Miesiąc z Franzem Kafką – na co mi to było i co zyskałam?

W tym roku ruszyłam z kopyta z czytaniem wieeeeelu zaległych książek. Myślę, że wpływ ma na to fakt, iż powoli kończy mi się miejsce na ich składowanie… W dodatku patrzenie na stosy w domu sprawia, że bolą mnie oczy i sumienie. Kiedy ja to przeczytam…

Stwierdziłam, że spróbuję raz na jakiś czas robić sobie wyzwania tematyczne – wiecie, jeden autor, jedna tematyka, jedna seria… Na razie mam dobre osiągnięcia, udało mi się przeczytać resztę cyklu o Breslau (wpis traktujący o żydowskich wątkach tutaj) oraz wszystkie dzieła Franza Kafki, które akurat miałam w domu poza niedawno wydanymi w Polsce Opowieściami i przypowieściami (nie wyrobiłam się).

O ile z twórczością Krajewskiego nie miałam większych problemów (częściowe efekty wyzwania tutaj i w podsumowaniu czytelniczym ze stycznia), tak proza Kafki dała mi, kolokwialnie mówiąc, popalić. Wzięłam na warsztat najsłynniejsze teksty pisarza, czyli Proces, Zamek i Amerykę.

Wychodzę z założenia, że człowiek dążący do bycia intelektualistą i erudytą (za to pierwsze dalej się nie uważam, za to drugie już tak*) powinien niektóre dzieła literatury światowej znać. Ja nie mówię, że nagle ma rzucić wszystko i czytać Kafkę, nie. Ale dobrze by było, gdyby chociaż wiedział, o co chodzi w twórczości tego pisarza i żeby jego wiedza nie ograniczała się tylko do Procesu, który (z tego, co wiem) nadal jest lekturą szkolną.

W tym miejscu muszę się pochwalić, ponieważ udało mi się (w końcu!) przeczytać Proces. Podchodziłam do niego w sumie trzy razy: pierwsze podejście zaliczyłam w drugiej klasie liceum (bilans: czterdzieści stron, książka rzucona o ścianę), kolejne było rok później, przed maturą (czterdzieści pięć stron, książka rzucona o ścianę), trzecie zakończyło się sukcesem. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby mi się ta próba nie powiodła, szczerze mówiąc, raczej nie skończyłoby się na rzuceniu Procesem o ścianę.

Powiem tak: jak lubię czytać o życiu Kafki, tak pierwsze dwa podejścia do Procesu były torturą. Tym razem poszło mi o wiele, wiele lepiej.

Następny był Zamek. Nie popełniajcie mojego błędu, nie czytajcie Kafki w tej kolejności! Moim zdaniem Zamek powinno się czytać jako ostatni, jako trzecią część trylogii. Gdybym w skrócie miała opisać swoje wrażenia, powiedziałabym, że było ciężko. Niektóre strony musiałam czytać po dwa razy, nie wiedząc, czy wyłapałam wszystko, co powinnam była wyłapać.

Na koniec postanowiłam sprawdzić, czy z Ameryką będę miała podobne przejścia. By utrudnić sobie życie, zaczęłam czytać czeskie tłumaczenie, w którego posiadanie weszłam ze dwa, trzy lata temu. Tak, wiem, na pewno pochwalacie mój wybór. ^^ Ku mojemu zdziwieniu pokawałkowana historia Karla, który wyemigrował do Ameryki, wciągnęła mnie i była o wiele lepsza w odbiorze. Wrażenia zmieniły się o 180 stopni jakoś w połowie, kiedy to zaczęłam mieć problemy z rozumieniem czytanego tekstu (mniej więcej na poziomie Procesu).  Miałam w domu polskie tłumaczenie, doszłam do wniosku, że spróbuję przeczytać kawałek polskiego tekstu, by sprawdzić, czy to kwestia mojej znajomości czeskiego, czy samego Kafki.

To była kwestia samego Kafki, moi drodzy.

