chciałam (nawet nie wiecie, jak bardzo) napisać oddzielny tekst na temat Młyna do mumii. Byłam zachwycona zarówno językiem, jak i formą, miejscem akcji (Pragaaaa), głównym bohaterem, momentami to wszystkim nawet (#blogerskiprofesjonalizm). Niestety moja euforia spowodowana lekturą już w połowie powieści zaczęła opadać, opadać, aż w końcu przerodziła się w znudzenie, a następnie rozczarowanie zakończeniem. Było mi w związku z tym ostatnim tak smutno, że nawet nie zabrałam się za robienie szkicu do recenzji.

W skrócie, o co chodzi – rzecz się dzieje w czasach Belle époque, miejscem akcji jest, że tak to ujmę, zmodyfikowana i trochę nierzeczywista Praga, pełna wymyślnych burdeli i miejsc tak nietypowych, że aż niewiarygodnych. W tej Pradze właśnie mają miejsce dziwne i z pozoru niewytłumaczalne morderstwa. Śledztwo w ich sprawie prowadzi komisarz Durman, wielbiciel dobrego jedzenia i kobiet… Nie mogę napisać, że pięknych, bo *spoiler* zaliczał wszystkie, jak leciało *koniec spoilera*, niewątpliwie był jednak wielbicielem płci odmiennej.

Wydawca miał rację, opisując powieść jako mistyczny porno-gastro thriller. Aczkolwiek z tym mistycyzmem bym tak nie przesadzała.

Wiecie, lubię powieści, które są sprośne i przy tym dobrze, zabawnie napisane. Miejscami nad Młynem wyłam ze śmiechu, zastanawiając się, skąd autor wziął pomysły na opisanie niektórych scen erotycznych (ja bym sto lat siedziała i takich nie wymyśliła, serio). Jeszcze do tego dostałam opisy orgii jedzeniowych i fajnie skonstruowane, dowcipne dialogi. Szczerze się nad tym rozpływałam.

Niestety, taka forma szybko mi się jednak przejadła, przy którymś tam opisie z rzędu (wizyta w taborze cygańskim na ten przykład) zaczynałam już ziewać i zastanawiać się, kiedy śledztwo ruszy do przodu i czy autor ma w zanadrzu jeszcze jakieś inne rzeczy poza obżarstwem i ryćkaniem się po kątach. Wyszło na to, że nie miał. A zakończenie to coś strasznego; odniosłam wrażenie, jakby Stančík chciał szybko zakończyć pracę nad powieścią…

Rozczarowałam się, a szkoda. Nie będę Was zniechęcać do lektury- Młyn do mumii warto znać, aczkolwiek nie trzeba.

 

  • Margaret Atwood, Opowieść podręcznej

Powstanie serialu tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że kiedyś trzeba wreszcie tę książkę przeczytać (miałam ją na liście stu książek BBC). Tak się niedawno złożyło, że znajoma akurat miała egzemplarz z jednej biblioteki w domu… (nie z taką okładką co prawda, ale bardzo lubię serialowe okładki książek, wybaczcie, musiałam to wrzucić)

Kiedyś zaczytywałam się dystopiami. Dziwi mnie teraz, dlaczego nie trafiłam na żaden opis Opowieści podręcznej, to przecież taka dobra rzecz jest. Powinno się ją stawiać na równi z Rokiem 1984 Orwella lub Nowym wspaniałym światem Huxleya. Może trafiałam na jakieś dziwne krańce Internetu, może czytałam złe artykuły… Koniec końców przeczytałam powieść Atwood dopiero teraz i stwierdzam, że lepiej późno, niż wcale.

Opowieść podręcznej można sprowadzić do jednego zdania – podsunięcie miłościwie nam panującej partii pomysłu na ograniczenie (ba, częściowe zniszczenie) praw kobiet w społeczeństwie. Muszę przyznać, że przeraziła mnie wizja wprowadzenia teokracji, sprowadzenia części kobiet do bycia żywym inkubatorem (w o wiele gorszym stopniu, niż to, co mamy w Polsce, nie radzę tego porównywać) i przedmiotem bez większej wartości, jeżeli nie może mieć dzieci i nie chce się podporządkować. Byłam przerażona po przeczytaniu opisów egzekucji, zobaczeniu, jak wygląda propaganda gileadzka, jak bardzo robi ona wodę z mózgu.

To koniecznie trzeba przeczytać, ku przestrodze. Ale też dlatego, że jest to bardzo ładnie napisana powieść, bez przesady i nadprogramowych wulgaryzmów czy scen przemocy. Absolutnie nie żałuję, że poświęciłam na to kilka dni.

A serial pewnie obejrzę z czystej ciekawości.

 

  • Colleen Hoover, Hopeless

Ostatnia lektura w maju. Dawno już nie czytałam niczego spod sztandaru Young/New Adult, miło było do tego wrócić.

Czego bym nie napisała, nie powiem, jak bardzo dobrą książką jest Hopeless. Dlatego moja opinia ograniczy się do jednego zdania: zdarzyło mi się nad tym zapłakać.

Reszta jest… kwestią tego, że przeczytacie Hopeless.

 

*to, że ktoś czyta praktycznie non stop od momentu ukończenia czterech lat nie oznacza, że w wieku lat bodajże dwudziestu jest wyrobionym czytelnikiem. Wyrobienie w moim rozumowaniu polega na tym, że nie rzuca się książki po dwudziestu stronach i daje się szansę autorowi. Ja w tamtym czasie poległam chyba na dziewiętnastej stronie, ogłaszając wszem i wobec, że co to, k*rwa, jest. Niesłusznie zresztą.

**jak w przypadku Sandmana – lista współautorów długa jak stąd do Krakowa. Darujcie.

  • Ha! Czytam, czytam 🙂 Cieszę się, że książka przypadła Ci do gustu. To, co robią dziewczyny z Przestrzeni Kobiet jest NIE-SA-MO-WI-TE! A i wątków żydowskich jest w całej serii wiele. Kraków jest fantastyczny, polecam 🙂 Zapraszam też na listopadową kawę, znam godne miejsca 🙂

    • Czechożydek

      Pamiętam o kawie, pamiętam. Jak tylko będę wiedziała, co i jak z wyjazdem, dam Ci znać.
      Wybacz, że przeczytałam tę książkę dopiero po takim czasie, swoje musiała odleżeć, nim się do niej dokopałam (już nie liczę, ile tego mam do przeczytania w domu, to idzie w stosy). Niemniej jednak jest boska 🙂

  • Bardzo fajnie i ciekawie tu u Ciebie, szperam sobie i świetnie się czyta 🙂 „Opowieść podręcznej” też w zeszłym miesiącu przeczytałam, ale to już po raz drugi, bo poprzednio czytałam na studiach (czyli już ponad dekadę temu, ała!) i zarówno wtedy, jak i teraz zrobiła na mnie ogromne wrażenie!

    • Dorota Prószyńska

      A dziękuję, dziękuję 🙂
      Ta książka jest jednocześnie dobra i porażająca. Nie mogę przestać o niej myśleć. Postaram się niedługo usiąść do serialu…

      • Trailer serialu zmroził mi krew w żyłach, też niedługo do niego usiądę!

        • Czechożydek

          Plus do tego jeszcze te wszystkie hasła reklamowe – nie wiem, jakie są po angielsku, ale te po polsku to jak nagłówki z pierwszych stron gazet…