Przeczytane w marcu 2017

Marzec był dla mnie naprawdę dobry. Dużo dziergałam (efekty znajdziecie tutaj, tutaj i tutaj – z poduszki jestem naprawdę zadowolona), czytałam, organizowałam. Doprowadzałam się też do porządku pod względem psychicznym, luty dał mi popalić. Masę czasu spędzałam sama lub tylko z mężem i psem. Teraz czuję się świetnie i jestem gotowa na wiosenne szaleństwa: już niedługo upragniony wyjazd na Białoruś, nie mogę się doczekać!

Rozkręciłam się z czytaniem, marzec kończę z wynikiem czternastu tytułów. Wow. W związku z tym mała rada – jeżeli nie jesteście zainteresowani którymś opisem, przewińcie stronę do kolejnego tytułu.

Jeżeli moje zaczytanie będzie się utrzymywało na podobnym jak teraz poziomie to wrócę do pisania oddzielnych tekstów, przynajmniej na temat części książek. Naprawdę, ruszyłam z kopyta, sporo się tego narobiło…

Kolejność przypadkowa.

  • Aneta Jadowska, Egzorcyzmy Dory Wilk

Powoli zbliżam się do końca heksalogii o wiedźmie (Egzorcyzmy to piąty, przedostatni tom). Smuci mnie to. Zdążyłam polubić zarówno Dorę, jak i większość towarzyszących jej postaci. Wiem, że istnieją jeszcze inne teksty ze świata Dory Wilk, ale podejrzewam, że po skończeniu serii i tak będzie mi smutno.

Ciężko mi pisać o fabule bez zdradzania niektórych rzeczy. Współczuję osobom, które musiały to recenzować niedługo po premierze – osobiście mam duży problem, by sklecić parę zdań niezawierających spoilerów.

Powiem więc tak: seria się rozkręca, podejrzewam (opinia powstała 9.03.2017 – przyp. by D.P.), że zakończenie będzie bombą, która mnie zaskoczy i sprawi, że długo o niej jako czytelniczka i w sumie fanka Dory nie zapomnę.

Jako ciekawostkę dodam, że powinnam pozwać Anetę Jadowską. Przez Egzorcyzmy dwa razy mało się nie spóźniłam do pracy z powodu zaczytania, jak również trzy razy bardzo późno poszłam spać, ponieważ koniecznie musiałam skończyć właśnie czytany rozdział… a potem następny… i następny… Cholera jasna!

(tu nastąpiło ziewnięcie – skończyłam czytać ‚Egzorcyzmy’ dzisiaj, tj. 9.03.2017 jakoś o pierwszej w nocy. D.P.)

 

  • Robert Kulmiński, Śmierć w Czechach. Wizja śmierci w prozie czeskiej 1945-1989

W tym miejscu chciałabym serdecznie pozdrowić doktora Kulmińskiego, mojego dawnego wykładowcę. Jednocześnie pragnę dodać, iż poniższa opinia nie ma nic wspólnego z moim postrzeganiem autora Śmierci w Czechach jako naukowca czy pracownika instytutu, w którym ciężko pracowałam na tytuł magistra slawistyki.

Nie, żeby to postrzeganie było złe (Panie Doktorze, absolutnie nie jest!), ale chcę uniknąć fali wiadomości pt. Eeeee, faworyzujesz swojego byłego wykładowcę, zapłacił Ci za opinię, błeeeeee i tak dalej. Może za jakieś pięćdziesiąt lat napiszę coś o tym, jak funkcjonował Instytut Slawistyki na Znanej Warszawskiej Uczelni w czasach, kiedy tam studiowałam, teraz mam inne rzeczy do roboty.

Śmierć w Czechach jest – z tego, co kojarzę – opublikowaną pracą doktorską autora. Jeżeli tak, to niewątpliwie stanowi dowód na to, że warto wydawać prace magisterskie/doktorskie w formie książkowej. Po co naprawdę dobry tekst ma leżeć w archiwum?

