Jak spędzić cztery dni w Grodnie bez wizy i przeżyć [PORADNIK]

Fama głosi… Nie, źle zaczęłam. Już nawet nie fama, co prasa i telewizja donoszą, iż na Białorusi nie lubi się Polaków. Nie wiem, jak Wy, ale ja na przestrzeni ostatnich, powiedzmy, dziesięciu lat zdążyłam przeczytać ileś artykułów o tym, że Związek Polaków ma rzucane kłody pod nogi, że ciągle coś tam się u mniejszości polskiej dzieje, etc. i że najlepiej tam w ogóle nie jeździć, a jeśli już, to tylko w zorganizowanych wycieczkach, inaczej wpierdol akty przemocy ze strony tubylców gwarantowane.

Do niedawna Białoruś odstraszała turystów raz, że obowiązkiem wyrobienia wizy, dwa, trudnościami w jej zdobyciu. Wystarczy do tego dodać sytuację polityczną, wieczne kłopoty Związku Polaków, doniesienia zagraniczne i to czyni naszego wschodniego sąsiada miejscem nieatrakcyjnym. Bądźmy szczerzy – po co tam jechać, jak nie dość, że trzeba przejść przez procedury wizowe, to jeszcze podczas pobytu może nas spotkać szereg nieprzyjemności. Istnieje tyle innych ciekawych miejsc.

Czasy jednak się zmieniają, wraz z nimi procedury wjazdowe. Prezydent Łukaszenka uszczęśliwił ludzkość i sprawił, że zarówno Grodno (wraz z Kanałem Augustowskim) oraz Mińsk stały się strefami bezwizowymi. Oczywiście, trzeba spełnić listę warunków, by móc przebywać na terenie obydwu stref, pobyt zaś nie może przekraczać pięciu dni.

Nie muszę chyba opowiadać, ilu osobom zmroziłam krew w żyłach, oznajmiając, iż chcę spędzić kilka dni na Białorusi. Planowałam zrobić sobie objazdówkę Brześć-Mińsk-Grodno, ale zbyt późno zajęłam się organizowaniem wizy, odbiłam się od ambasady… To temat na osobny wpis. W ostatniej chwili zmieniłam plany i kupiłam bilety do samego Grodna, gdzie na szczęście nikt nie będzie chciał ode mnie wizy.

W dzisiejszym wyjątkowo pisanym na poważnie poradniku opowiem Wam, jak spędzić cztery dni w Grodnie bez wizy, przeżyć i świetnie się bawić. Jako, że jestem Czechożydkiem uczynnym, a w Internetach praktycznie nie ma relacji turystycznych dotyczących Grodna, napisanie tego wpisu jest wręcz moim obowiązkiem. Nie ma za co.

Ten odcinek poradnika dedykowany jest Jackowi Xanexowi Olejnikowi, który podzielił moje szaleństwo i pojechał ze mną na Białoruś. Możecie mu pogratulować odwagi w komentarzach.

ABY PRZEŻYĆ W GRODNIE BEZ WIZY (CHCĄC NIE CHCĄC BĘDĄC POLAKIEM), NALEŻY:

 

  • ZEBRAĆ NIEZBĘDNE DOKUMENTY

To, że Grodno znajduje się w strefie bezwizowej, nie oznacza, że możemy po prostu spakować plecak i jechać do przejścia granicznego. Trzeba wpierw skompletować papierki, które będziemy potrzebować na czas trwania całego wyjazdu. (uwaga, ten fragment będzie długi)

Przede wszystkim trzeba wykupić pozwolenie na wjazd na teren Kanału Augustowskiego i Grodna. Brzmi strasznie, zajmuje maksymalnie kwadrans. Ja nasze pozwolenia kupiłam na Bezviz.by, wystarczyło podać dane paszportowe i datę planowanego pobytu, nie są wymagane zdjęcia. Takie pozwolenie kosztuje 50 złotych od osoby, biuro podróży powiązane z serwisem wysyła je na adres e-mail w formacie .pdf.

Do tego ubezpieczenie podróżne ważne na terytorium Republiki Białorusi. Ja swoje wykupiłam w Axa za kilkanaście złotych. W razie czego można je kupić także na granicy, ale kosztuje o wiele więcej, także lepiej iść do ubezpieczalni w Polsce. Firma ubezpieczeniowa musi mieć umowę z ubezpieczalnią na Białorusi, także dobrze jest sprawdzić, gdzie aktualnie da się wykupić ubezpieczenie (takie informacje można znaleźć na stronie ambasady).