Dlaczego Wam o tym wszystkim piszę?

 

Zdjęcie dwóch wydań Ameryki ma robić za dramatyczny przerywnik.

 

Mam problemy z rozumieniem absurdu i złożonej symboliki. I filozofii. Taka się urodziłam. Często nie trafia do mnie absurdalny humor, na wielu czeskich filmach (polskich zresztą też) uważanych za dobre nie bawiłam się wcale, patrząc ze zdumieniem na zaśmiewających się obok ludzi. Nie wybrałam sobie może najlepszych dla mnie studiów, ale starałam się wynieść z zajęć poświęconych czeskiej literaturze jak najwięcej, przyswoić jakąkolwiek wiedzę.

Kafka zaliczany jest do pisarzy austriackich, aczkolwiek uważam, że jako bohemistka powinnam go znać. Z racji tego, że w Pradze się urodził i tam tworzył. Dlatego też nie zniechęciłam się po pierwszych kilkunastu stronach Procesu. Zagryzłam zęby i czytałam dalej, traktując lekturę jako… Ćwiczenie umysłowe.

/tak, możecie stwierdzić, że mi padło na mózg/

Okazało się, że z takim podejściem można nie tylko przeczytać książki Kafki, ale też cieszyć się lekturą. Przede wszystkim miałam okazję zapoznać się z naprawdę ładnymi tłumaczeniami, pełnymi słów, których w dzisiejszych czasach (prawie sto lat po powstaniu powieści!) praktycznie już się nie używa. Obcowanie z tak ślicznymi tłumaczeniami sprawiło, że przypomniałam sobie masę starych zwrotów.

Próba wczucia się i zrozumienia dzieł Kafki była dla mnie także intensywnym treningiem umysłowym. Nie są to łatwe teksty, zwłaszcza dla mnie. Często robiłam sobie przerwy w czytaniu, starałam się nie biegać wzrokiem po akapitach, skupiałam się. Nie pomagało mi to, że zwykle czytam w hałasie i chaosie – w czasie jazdy tramwajem, przy gotowaniu (robiąc sobie kilkuminutowe przerwy na lekturę, a nie trzymając książkę nad garnkiem!), podczas przerw w pracy… Starałam się czytać wieczorem, by jak najmniej sensu mi umknęło. I to pomagało. Mimo, iż uważam swoje zmagania z Zamkiem za ciężkie przeżycie, summa summarum nie było tak źle, będę to dobrze wspominała.

Plus do tego zagadnienie samotności człowieka. Wszystko, co bym napisała w tym temacie, byłoby oklepane, także nic nie napiszę. Podziwiam Kafkę za to, że był w stanie (to tylko moja teoria) przekuć część własnych doświadczeń w teksty, które do tego są ponadnarodowe i ponadczasowe de facto.

Ostatnia, ważna rzecz – kojarzenie. Serio, polecam poczytać Kafkę chociażby dla śledzenia jego toku myślenia i ciągów skojarzeń. Wiem, że to, co teraz napiszę, będzie trochę szalone, ale to niesamowite, co może stworzyć mózg ludzki i jak niezwykłe rzeczy mogą przychodzić człowiekowi do głowy podczas czytania.

 

Kafka jest jak narkotyk, moim skromnym zdaniem. Nie wszystko pojęłam, nie zawsze miałam radość z lektury, ale teraz stwierdzam, że było warto, albowiem twórczość Franza Kafki jest fenomenalna.

 

Obecnie jestem w trakcie czytania Opowieści i przypowieści. Tu już idzie mi o wiele, wiele lepiej. No i wreszcie się dowiedziałam, o co chodzi z robakiem. Ach, Franz.

Czytajcie Kafkę.

