Rzecz o wspólnym czytaniu.

Do napisania tego wpisu zainspirował mnie Zwierz Popkulturalny, a konkretnie wpis autorstwa Zwierza o Febliku Małgorzaty Musierowicz. O wartościach lub ich braku w tej książce nie mogę się wypowiedzieć, ponieważ moje zgłębianie twórczości Musierowiczowej skończyło się na McDusi, czyli dwa tomy wcześniej, niemniej jednak lektura recenzji wiele mi dała, ponieważ uświadomiłam sobie, że mam czytelniczy problem.

We wpisie o Febliku Zwierz pisze bowiem o rodzinnym czytaniu.  Nie jest to temat nowy, zresztą wcale mnie dyskusje na temat książek u Zwierza w rodzinie nie dziwią (Kasiu, serdecznie Cię w tym miejscu pozdrawiam!), tym razem jednak losowy wpis, który nawiasem mówiąc Bóg wie jak nowy nie jest (ale przez ponad półtora roku od jego publikacji jakoś nie udało mi się go przeczytać) tak mi dal do myślenia, że aż powstał poniższy wywód.

Wspomniany wyżej czytelniczy problem Czechożydka* polega na tym, że cierpię na niedobór ludzi, z którymi mogę się dzielić wrażeniami z lektury, najlepiej czytanej równolegle z rozmówcą.

…tak, wiem, że mam bloga i że piszę na nim o książkach i że ludzie to czytają i że ludzie to komentują. Niemniej jednak uświadomiłam sobie, że coś jest na rzeczy, czegoś mi w życiu brakuje.

Rozmyślając nad zjawiskiem wspólnego czytania i przeżywania książek doszłam do wstępnego wniosku, że teoretycznie ludzie nie są mi potrzebni do rzeczy typu dzielenie się wrażeniami z lektury. Przez pierwszą połowę swojego życia jakoś sobie bez nich radziłam, czytałam i tyle. W praktyce jednak nie mogę żyć bez rozmów na tematy jakkolwiek związane z literaturą.

Ponieważ na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat mojego życia odkryłam, że…

  • Lepiej się zachwycać książką z kimś, a nie w samotności

Ileż to razy czytałam coś, co potem wciskałam przyjaciołom z uporem maniaka, bo to przecież taka dobra książka była. W drugą stronę to też oczywiście działało i działa do tej pory. Na ten przykład – czytam cykl o Sandmanie i mam to szczęście, że moja radość z czytania jest współdzielona.

  • Dobrze jest też podyskutować

Dyskusje książkowe osobiście dzielę na kulturalne (że wszyscy są dla siebie mili) i hejt (na autora). Nic tak nie wyzwala emocji w ludziach jak szukanie dowodów na to, że Pięćdziesiąt twarzy Greya jest książką o patologicznym związku lub że autor/autorka jakiegoś wielotomowego cyklu w którymś tomie zaczęła gubić wątki i co z tego wynikło.

Dyskutowanie jest też fajne pod tym względem, że jeśli człowiek czegoś podczas lektury nie zrozumiał (bo była omawiana obca mu dziedzina życia), to istnieje szansa, że druga osoba wie, o co autorowi chodziło.


Pamiętajmy, że czytanie w samotności może prowadzić do wkurwu i rzucania książkami o ścianę. Albo przez okno.

 

  • Raz na jakiś czas umiarkowana literacka kłótnia dobrze wpływa na człowieka

Oczywiście, kulturalnie i bez chamstwa. Wiadomo nie od dziś, że kłótnie mogą mieć zbawienny wpływ na kłócących się (rozładowanie napięcia, wyrzucenie z siebie rzeczy, które człowieka męczyły), zaś kłótnie literackie to dobra okazja do poszerzenia horyzontów i sprawdzenia, z kim tak naprawdę się zadajemy.

  • Czytanie łączy ludzi (i przyczynia się do powstania związków)

Czytanie może dzielić, ale z własnego doświadczenia wiem, że potrafi ludzi połączyć, często na długie lata albo i całe życie nawet.

UWAGA, TU BĘDZIE WSTYDLIWY FRAGMENT ŻYCIA MOJEGO MĘŻA JAKUBA

Otóż pamiętam dzień, kiedy to po raz pierwszy weszłam do pokoju Kuby. Mieliśmy ja jeszcze trzynaście, on piętnaście lat, poszłam do Niego ze znajomą. Pierwsze, co zobaczyłam, to książki. Dziesiątki książek. Głównie fantastyka, no ale to przecież były książki! U chłopaka w pokoju!!!

I tak oto w ten magiczny sposób weszłam w życie Jakuba, przyczepiłam się do Niego i nie chcę się odczepić za żadne skarby świata.

Bo czasami czytających od wieku pacholęcego facetów ze świecą szukać. A mi się udało takiego znaleźć! ^^


Moją reakcję można sprowadzić do tej wypowiedzi Edka. (anime: Fullmetal Alchemist, źródło obrazka: Kwejk)

  • Czytanie wzmacnia więzi rodzinne

Tutaj ukłony należą się przede wszystkim nie Kubie, ale Mojej Siostrze, z którą od lat dzielę się wrażeniami z lektur. A to zaczęło się od momentu, kiedy tuż po wydaniu piątego tomu Harry’ego Pottera wyrywałyśmy sobie książkę z rąk.