Publikacja ta traktuje o zjawisku śmierci w literaturze czeskiej pisanej w latach 1945-1989. Na korzyść pracy przemawia to, iż jest napisana w miarę prostym, zrozumiałym dla osoby spoza kręgu naukowego językiem (wielkie, wielkie brawa!), co czyni ją przystępną dla dużego grona odbiorców. Moim zdaniem jest to warta podkreślenia rzecz, ponieważ zbyt wiele razy miałam do czynienia z książkami naukowymi, których nie dało się czytać bez kawy/piwa/ciężkich narkotyków/niepotrzebne skreślić i słownika. A co za tym idzie, nie były przystępne, czyli ich treść docierała tylko do nielicznych*. Założę się, że dzięki książkom takim jak Śmierć w Czechach co najmniej jedna osoba dowiedziała się o istnieniu rozmaitych powieści czeskich (których część została przetłumaczona na język polski), a co za tym idzie, sięgnęła po chociaż jedną z nich.

Mogłabym napisać elaborat, ograniczę się do paru zdań – warto. Naprawdę, warto to przeczytać. Dzięki Śmierci w Czechach usystematyzowałam trochę swoją wiedzę, przypomniałam sobie o tekstach, których jeszcze nie przeczytałam (wstydź się, Dorota, wstydź), odświeżyłam sobie treść tych, których lekturę mam już dawno za sobą.

 

  • Franz Kafka, Proces, Zamek, Ameryka

O Procesie i innych przeczytanych przeze mnie tekstach Franza Kafki napiszę w oddzielnym poście.

Powiem tylko tyle: warto było!

 

  • Aneta Jadowska, Na wojnie nie ma niewinnych

I po heksalogii o Wiedźmie. Ostatni tom to istna mieszanka wybuchowa – czego tam nie ma!

Aczkolwiek po zamknięciu książki doszłam do wniosku, że moje marzenia o serialu/filmie na podstawie tego cyklu raczej się nie spełnią. Tych wątków jest po prostu za dużo…

By nie przedłużać – polecam. Pozostałe książki Anety Jadowskiej to dla mnie kwestia czasu.

 

  • Marcin Kącki, Fak maj lajf

Oddzielny wpis tutaj.

 

  • Jan Lechoń, Dziennik, tom 1 (30 sierpnia 1949 – 31 grudnia 1950)

Stałam się posiadaczką pierwszej części Dziennika przez przypadek. Pomyślałam sobie, że co mi szkodzi przeczytać zapiski kolejnego polskiego pisarza. Mam już doświadczenia z Putramentem (nigdy więcej!), Tyrmandem… A co mi tam, spróbuję.

I muszę powiedzieć, iż było to ciekawe, aczkolwiek miejscami irytujące doświadczenie.

Słowem wstępu: Lechoń pisał dziennik w ramach terapii** i wydaje mi się, iż podczas pisania nie myślał o późniejszej publikacji tego, co przelał na papier. W dzienniku (przynajmniej w pierwszym tomie) można znaleźć rozmaite rzeczy – począwszy od wspomnień, przez komentarze dotyczące ówczesnej sytuacji politycznej w Polsce i na świecie, skończywszy na wrażeniach z przeczytanych książek i obejrzanych filmów.

Autor często drażnił mnie swoim podejściem do innych ludzi, odnoszę wrażenie, iż Lechonia pod koniec życia łatwo było urazić i zniechęcić do jakichkolwiek kontaktów z kimkolwiek. Treściowo jednak Dziennik jest bardzo ciekawą pozycją, rozmyślania na temat amerykańskiej Polonii czy też wrażenia z lektur (skąd tak dużo Żeromskiego?) są wciągające jak diabli. Chociażby dlatego warto po tego typu teksty sięgać.