 

*muszę Wam coś powiedzieć, skoro już rozmawiamy o byciu erudytą. Od zawsze mi mówiono, że erudyta to osoba oczytana, mająca pojęcie o wielu sprawach (nie zawsze wielkie, ale jakieś). No i ja się za kogoś takowego uważam, ale potraktujmy to jako stwierdzenie faktu, nie przechwalanie się. Dużo czytam, myślę, rozmawiam z innymi, interesuję się rozmaitymi sprawami, coś tam o świecie i literaturze już wiem.

Kilka lat temu na jednym ze swoich starych blogów popełniłam tekst o tym, jak ciężkie jest życie erudyty, bo nieważne, ile książek przeczytasz, zawsze może Ci się przydarzyć sytuacja, że ktoś w towarzystwie zagnie Cię, bo nie znasz np. Madame Bovary (to już zdążyłam poznać, okupiłam tę książkę bólem głowy). No i wyobraźcie sobie, że niedawno zaplątała mi się w komentarzach pod tym tekstem osoba, która stwierdziła, że jestem pyszałkiem i że nie mam prawa nazywać się erudytką.

W tym miejscu pragnę serdecznie przeprosić cały świat za to, że go okłamywałam przez prawie całe moje życie, mówiąc, że jestem erudytką. Albowiem jestem pyszałkiem. I osobą nieprawdziwie inteligentną, ponieważ prawdziwie inteligentne osoby w życiu by tak o sobie nie powiedziały.

Taaaak… Skromność i niemówienie o sobie przede wszystkim. Najlepiej, bym teraz założyła worek pokutny i pomykała w nim po mieście, biczując się, bo ośmieliłam nazwać się erudytką.

Ja rozumiem, że nie wszyscy muszą mnie lubić, a co za tym idzie, akceptować moje wypociny. Niech mi jednak ktoś wytłumaczy, skąd się biorą tacy ludzie, którzy mnie totalnie nie znają, przychodzą na stary blog (post jest sprzed trzech lat!) i rzucają takim komentarzem, myśląc, że mi dopieką.

No doprawdy. Żebym ja źle zinterpretowała to pojęcie, to okej, ale coś takiego… Bez przesady.

Specjalnie zatwierdziłam komentarz, byście go mogli przeczytać.

 

  • Kafka nadal pozostaje na mojej liście „do głębszego poznania”, bo oprócz Procesu i Przemiany nie więcej nie czytałam… Z tym pierwszym w szkole w ogóle nie miałam problemu, bardzo mi się podobał, a to drugie jeszcze bardziej 🙂 Lubię bardzo wszelkiego rodzaju absurdy i niedorzeczności, więc w pozostałych dziełach pewnie też się odnajdę 🙂 A co do bycia erudytą, to jak najbardziej się z Tobą zgadzam. W sumie też się za erudytkę mogę uważać, i może też troszkę intelektualistkę, bo kto mi zabroni 😀 Wpis ze starego bloga moim zdaniem bardzo fajny, a komentarz oburzonego frustrata mnie rozbawił 😉 P.S. Pani Bovary też jeszcze nie przeczytałam, choć miałam jedno podejście wiele lat temu. Trzeba najwyraźniej nadrobić, żeby nie było blamażu w jakimś wysoko wyedukowanym towarzystwie 😉

    • Dorota Prószyńska

      Muszę przyznać, że ten miesiąc z Kafką wymęczył mnie do tego stopnia, że nie byłam w stanie skończyć „Opowieści i przypowieści”, które PIW wydał w tamtym roku. Za dużo absurdu, ale i tak Franz, ach, ten Franz. 🙂
      Za intelektualistkę też się trochę uważam, aczkolwiek nie przyznaję się do tego zbyt często – za dużo bowiem mam braków i sporo przede mną nauki. Czuję jednak, że kroczek po kroczku zbliżam się do swojego wyśnionego ideału i kto wie, może za rok albo dwa będę mogła z dumą powiedzieć o sobie, że jestem intelektualistką. 🙂
      Co do frustratów – każdy ma swoje postrzeganie świata i ja tego człowieka po części rozumiem. Nie pojmuję jednak tego, że wszedł na mojego bloga i napisał taki komentarz 😉