Plus, oczywiście, ważny paszport (należy pamiętać, by było więcej niż trzy miesiące do daty ważności. Trzy miesiące liczy się od momentu wyjazdu, nie wjazdu na Białoruś!).

Gdzieniegdzie w Internetach można znaleźć kolejny warunek, czyli wykupienie minimum dwóch usług turystycznych. Tak, mi też się to niespecjalnie podobało. Pozwolenie kupione na Bezviz.by zawiera już program zwiedzania, w tym punkty takie jak zwiedzanie Starego i Nowego Zamku. Oczywiście, każdy może zwiedzać, jak chce.

Papierkologia jest do ogarnięcia w maksymalnie dwie godziny, wliczając wyjście z domu i pójście po ubezpieczenie. Nic strasznego. Wszystkie powyższe dokumenty należy mieć przy sobie cały czas podczas wyjazdu, by w razie czego moc je okazać np. milicji. Dodatkowo na granicy dostaje się do wypełnienia kartę migracyjną, którą również należy nosić przy sobie. Jest niewielka, mieści się w paszporcie.

Podczas kupowania biletów do i z Grodna trzeba koniecznie sprawdzić trasę, ponieważ pozwolenia na wjazd bez wizy akceptowane są tylko na przejściach granicznych Kuźnica Białostocka (PL) – Bruzgi (BY) lub Raigardas (LT) – Privalka (BY)!!! W okresie 28.04-1.10 działają także przejścia na Kanale Augustowskim (polskie: Rudawka-Lesnaja, litewskie: Privalka-Svendubre). Także moje ulubione Ecolines niestety odpada, ponieważ autokary korzystają z innego przejścia. Podobnie odpadają pociągi, na granicy są sprawdzane wizy! W grę wchodzi przejazd autokarem, samochodem lub rowerem.

Więcej informacji dotyczących procedur wjazdowych oraz wyjazdowych znajdziecie na stronie Ambasady Republiki Białorusi w Polsce oraz na Bezviz.by. Jeżeli macie jakiekolwiek pytania, piszcie, pomogę.

  • NIE DRZEĆ MORDY (PO POLSKU)

W Wilnie i na Ukrainie byłam sama, natomiast po Grodnie poruszałam się z Jackiem, co sprzyjało obserwowaniu, jak na nasze gadanie po polsku reagują tubylcy. Reagowali dobrze. Często spotykaliśmy się z osobami, które znały polski, na ten przykład drogę na grób Orzeszkowej pokazała nam Polka.

Zdarzało nam się drzeć paszczę (częściej mi), ale z umiarem i bez dziwnych odzywek. Pamiętajcie, moi drodzy – nigdy nie wiadomo, kogo się spotka na swojej drodze poza Polską. Lepiej być ostrożnym, nieważne, czy jesteśmy akurat na Litwie czy na Białorusi.

  • NAUMIEĆ SIĘ KILKU SŁÓWEK I ZWROTÓW PO ROSYJSKU

Znajomość polskiego znajomością polskiego, czasem jednak przyszło nam zmierzyć się z tym, iż osoba, od której czegoś pilnie potrzebowaliśmy, po polsku znała może kilka słów albo i nic. Podobnie jak we Lwowie, w Grodnie prędzej dogadacie się w ojczystej mowie niż po angielsku, ale znajomość kilku rosyjskich zwrotów i liczebników zdecydowanie ułatwia życie, zarówno turystom, jak i autochtonom.

Okoliczności losu wymusiły na mnie naukę szybszego przyswajania napisów w cyrylicy i przypomnienie sobie wszelkich zwrotów grzecznościowych oraz cyfr po rosyjsku. Dałam radę, podobnie Jacek, byliśmy prawie całkowicie samodzielni.

  • NIE ZACHOWYWAĆ SIĘ JAK CHAM I PROSTAK

Moim zdaniem najlepiej jest być w miarę grzecznym, zwłaszcza na przejściu granicznym, gdzie tak naprawdę można zostać cofniętym za byle co.

W tym miejscu kilka słów o przechodzeniu przez granicę. To nic strasznego. Trzeba jedynie okazać komplet dokumentów, wypełnić kartę migracyjną (my nasze dostaliśmy od przewoźnika), pokazać bagaż do kontroli (bez wygłupów i protestów) i tyle.

Coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że nawet bez znajomości języka człowiek jest w stanie przetrwać w obcym kraju, bęcą miłym, grzecznym i uśmiechniętym. Wystarczy tylko próbować zrozumieć innych.