Wydanie Państwowego Instytutu Wydawniczego jest śliczne – zachwyciła mnie przyjemna dla oka, twarda okładka. Serio, ładnie się toto prezentuje na półce. Niestety brakuje mi w nim przypisów, ich brak wytłumaczony jest we wstępie (Ponowna, kontrolna lektura autografu, znajdującego się w Bibliotece Polskiej w Londynie, wymagałaby dłuższego tam pobytu. Bez wglądu w nowojorskie archiwum Lechonia i bez dostępu do prasy amerykańskiej z tamtych lat nie mogło być mowy o sporządzeniu przypisów. Działania te przekraczały możliwości Wydawnictwa. Ze wstępu Romana Lotha, str. 21). Lechoń wiele razy wplata w polski tekst cytaty po francusku, zdarza się coś po angielsku, niemniej jednak francuski zdecydowanie tutaj przeważa. Moja znajomość tego języka jest niezbyt wielka, dlatego szybko zrezygnowałam z prób samodzielnego tłumaczenia tego, co autor przytacza, przez co pewnie sporo straciłam.

Przypisy jednak nie powinny dotyczyć jedynie wtrętów obcojęzycznych: zbyt wiele razy zastanawiałam się, o kim Lechoń pisze, o jakim dziele dokładnie rozmyśla, do czego nawiązuje lub kogo krytykuje. Sama dzięki stosom przeczytanych książek kojarzyłam może co czwartą, co piątą osobę, resztę musiałam sprawdzać w Internecie.

Da się czytać Dziennik Lechonia bez objaśnień, ale gdyby wydawnictwo zdecydowało się na ponowne wydanie wszystkich trzech tomów, to byłoby fajnie rozważyć opcję opracowania przypisów. Ludzkość by na tym na pewno dużo zyskała. Rozumiem brak możliwości dodania przypisów, ale jakby ktoś chciał wydać dzienniki ponownie, to niech weźmie pod uwagę moje pobożne życzenie. ^^

Generalnie to polecam, aczkolwiek czuję lekki przesyt i prędko po drugi tom nie sięgnę.

  • Mikołaj Milcke, Chyba strzelę focha!

Drugi tom przygód głównego bohatera Geja w wielkim mieście. Pierwszą część przeczytałam jakoś po maturze (czyli dawno temu), pomyślałam, że czas na kolejną.

Krótko, zwięźle i na temat: nie rozśmieszyło mnie to aż tak, jak Gej w wielkim mieście. Może to kwestia tego, że dorosłam i problemy bohatera niespecjalnie do mnie przemawiały. Plus te ciotodramy…

Żeby było jasne, nie mam nic przeciwko gejom. Ale przeciwko ciotodramom (rozdmuchiwaniem niewielkich problemów do skali światowej z fochami i awanturami włącznie) już tak. Fuj. Nie moje klimaty.

Tytuł ten jest jednak ciekawy ze względu na oddanie przez autora atmosfery czasów, w których dzieje się akcja. Mianowicie Kwaśniewskiemu właśnie kończy się prezydentura, Warszawa się rozwija, powstają nowe miejsca, dzieje się naprawdę sporo. Fajnie było wrócić na chwilę do tamtych lat, kojarzą mi się one z rozpoczęciem nauki w gimnazjum, a to wspominam dobrze.

Niekoniecznie warto, ale na pewno można przeczytać. Liczę na to, że trzeci tom (a podobno się pisze!) bardziej trafi w moje gusta.

  • Adam Glass, Suicide Squad volume 1: Kicked in the teeth

Uprzedzam pytanie: film widziałam, na moje szczęście trafiłam na wersję reżyserską i chyba tylko dlatego nic nie wypaliło mi oczu. Słów na to coś nie mam. Po części dlatego też zdecydowałam się sprawdzić, jaki jest komiks.

I powiem krótko: to komiks warto znać, nie film. Co najwyżej można sobie podczas czytania puścić soundtrack i będzie dobrze.

 

  • Neil Gaiman i spółka***, Sandman. Kraina Snów, Pora Mgieł i Zabawa w Ciebie

W ostatnim podsumowaniu pisałam, że macie wszyscy rzucić to, co teraz robicie i lecieć czytać Sandmana. Podtrzymuję powyższe słowa.

