Przeczytane w kwietniu 2017

Kwiecień przeleciał tak szybko, że ani się spostrzegłam, a już nastał maj. O ile w marcu miałam dobry czas, dużo dziergałam, czytałam i odpoczywałam, tak w kwietniu miał miejsce mały zjazd… Ale już mi lepiej. Przez parę tygodni przy zdrowych (ekhm) zmysłach utrzymywał mnie tylko rychły wyjazd na Białoruś. Co prawda wyjazd ten został okrojony z powodu odrzucenia wniosku wizowego (długa historia), koniec końców udało mi się wyskoczyć na cztery dni do Grodna (poradnik, jak przeżyć w Grodnie bez wizy, tutaj).

Kwiecień nie był moim najlepszym miesiącem czytelniczym, ale i tak jestem z niego zadowolona. Plan na maj – zabrać się za stertę czeskich książek, która zajmuje mi masę miejsca w gabinecie. Poza tym, dawno nie pisałam o czymś czeskim, prawda?

Kolejność nie do końca przypadkowa.

 

  • Bret Easton Ellis, American Psycho

Zadziwiające, że jak opowiadałam komukolwiek o tym, że właśnie czytam American Psycho, prawie zawsze spotykałam się z reakcją Jak to, jeszcze tego nie przeczytałaś? Serio, rozumiem jakieś znane, zekranizowane powieści o Holokauście, nie rozumiem pytania w kontekście książki o seryjnym mordercy.

Czy ja jestem jakaś dziwna…

Nieważne, wróćmy do American Psycho. Otóż autorowi udało się mnie zniesmaczyć, co nie jest łatwą sztuką. Naprawdę, nie jest. Zabierając się za tego typu teksty najlepiej mieć mocny żołądek i brak odruchu wymiotnego po przeczytaniu opisów brutalnego seksu czy jeszcze bardziej brutalnego morderstwa losowego człowieka czy zwierzęcia.

Gdyby nie fakt, iż Ellis podczas pisania przeplatał hardcore’owe akty przemocy z codzienną rutyną i elementami stałymi z życia głównego bohatera, American Psycho mocno straciłoby na wartości. Zamiast stać się losowymi opisami krwawej jatki, o której śni się tylko największym zwyrodnialcom i mojej osobie na widok nowych pomysłów PiS-u, dzieło Breta Eastona Ellisa to opowieść o tym, że szaleństwo może się kryć tak naprawdę w każdym człowieku. A także że realizacja szalonych pomysłów niekoniecznie musi zastąpić pustkę w duszy sprawcy. Pustkę, której nie wypełnią ani pieniądze, ani seks.

Ciężko się myśli tylko źle o zwyrodnialcu, który codziennie pije wodę Evian i ogląda jeden konkretny program telewizyjny. Potwór nabiera cech ludzkich…

Ellis zniesmaczył mnie, ale dopiero pod sam koniec, kiedy zarówno on, jak i główny bohater mieli dość całej tej historii. Podobnie ja jako czytelniczka.

Polecam, ale ostrożnie. To nie jest książka dla każdego.

 

  • Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny

Byłam bardzo mądrym Czechożydkiem, zabierając się po American Psycho za Beksińskich. Mówię to ironicznie – zeszło mi się z tą podwójną biografią, oj, zeszło. Nie dlatego, iż jest to źle napisana biografia, wprost przeciwnie. Moim (i chyba nie tylko moim) problemem podczas czytania było to, iż raz, że wiedziałam, jak się skończą losy rodu Beksińskich*, dwa, że autorka dawała odczuć, iż nad rodziną Beksińskich wisi widmo śmierci, niekoniecznie dobrej.

To bardzo dobra, ale jednocześnie strasznie wyczerpująca lektura. Warta uwagi. Wielkie, wielkie brawa dla autorki za to, co zrobiła. Mnie bowiem bolała dusza podczas czytania, a przez co musiała przechodzić ona podczas zbierania materiałów i rozmów z tymi, którzy byli blisko zarówno ze Zdzisławem, jak i Tomaszem Beksińskimi.

To studium szaleństwa, ale zgoła odmiennego, niż u Ellisa. No i przede wszystkim prawdziwego, przerażająco prawdziwego.

 

 

  • Lena Dunham, Nie taka dziewczyna. Młoda kobieta o tym, czego „nauczyło” ją życie

Słowo wstępu: widziałam pierwszy sezon Dziewczyn i kawalątek drugiego. Nie dość, że to do mnie nie przemówiło, to jeszcze nie znalazłam w tym nic, co czyniłoby serial wybitnym czy wyjątkowym w jakikolwiek sposób. No, może pokazanie, że młode kobiety potrafią mieć prawdziwe problemy, ale serio, ja w tym wieku miałam gorsze**.

Wiedząc, że Lena Dunham raczej nie jest głupia, sięgnęłam po Nie taką dziewczynę z nadzieją, iż wniesie ona w moje życie coś nowego i odświeżającego, że w Dunham odnajdę cząstkę siebie. Cóż… Nie odnalazłam.

