Jak spędzić tydzień na Ukrainie i przeżyć – Lwów, Drohobycz, Iwano-Frankiwsk [PORADNIK]

Fama głosi (podobnie, jak w przypadku Wilna), że Polak przebywający we Lwowie i okolicach może się spotkać z ostracyzmem i potencjalnym wpierdolem niewielkim aktem przemocy ze strony tubylców. Jednakże inna fama głosi odwrotnie – że Lwów jest bardzo przyjaznym miejscem, że dużo osób mówi tam po polsku, poza tym Lwów to obowiązkowy przystanek w podróży po Ukrainie, Dawne Polskie Miasto™ i tak dalej, i tak dalej.

Także są głosy za i przeciw wyjazdom do Lwowa, okolic zresztą też. Do tych przeciw dodajmy konflikt ukraińsko-rosyjski i mieszanka wybuchowa gotowa.

Za prawie każdym razem, kiedy wspominałam, że chcę pod koniec stycznia (a dokładnie w swoje urodziny) pojechać na Ukrainę, słyszałam, że to nie jest zbyt dobry pomysł. Nieważne, że w obwodzie lwowskim, po którym głównie miałam zamiar się poruszać, nie dzieje się absolutnie nic złego – strach u niektórych moich rozmówców był silny. Moja ciekawość była jednak silniejsza i dwudziestego dziewiątego stycznia wsiadłam do autokaru z myślą, że zaczyna się kolejna wielka przygoda w moim życiu.

Bez rozdrabniania się – pojechałam, zaliczyłam trzy nowe miasta (Lwów, Drohobycz, Iwano-Frankiwsk – wyjechałam poza obwód lwowski, udało mi się) przeżyłam, miałam masę rozmaitych przygód. I jako, iż jestem Czechożydkiem uczynnym, przygotowałam dla Was kilka wskazówek, które mogą uczynić Wasz pobyt u naszych sąsiadów nieskomplikowanym i przyjemnym*. Nie ma za co.

 

ABY PRZEŻYĆ NA UKRAINIE (CHCĄC NIE CHCĄC BĘDĄC POLAKIEM), NALEŻY:

 

  • NIE DRZEĆ MORDY (PO POLSKU)

Podobnie, jak w Wilnie, i tym razem nie bardzo miałam do kogo gęby otworzyć. Samotne podróże mają to do siebie – czasem jest to błogosławieństwem, czasem przeradza się w małe piekło. Niemniej jednak gdybym pojechała z kimś, na pewno nie darłabym się po polsku na całe gardło. Niby trafiłam tylko na przyzwoitych i uprzejmych ludzi, ale kto wie, co za indywidua koło mnie chodziły.

Zresztą widzę, że niedarcie mordy w ojczystym języku wszędzie sprawia, że ludzie trochę przychylniej na człowieka patrzą.

  • BROŃ BOŻE NIE DRZEĆ SIĘ, ŻE LWÓW/DROHOBYCZ/IWANO-FRANKIWSK BYŁ POLSKIM MIASTEM I SZKODA, ŻE JUŻ NIE JEST

Umówmy się, to prosty sposób na popełnienie samobójstwa. Równie dobrze możecie pojechać do Wrocławia i tam twierdzić, że szkoda, iż to piękne dawne niemieckie miasto nie jest już niemieckie. No kaman.

Wiele razy w rozmowach z Ukraińcami mówiłam, że Lwów/Drohobycz/Iwano-Frankiwsk/niepotrzebne skreślić był polskim miastem. BYŁ.

Pamiętajcie: tak, jak z Wilnem. Czas przeszły dokonany, zwykłe stwierdzenie faktu. I wszystko będzie dobrze. Moi ukraińscy rozmówcy sami często mówili mi, że znajduję się w dawnym polskim mieście, gdzie przed wojną Polacy stanowili 80% i więcej mieszkańców. To nie jest tak, że polskość ukraińskich miast jest tematem tabu, bo nie jest, przynajmniej nie w miejscach typu muzea, informacje turystyczne, hostele, restauracje etc.

  • NIE ZACHOWYWAĆ SIĘ JAK STEREOTYPOWY POLSKI CHAM I PROSTAK

Jestem bardzo ciekawa, jak wygląda sezon letni we Lwowie, kiedy to przez miasto przewalają się tabuny Polaków.

Co prawda nie byłam świadkiem ani jednej nieprzyjemnej sytuacji z turystami z Polski, ale wychodzę z założenia, że wszędzie – nieważne, gdzie, a przede wszystkim kim się jest – trzeba mieć trochę kultury w dupie sercu.

  • NIE BAĆ SIĘ MÓWIĆ PO POLSKU, ALE TAKŻE NIE ZAKŁADAĆ, ŻE SIĘ WSZĘDZIE PO POLSKU DOGADASZ

Skoro już o tym mowa – z moich obserwacji wynika, że Ukraińcy nie mają nic przeciwko temu, iż zagadujący ich Polak nie zna ukraińskiego. Nasze języki są dość podobne, po dwóch dniach pobytu rozumiałam tak z 70% tego, co się do mnie mówiło i co przeczytałam – to działa także w odwrotną stronę.