  • NA MIŁOŚĆ BOSKĄ, NIE MÓWIĆ, ŻE SZKODA, IŻ GRODNO NIE JEST JUŻ POLSKIM MIASTEM

W świetle obecnej sytuacji politycznej na Białorusi jest to prosty i skuteczny przepis na samobójstwo. Albo wpierdol akty przemocy fizycznej.

Żeby nie było – kilka razy zdarzyło się, że sami Białorusini mówili nam, iż Grodno było polskim miastem. Poza tym kaman, mają tam ulicę Elizy Orzeszkowej. Ciężko więc zaprzeczać polskości Grodna.

Aczkolwiek muszę Wam powiedzieć, iż – w przeciwieństwie do Lwowa – tej polskości się praktycznie nie czuje. Owszem, mieszkańcy Grodna mówią po polsku lub rozumieją, co się do nich mówi, ale poza izbą pamięci Orzeszkowej, kościołem farnym, eksponatami w muzeach i cmentarzem katolickim niewiele jest tam elementów polskich.

  • POKAZYWAĆ DOKUMENTY NA ŻĄDANIE

Co prawda mnie akurat nikt nie legitymował, ale zawsze mogło się to zdarzyć.

Byłam zmuszona do pokazania dokumentów tylko na granicy i w hostelu, natomiast gdyby zaszła potrzeba okazania ich np. milicji, również bym się na to zgodziła. Jeżeli macie komplet papierów i zostaliście puszczeni przez granicę, nie macie się czego obawiać. Grunt to pozytywne nastawienie.

Grodno jest świetnym, zadbanym miastem, można je zwiedzić na spokojnie w trzy, cztery dni. Nie spotkałam się z ostracyzmem ani nieprzyjemnymi sytuacjami ani razu. Odniosłam tylko wrażenie, iż Białorusini nie uśmiechają się sami z siebie, trzeba z nimi chwilkę porozmawiać, by ujrzeć na ich twarzach uśmiech. Co nie znaczy, że są nieuprzejmi, bo nie jest to prawdą.

Dobre jedzenie, ciekawe zabytki, rozmaite sklepy z rzeczami, których się w Polsce nie dostanie (ja na przykład kupiłam siostrze puszki z herbatą Lipton w kształcie motyli), czyste powietrze. Czego chcieć więcej? Gorąco Was wszystkich zachęcam do wygospodarowania paru dni i pojechania do Grodna. Nie dzieje się tam nic złego.

No dobrze. Ja tu gadu-gadu o tym, co zrobić, by przeżyć w Grodnie. Nie powiedziałam jednak, co można zwiedzić!

Z miejsc okołożydowskich miałam okazję zwiedzić trzy – synagogę Chóralną (Wjalikaja Trajeckaja 59a), teren po getcie oraz nowy cmentarz żydowski. Synagoga jest w remoncie, weszliśmy tam na tzw. krzywy ryj, do tego bocznymi drzwiami. Na chwilę obecną do zwiedzania jest główna sala modlitewna; przed wyjściem warto wrzucić pieniążek i wesprzeć renowację.

Dojście na nowy cmentarz żydowski było wielką przygodą, ponieważ Google Maps niespecjalnie w tej kwestii pomaga, a oznaczeń, oczywiście, brak. Lokalizacja z Wirtualnego Sztetla nie jest zbyt precyzyjna, ale m.in. dzięki niej udało nam się w końcu tam trafić. W skrócie: będąc na ulicy Papowicza, tuż przed przejściem przez Niemen w kierunku Starego Miasta należy zejść z drogi po schodach, skręcić w asfaltową ulicę, iść kawałek (wracając się w kierunku kina Oktiabr), skręcić w piaszczystą drogę i iść w kierunku najbliższego budynku. Po chwili będzie już widoczne ogrodzenie cmentarza. W domu obok nekropolii mieszka rodzina, która udostępnia klucz, nam niestety nie udało się jej zastać… Udało nam się jednak zrobić kilkanaście zdjęć.

Poza tym w Grodnie obowiązkowo należy zwiedzić Nowy i Stary Zamek oraz izbę pamięci Elizy Orzeszkowej. Jeżeli macie czas, warto takżę przejść się na cmentarz farny i zostawić kwiatek na grobie pisarki. W dodatku polecam wchodzenie do wszystkich możliwych kościołów i cerkwi, w tym do cerkwi świętych Borysa i Gleba, która jest przeurocza.

Jeżeli chodzi o jedzenie to gorąco polecam Bolszoj Bufet (ul. Sowiecka), gdzie mają przepyszne i tanie dania.

Kolejne Dawne Polskie Miasto™ zaliczone!