„Nie taka dziewczyna” to zbiór osobistych, często mocno intymnych esejów Dunham. Jako całość tworzą one coś w rodzaju autobiografii autorki, podsumowania jej lat dziecięcych, nastoletnich i okresu studiów, stanowią one moim zdaniem obiekt godny analizy („jak wygląda życie wrażliwej, neurotycznej dziewczyny w Stanach Zjednoczonych”), o ile komuś chciałoby się to w ogóle analizować.

Z tekstów Dunham poza powyższym nic nie wynika. Odebrałam to jako stertę wynurzeń młodej, nie do końca zrównoważonej psychicznie kobiety, dziewczyny właściwie. Wynurzenia te wbrew kolejności, w której zostały one ułożone, nie mają ze sobą właściwie elementów wspólnych, nie niosą żadnej pożytecznej, ba, jakiejkolwiek treści czy znaczenia. To puste eseje. Gdyby tak spróbować niektóre z nich przepisać, dodać jakiś morał, posłowie (którego zabrakło, albowiem książka się urywa), to okej, w obecnej formie nie mogę tego niestety nikomu polecić.

Bo de facto nie wiem, czego życie nauczyło Lenę Dunham. Ni cholery nie wiem.

 

  • Neil Gaiman i spółka, Sandman. Refleksje i przypowieści oraz Ulotne życia

Rzutem na taśmę przeczytałam jeszcze w kwietniu dwa kolejne tomy (w polskim wydaniu podzielone jeszcze na dwie części, czyli razem cztery zeszyty) jednego z najlepszych komiksów na świecie, czyli Sandmana. Tym razem oparłam się pokusie stwierdzenia, że cały świat ma rzucić wszystko i czytać Sandmana, ponieważ nareszcie umiem powiedzieć, czemu się tym wciąż i wciąż zachwycam.

*tadaaaaaam* #blogerskiprofesjonalizmlevelhard

Otóż przy zgłębianiu Refleksji i przypowieści dotarło do mnie, że siła Sandmana leży w tym, że de facto każdą możliwą historię można opowiedzieć na nowo i zarazem wpleść do niej wątek fantastyczny rodem z wyobraźni Neila Gaimana. W tym tomie autor wraz z innymi współpracującymi artystami wykorzystał kilka totalnie różnych postaci – pierwszego i jedynego cesarza Stanów Zjednoczonych, rzymskiego cesarza Augusta oraz Orfeusza, którego raczej nie muszę nikomu przedstawiać. Losy wszystkich trzech mężczyzn, z pozoru różne, w Refleksjach i przypowieściach nabrały nowego znaczenia, śmiem twierdzić, że głębi. Bez osadzenia w świecie wykreowanym przez Gaimana moim zdaniem tej głębi nie było (np. tragizm historii Orfeusza i Eurydyki niespecjalnie kiedykolwiek do mnie przemawiał).

Jakby się człowiek uparł to umieszczenie jakiegoś losowego Kowalskiego w uniwersum Sandmana też miałoby znaczenie i stałoby się porywającą i pouczającą historią.

Natomiast dzięki Ulotnym życiom udało mi się lepiej poznać część rodzeństwa Morfeusza (ach, czemu nie Śmierć, za mało jej było, zdecydowanie za mało). Nie powiem, by autorzy je uczłowieczyli, ale poczynili krok w tym kierunku, co było naprawdę fascynujące.

Dochodzę do wniosku, że z tomu na tom Sandman staje się coraz bardziej spójnym i wyjątkowym dziełem, które warto znać. Na chwilę obecną jest to najlepszy komiks, z jakim przyszło mi się zapoznać.

 

  • Mo Yan, Kraina wódki

W pierwszym miesiecznym podsumowaniu czytelniczym pisałam Wam o Klanie czerwonego sorga. W kwietniu miałam trzecie już podejście do Mo Yana, chińskiego noblisty, który tak wplata w swoją prozę podteksty seksualne, że klękajcie narody.

#blogerskiprofesjonalizmlevelhard

Tak poważnie mówiąc to Mo Yana mogę wciskać wszystkim w ciemno. O ile kogoś nie drażni rozbuchana wyobraźnia erotomana-gawędziarza (a takim Mo Yan musi być, chyba, że swoje fantazje realizuje w świecie rzeczywistym, wtedy wielki szacun i seria pokłonów w kierunku mistrza). Kraina wódki, mimo bardzo ciężkiej tematyki (ze zjadaniem męskich niemowląt na czele) wręcz furkotała mi w dłoniach, tak szybko przewracałam strony. Nie spotkałam się z innym pisarzem, który w sposób tak barwny i plastyczny (z uwzględnieniem oparów alkoholowych) potrafiłby pisać o państwie komunistycznym.

A na marginesie – czy jest na sali sinolog lub fascynat Chin? Czy ktoś mógłby mi powiedzieć, czy Chińczycy faktycznie mają tak rozwinięty sposób zwracania się do innych osób, podział na starsze i młodsze osoby oraz szeroki wachlarz przekleństw? Bo nie wiem, czy brać prozę Mo Yana jako pewnik, a cholernie mnie ta kwestia nurtuje.