Prędzej dogadacie się po polsku, niż po angielsku. Raz w pewnej restauracji typu żarłodajnia zagadałam do obsługi po angielsku, po czym z lekkim rozbawieniem obserwowałam, jak kelnerki biegną w popłochu do kuchni i wołają koleżankę, która stwierdziła, że ona angielski rozumie, ale nie mówi. Szybko przyznałam się do pochodzenia, co spotkało się z entuzjazmem, bo kelnerki mówiły w moim języku całkiem nieźle.

Jeżeli myślicie jednak, że możecie sobie pojechać do Lwowa (czy też innych miast, które zwiedziłam) i wszyscy do Was będą się zwracali po polsku (i to ładną polszczyzną), to jesteście w błędzie. Bo wcale nie muszą.

Sama przekonałam się o tym wielokrotnie; stanęłam raz w obliczu sytuacji, kiedy musiałam sobie w ekspresowym tempie przypomnieć bułgarski (spanikowałam, bo sprzedawczyni ani po polsku, ani po angielsku), by móc kupić mężowi koniak w monopolowym. Dałam radę.

Innymi słowy, element miejskiego survivalu (czyt. dogadaj się) mam zaliczony. Z trudem, ale mam.

  • NIE UCIEKAĆ, JAK POTENCJALNY ROZMÓWCA NIE MÓWI PO POLSKU/ANGIELSKU

Na pocieszenie po powyższym punkcie powiem Wam, że kilkukrotnie byłam w sytuacji, gdzie ja mówiłam po polsku, moi rozmówcy po ukraińsku (każde z nas powoli i wyraźnie) i się dogadaliśmy.

W tym miejscu chciałabym bardzo polecić muzeum Salomei Kruszelnickiej, śpiewaczki operowej pochodzącej ze Lwowa. Panie pracujące tam nie mówią po polsku, ale były wobec mnie bardzo miłe i przyjazne. Nie dość, że starały się zrozumieć, o co mi chodzi, to jeszcze dostałam broszurki i kalendarz za darmo. Fajny gest. Muzeum samo w sobie jest ekstra, tak na marginesie.

O, albo sytuacja z Drohobycza. Stoję sobie, proszę ja Was, przed tabliczką z nazwą ulicy (we Lwowie tabliczki mają nazwy ukraińskie i w transliteracji, co ułatwia życie. W Drohobyczu się tego nie uświadczy) i odczytuję spokojnie literki, by się zorientować, gdzie do cholery jestem, kiedy nagle wyrasta obok mnie na oko czterdziestoletni pan w typie stolarza albo pracownika tartaku. Słowem, rosły mężczyzna. No i rzeczony mężczyzna zagaduje do mnie, widząc, że mam mapę w ręku i chyba nie wiem, gdzie jestem. Powiedzieć, że mnie zaskoczył, to mało. Szybko jednak otrząsnęłam się z szoku (no bo kurde, nie było go i nagle się pojawił, jeszcze do tego zadaje pytania po ukraińsku) i pytam, którędy do synagogi. Pan nie dość, że pokazał drogę, to jeszcze trzy razy powtórzył mi wszystkie wskazówki (po ukraińsku, bez ani jednego polskiego słowa!) i jeszcze życzył miłego dnia.

Skąd się biorą tacy ludzie, ja nie wiem.

  • NAUCZYĆ SIĘ KILKU UKRAIŃSKICH SŁÓWEK

Nic tak nie pomaga w kontaktach międzyludzkich jak opanowanie podstawowych słów typu dzień dobry, dziękuję, przepraszam etc. Dzięki temu, że podsłuchiwałam ludzi w komunikacji miejskiej, nauczyłam się, jak jest po ukraińsku znaczek pocztowy (marka, jakby ktoś pytał), co później mi pomogło, jak szukałam urzędu pocztowego.

A, Ukraińcy na liczbę czterdzieści mówią sorok. To z rosyjskiego. Na bank się Wam to słówko przyda. Nie ma za co.

  • NIE BAĆ SIĘ LUDZI

Odkąd pamiętam trafiałam na fantastycznych ludzi z Ukrainy. Serio. na przestrzeni tych moich dwudziestu sześciu lat życia spotkałam może ze trzy, cztery nieciekawe przypadki.

Tydzień spędzony we Lwowie (wliczając dzień w Drohobyczu i dzień w Iwano-Frankiwsku) utwierdził mnie w przekonaniu, że Ukraińcy są rewelacyjnym narodem. Codziennie spotykałam się z uśmiechem, życzliwością czy chęcią pomocy.

Co do tej ostatniej to nie zliczę, ilekroć otrzymałam pomoc, nawet o nią nie prosząc (bo nie zdążyłam zadać pytania). Dla przykładu: w moim hostelu przebywała przez jedną noc pani pochodząca z Wołynia. Mówiła po polsku, nauczyła się z telewizji, książek, w domu coś się rozmawiało, tego typu rzeczy. Jej siostra mieszkała w Drohobyczu, więc jak się przyznałam, dokąd następnego dnia jadę, to do niej zadzwoniła i podpytała, gdzie mam iść i co zobaczyć. Sama z siebie.

