Jáchym Topol, „Warsztat diabła”

Słówko wprowadzenia – to moja szósta książka tego autora. Wpierw była Siostra, przez którą brnęłam chyba parę miesięcy (uparłam się, że skończę), Supermarket bohaterów radzieckich (może kiedyś doczeka się tutaj szerszego omówienia), Droga do Bugulmy, Anioł (niewielka rzecz, którą można analizować godzinami. Na niej się tego tak naprawdę uczyłam…) oraz Nocna praca, po której rozstałam się z Topolem na ponad trzy lata. W sumie nie wiem, dlaczego; z tytułu na tytuł umacniało się we mnie przekonanie, że to bardzo dobry pisarz, o którym pisać nie tyle warto, co wręcz należy.

Pojęcia nie mam, czemu nie przeczytałam Warsztatu diabła niedługo po premierze. Jakoś się nie złożyło ani wtedy, ani pół roku, rok później… Kiedyś jednak musiał nastąpić moment zaopatrzenia się we własny egzemplarz. Zwłaszcza, że przecież omawiane dzisiaj dzieło czeskiej literatury tematycznie wręcz wstrzeliwuje się w moje ulubione tematy.

Wydawnictwo reklamowało Warsztat diabła jako powieść o młodym mężczyźnie, który ucieka z Terezina, czeskiej twierdzy, gdzie w czasie wojny funkcjonowało największe getto na terenie Protektoratu Czech i Moraw. Żeby było ciekawiej, niedaleko twierdzy znajduje się tzw. Mała Twierdza, gdzie naziści urządzili sobie mały obóz koncentracyjny. Rzecz omawiana w tej książce dzieje się jednak we współczesności; w twierdzy niedługo przed ucieczką działała współtworzona przez bohatera komuna, która starała się uczynić Terezin miejscem ciekawym dla turystów. Na tym skończy się opis, bo inaczej za dużo zdradzę (baaaardzo łatwo tutaj powiedzieć nawet jedno słowo za dużo).

Przyznam szczerze, dałam się zwieść opisowi z okładki. Myślałam, że Terezin w Warsztacie diabła okaże się być miejscem, gdzie wszystko, co związane z Holokaustem i cierpieniem tysięcy ludzi da się skomercjalizować i sprzedać turystom za ciężkie pieniądze. Spodziewałam się wręcz tego diabelskiego młyna z okładki (aczkolwiek to zestawienie młyna z bramą przypominającą bramę do obozu Birkenau jest jeszcze bardziej zwodnicze. Terezin tak nie wygląda, wiem, bo tam byłam. Ja rozumiem przenośnię, ale nie jestem pewna, czy to dobra przenośnia, czy potrafi oddać atmosferę miejsca, jakim jest Terezin, miasto-twierdza); cóż, nie dostałam go, ale dostałam coś innego.

Dostałam opowieść o próbie uratowania przed destrukcją miejsca, gdzie na przestrzeni wieków działo się niesamowicie wiele. Przy czym u Topola nic tak naprawdę nie jest do końca jasne…

Wiele razy podczas czytania stawały mi przed oczyma obrazki z mojej wizyty w Terezinie (serdecznie pozdrawiam Agnieszkę, która mi wtedy towarzyszyła. Aga, macham Ci łapką!), która miała miejsce niecałe trzy lata temu. Pamiętam, że byłam w strasznym szoku, jak zobaczyłam sklepiki z magnesami z bramą Małej Twierdzy, pocztówkami ze zdjęciami z jednej albo drugiej twierdzy, do tego z pozdrowieniami z Terezina… Miałam spory problem znaleźć widokówkę, gdzie obóz nie był na pierwszym planie. Brakowało mi jeszcze koszulek z bramą obozową…

Po czasie dochodzę do wniosku, że to był jeszcze znośny poziom makabry. A, skoro o tym mowa – moim zdaniem Topol podczas opisywania „getto pizzy” ewidentnie inspirował się pizzerią działającą na terenie dużej twierdzy! Łapcie zdjęcie poglądowe: klik!

Wracając do Warsztatu diabła – Terezin jest świetnym miejscem akcji. Jest specyficzny jak cholera, tam właściwie na każdym rogu mogło się wydarzyć coś niezwykłego. Na tym stosunkowo niewielkim terenie historia miesza się ze współczesnością, lokalne dzieci bawią się na placu zabaw niedaleko Muzeum Getta, w budynku obok zachowanej terezińskiej synagogi mieszkają ludzie, niedaleko ścieżki prowadzącej na cmentarz te kilka lat temu znajdowała się jakaś restauracja… Absolutnie nie dziwię się Topolowi, że uczynił miejscem akcji właśnie to miasto. Chyba tylko tam historia mogła się w jego prozie przemieszać z czeskim pragmatyzmem i lekką makabrą.

Ja tu gadu-gadu o Terezinie, a Wy się pewnie zastanawiacie, czy Warsztat diabła da się w ogóle czytać. Otóż da, jak najbardziej. To opowieść momentami dająca ostro po mordzie czytelnikowi, ale zawsze potem przychodzi czas na refleksję.

Bardzo mnie fascynowali bohaterowie poboczni, to, w jaki sposób Topol ich opisuje, rozwija (lub nie). Plus do tego główny bohater, obserwator, który wpierw uczestniczy w przedstawianych wydarzeniach, później los rzuca go na Białoruś. Wiecie, ciekawie mi się czytało wpierw o nietypowym i dziwnym mieście, a potem o nietypowym i dziwnym państwie.

Polecam. Nie wiem jednak, czy chciałabym zobaczyć film na podstawie Warsztatu diabła, ekranizacja przerosłaby chyba mój poziom szaleństwa.