 

  • Michał Głowiński, Peereliada

Pierwsze spotkanie z Głowińskim, do tego udane.

Studiowałam na Wydziale Polonistyki Znanej Warszawskiej Uczelni, ale z polonistyką poza tym nie miałam zbyt wiele wspólnego. Tym bardziej umknęły mi więc publikacje profesora Głowińskiego. Nadrabiam po studiach.

Peereliada, wbrew tytułowi, który można odebrać jako wstęp do czegoś zabawnego (ja to tak odebrałam) jest lekturą miejscami smutną, miejscami przerażającą. To słownik pojęć wyjętych z propagandy PRL-u, które autor starannie opracował, nawiązując do ówczesnych realiów oraz do swojego życia prywatnego, lektur, rozmów z innymi ludźmi.

Z początku próbowałam to czytać jako coś uzupełniającego, chciałam poszerzyć horyzonty. Musiałam zmienić nastawienie, albowiem wiele razy przysypiałam nad lekturą, próbując przyswoić zbyt dużo treści naraz. Potraktowałam więc Peereliadę jako słownik i świadectwo epoki zarazem, zastanawiałam się, ile z tego, o czym autor pisze, poznałam już za swojego życia i nie w kontekście lat minionych, sprzed moich narodzin.

Nawet nie wiecie, jak bardzo byłam przerażona, kiedy dotarło do mnie, że pewną część zwrotów i pojęć usłyszałam lub przeczytałam na przestrzeni ostatnich dwóch lat.

Ważna rzecz, polecam.

 

  • Teresa Torańska, Byli

Na koniec pozycja niezbyt optymistyczna, ale bardzo ciekawa. Wielokrotnie po śmierci Torańskiej słyszałam, że przeprowadzone przez nią wywiady są porywające i że niewielu jest takich jak ona dziennikarzy. Postanowiłam więc sprawdzić, czy otoczenie nie wciska mi kitu, bo się nie znam i wszystko biorę za pewnik.

Nie, otoczenie nie wciskało mi kitu, tak więc i ja nie będę tego robić – Byli to genialna lektura w dzisiejszych, nieco pokręconych czasach. Torańska w swoich wywiadach jest osobą niezwykle błyskotliwą, prowadzi rozmowę w takim kierunku, w jakim ona chce, nie jak chce jej rozmówca. Do tego zawsze, ale to zawsze jest przygotowana i z każdym z bohaterów Byłych rozmawia w inny, indywidualny sposób.

Byłam szczególnie ciekawa wywiadu z Jerzym Urbanem, o którego książce pt. Wszystkie nasze ciemne sprawy pisałam w podsumowaniu grudnia ubiegłego roku. Moim zdaniem była to jedna z najciekawszych rozmów w tej pozycji. Dlaczego? Przeczytajcie sami, a się przekonacie.

 

Niewiele tego było w ubiegłym miesiącu. Liczę na to, że maj będzie mi sprzyjał i chociaż trochę przetrzebię swoje stosy nieprzeczytanych książek.

 

 

 

 

*nie pamiętam momentu śmierci Tomasza, miałam wtedy osiem lat, natomiast odnotowałam w pamięci fakt zamordowania Zdzisława. Chyba też wtedy po raz pierwszy zobaczyłam gdzieś w prasie przedruk jakichś jego prac i wpadłam po uszy w turpizm…

**nie chwaląc się, w wieku lat dwudziestu dwóch-trzech jednocześnie pracowałam, studiowałam dziennie, pisałam magisterkę i chodziłam na terapię. Bywały dni, że w domu tylko spałam. Nie oczekuję pochwał, tylko zrozumienia, że problemy bohaterek Dziewczyn nie do końca odpowiadały moim.

 

Źródło zdjęcia w nagłówku: Death to Stock (jak zwykle)

 

 

  • Wpadam przez Ciebie w kompleksy! Przeczytałaś w kwietniu 7 książek i twierdzisz, że to mało! Gdzie Ty to wszystko czytasz? I kiedy? 🙂 Ale w sumie zmotywowało mnie to do ogarnięcia się czasowego w czytaniu książek, bo mam nieładny zwyczaj zaczynania i czytania kilku książek jednocześnie, a później niekończenia ich i porzucania ze smutnymi zakładkami na stronie 38. Może maj przyniesie jakieś zmiany! 🙂

    • Czechożydek

      Porzuć ten zwyczaj. To serio pomaga, mi baaaardzo pomogło. Teraz czytam trzy rzeczy, ale to dlatego, że jeden komiks zgłębiam na raty, stoję z lekturą Kafki, a trzecią książkę zaczęłam wczoraj i pewnie dzisiaj skończę.

  • Zaciekawiłaś mnie tym Głowińskim, też go jeszcze nie czytałam. Mo Yan czeka u mnie na Kindle’u od jakiegoś czasu, więc chyba muszę się w końcu za niego zabrać, bo brzmi intrygująco!

    • Czechożydek

      Zabierz się za Mo Yana, bo jest tego wart! 🙂