Wskazywano mi drogę chyba z pięćset razy, podpowiadano, pomagano, czasem traktowano jak dziecko specjalnej troski, ale naprawdę, ani razu nie poczułam się jak nieproszony gość. Ukraińcy podbili moje serce do reszty w momencie, kiedy kilkoro pasażerów trolejbusu jadącego w kierunku dworca autobusowego uratowało mnie przed upadkiem. Chciałam skasować bilet, miałam na plecach duży turystyczny plecak, trolejbus szarpnął, ja poleciałam do tyłu… Nie dość, że mnie złapano, to jeszcze doprowadzono do właśnie zwolnionego miejsca (specjalnie zwolnionego, oczywiście) i upewniono się, że siedzę i że wszystko jest OK. Miłość razy milion.

Ubrana jak troszkę bogatszy menel (bo kurtka w dobrym stanie) złaziłam prawie cały zabytkowy Lwów, większość atrakcyjnych miejsc w Drohobyczu i kawałek starego miasta w Iwano-Fankiwsku. Na Ukrainę na pewno wrócę wiele, wiele razy, ten kraj jest tego wart. Ludzie, atmosfera, przepyszne jedzenie, pobyt krótkoterminowy nie wymaga wizy, nikt mnie nie zaczepiał ani nie chciał zrobić krzywdy – czego chcieć więcej?

 

Długo mogłabym wymieniać, co podobało mi się w omawianych dziś miastach, ograniczę się więc tylko do paru miejsc. Bo klasyki takie jak lwowskie Stare Miasto kojarzy chyba każdy. Poza tym moim zdaniem Polak powinien odkrywać Lwów, Drohobycz i Iwano-Frankiwsk na własną rękę i po swojemu.

ŻYDOWSKIE AKCENTY:

  • we Lwowie: synagoga Cori Gilod (ul. Braci Michnowskich 4, weszłam tam na tzw. krzywy ryj, korzystając z przeprowadzanego remontu) – jedyna czynna świątynia w mieście! Do tego ruiny synagogi Złota Róża (dojście od ulicy Starożydowskiej); budynek szpitala żydowskiego (robi wrażenie!);
  • w Drohobyczu: najlepiej iść do informacji turystycznej i poprosić o mapę z miejscami Brunona Schulza. Tam będzie wszystko – od jego domu przez ulicę Krokodyli aż po miejsce śmierci. Uwaga: w lutym 2017 roku mieli w informacji na stanie tylko mapy po ukraińsku. Oczywiście, warta zobaczenia jest też synagoga, moim zdaniem naprawdę ładnie odnowiona;
  • w Iwano-Frankiwsku: synagoga Tempel (ul. Straconych Nacjonalistów). Nie udało mi się do niej wejść, spóźniłam się pół godziny, ale to nic, nadrobi się.

Z typowo polskich rzeczy dla turystów to nie tyle polecam, co wręcz nakazuję Wam pójść na Cmentarz Łyczakowski we Lwowie. To obowiązkowy przystanek dla każdego Polaka. W grafice na samej górze wpisu znajdziecie aż trzy fotografie zrobione na tej nekropolii właśnie. Wstęp kosztuje jakieś kilkadziesiąt hrywien, mapa mniej, ale ludzie, zajechać do Lwowa i tam nie być to wstyd.

Warto także wejść na wieżę ratusza w Drohobyczu i Iwano-Frankiwsku. Lwowskiej nie sprawdzałam, za to z poprzednich dwóch jest ekstra widok na okolicę.

W przypadku chęci wyjazdu do omawianych miast w środku zimy zaleca się zabranie ciepłych ubrań. I termosu. I zapasu herbaty. A przede wszystkim CIEPŁYCH UBRAŃ. Bluz z kapturem, bluzek z długim rękawem, grubych spodni, wszystkiego, co może się przydać. I naprawdę solidnych, ciepłych butów.

Wierzcie mi, buty są tutaj cholernie ważne, ja swoje dobiłam na wyjeździe.

 

Tak oto jesteście uzbrojeni w przydatną wiedzę. Powodzenia, moi drodzy.

I serio pamiętajcie, by się ciepło ubrać, bo inaczej będziecie wyglądać jak ja.

 

Parafrazując klasyka, moja lwowska stylówa była bezbłędna.

Autorką wszystkich zdjęć jestem ja i tylko ja. Na tym polegają samotne wyjazdy, by robić samemu zdjęcia. Czasami jest to niewygodne, chyba muszę się zaopatrzyć w kijek do selfie.

 

 

*osobom, których wkurzyła moja narracja, chciałabym tylko powiedzieć, iż nie ma sensu brać mojej gadaniny na serio. Poradnik ma być humorystyczny, ale przede wszystkim ma pokazać, że serio, nie ma po co się bać jechać do Lwowa, skoro nic się tam nie dzieje.