Z każdą następną częścią było dokładnie to samo. True story.

Mimo, iż nasze gusta czytelnicze nieraz są tak rozbieżne, że bardziej się nie da, to cenię sobie relację z Siostrą oraz to, że jak nie mam co czytać (ha, ha), to zawsze mnie wspomoże zawartością swojego regału.

Może nie dyskutujemy, ale często dzielimy się ochami i achami. Dodatkowo wiem, co się Siostrze może spodobać… Moim stosunkowo niedawnym sukcesem jest sprezentowanie jej Les Farfocles Marcina Szczygielskiego. Farfocle są najlepsze na świecie – mówimy to ja i Moja Siostra.

  • Dzielenie się wrażeniami może prowadzić do pożyczania/rozdawania książek

Tak, w poprzednim punkcie przywołałam temat dawania książek w prezencie. Do pierwszej przeprowadzki z jednej części Warszawy do drugiej twierdziłam, że nie istnieje coś takiego jak za dużo książek… Czasami istnieje. To bolesna prawda. W trakcie przeprowadzania się dotarło do mnie, że posiadanie stosów książkowych niekoniecznie musi być dobre.

Dlatego też staram się wymieniać książki na inne (o sposobach zdobywania nowych książek opowiem w oddzielnym wpisie) i przede wszystkim nie pożyczać nic nowego, bo to mnie co prawda rozwija czytelniczo, ale stosy jak leżały, tak leżą…

Bądźmy jednak szczerzy. Jeżeli mam czytających znajomych i członków rodziny, to jak nie pożyczać od nich książek, skoro twierdzą (znajomi, nie książki), że są dobre? Tym bardziej – jak ich nie dawać w prezencie? Jak mam odmówić, jak ktoś chce mi dać książkę?! _^_

  • Wspólne zjechanie książki jest fajniejsze niż krytyka jednej osoby

Patrz: Grey.

Nie, żebym była zagorzałą przeciwniczką prozy E. L. James, ale uważam, że jej książki to przedstawienie patologii w zachęcającej postaci. Przeczytałam dwie części Greya i więcej nie zamierzam.

Wspólne gromienie autora za jego literackie dziecię ma tę zaletę, że jeśli masz poczucie, że coś Ci się w książce nie podobało, ale nie umiesz tego opisać, to druga osoba poprzez swoją wypowiedź może Ci pomóc w doprecyzowaniu własnych odczuć. A to bardzo dobra rzecz.

O krytyce też w sumie powinien powstać osobny wpis…

Żeby nie było – nie jestem zwolenniczką zalewania pisarzy falą hejtu, o ile ich twórczość nie jest szkodliwa (rozpowszechnia nieprawdę, niebezpieczne treści). Uważam, że konstruktywna krytyka może zdziałać cuda.

No ale czasem się nie da, prawda?

  • Wspólne czytanie może prowadzić do wspólnego wychodzenia z domu

W czasach nastoletnich moje wychodzenie z domu ograniczało się do pójścia do biblioteki (chodzenie stadami jest ekstra, zwłaszcza, jak jedna osoba sprawdza regał z nowościami, a druga szuka czegoś innego. Jaka oszczędność czasu!) lub do koleżanki na dyskusje przy herbatce. Obecnie możliwości jest o wiele więcej – kluby dyskusyjne, targi książki wszelakiej, wspólne zakupy, wymiany książkowe, ba, zdarzyło mi się z kimś uprawiać wspólny BUWing**.

Także wspólne czytanie może powodować grupowe dotlenianie się w drodze do miejsca przyjaznego czytelnikom.

Wpis zaczęłam pisać niedługo przed tym, zanim się dowiedziałam, że znajoma planuje rozpocząć comiesięczne dyskusje czytelnicze. Mam cichą nadzieję, że moja potrzeba wygadania się zostanie zaspokojona. Przede mną pierwsza lektura.

Mimo tego, iż fizycznie wokół mnie jest kilka czytających osób, i tak czuję niedosyt. Chcę więcej!

A jak Wy macie? Czytacie książki rodzinnie, w gronie przyjaciół, znajomych, kolegów z pracy? Opowiedzcie, jestem bardzo ciekawa.


A tak wyglądam, jak chcę zobaczyć, co Kuba czyta na Kindle’u.

 

*brzmi trochę jak jakaś choroba…

**dla niewtajemniczonych: BUW to Biblioteka Uniwersytecka w Warszawie, znana też pod błędną nazwą Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego. Druga opcja jest logiczna, albowiem tylko studenci, absolwenci i pracownicy UW mogą wypożyczać książki do domu. BUWing to alternatywa do joggingu, shoppingu i innych -ingów, znaczy tyle co siedzenie w BUWie i pisanie prac zaliczeniowych/naukowych/innych rzeczy z buszowaniem między regałami włącznie.

Ja często uprawiałam BUWing dla przyjemności, albowiem niezbadane są pokłady dobrej literatury w archiwach tej biblioteki…

Zdjęcie w nagłówku: Ben White, Unsplash (ja wiem, że nikt już nie chce zimy, ale to zdjęcie jest przepiękne)