Ja naprawdę nie wiem, co mogę o tym komiksie napisać. Jest przegenialny i tyle. Jeżeli jest się fanem fantasy, szeroko pojętej fantastyki, historii paranormalnych, nawiązań do mitologii i wszelakich dzieł kultury to po prostu trzeba Sandmana znać i tyle.

Moje serce podbiły dwie postaci – Sen (czyli tytułowy Sandman) oraz jego siostra, Śmierć. Serio, gdybym mogła, chętnie poszłabym ze Śmiercią na randkę. Niesamowita jest.

#blogerskiprofesjonalizmlevelhard

Serio, jeżeli jesteście ciekawi czegoś związanego z tym komiksem, to zadajcie mi szczegółowe pytanie w komentarzu, może wtedy będę w stanie wykrztusić z siebie więcej niż dwa, trzy zdania zachwytu.

  • Chaim Icel Goldstein, Bunkier

Jakiś czas temu pojechałam poza Warszawę odwiedzić siostrę. Chciałam przez chwilę odpocząć od Kafki, dlatego też sprawdziłam, która z drugowojennych książek leży już trochę za długo na stosie do przeczytania. Padło na Bunkier, który pochłonęłam w jeden dzień (a czytałam w metrze, pociągu i po powrocie do Warszawy, skończyłam jakoś po północy).

Mało wiem o tym, w jaki sposób warszawscy robinsonowie przeżywali w ruinach stolicy po upadku powstania warszawskiego. Moja wiedza ogranicza się do Pianisty, przyznacie, że to trochę mało. Prawdopodobnie dlatego też tak szybko przeczytałam Bunkier, lekturę fascynującą pod każdym względem.

Goldstein (którego losów nie dało się w pełni ustalić) spisał swoje wspomnienia z czasu ukrywania się w piwnicy jednej ze zrujnowanych warszawskich kamienic. Jego rękopis przetłumaczono z jidysz i wydano stosunkowo niedawno, bo w 2006 roku. Autor nie dość, że opisał warunki, w jakich przyszło mu przebywać, to jeszcze uwiecznił swoich towarzyszy (pięciu mężczyzn i jedną dziewczynę) i ich historie.

Nie jest to może podniosły język literacki, ale podoba mi się to, ile szczegółów autor zawarł w swoim tekście, jak bardzo starał się wypisać wszystkie przeżycia, wydarzenia związane z jego ukrywaniem się. Bardzo mi w tej książce brakuje ciągu dalszego; może, gdyby rękopis został przetłumaczony i opracowany o wiele, wiele wcześniej, całość wyglądałaby zupełnie inaczej, udałoby się ustalić, co się stało z Goldsteinem i jego towarzyszami.

Bardzo dobre i potrzebne, polecam.

 

To tyle, jeżeli chodzi o marzec. Plan na kwiecień – przeczytać jak najwięcej rzeczy ze stosu „do przeczytania i puszczenia w świat”, a mam taki stos. Zaczyna mi brakować miejsca na półkach…

 

*teksty typu Widocznie jesteś za głupia na naukowe książki proszę zachować dla siebie. No kaman, czy nauka nie powinna być popularyzowana na wszystkie sposoby? Powinna być dostępna tylko dla wybranych? Naprawdę, cieszę się, że powstają publikacje, które nie są hermetyczne i które da się zrozumieć – niech jak najwięcej ludzi dowie się, że zagadnienia z zakresu szeroko pojętej slawistyki są ekstra!

**do końca swojego dość krótkiego życia zmagał się z nerwicą i myślami samobójczymi. Na moje oko pisanie dziennika odsunęło w czasie to, co było nieuchronne, czyli samobójstwo poety – Lechoń wyskoczył z dwunastego piętra nowojorskiego hotelu Hudson ósmego czerwca 1956 roku. Ale to tylko moje skromne zdanie, jeżeli wiadomo więcej szczegółów na temat tego zdarzenia, to proszę zostawić info w komentarzu i mnie oświecić, będę wdzięczna.

***po szczegóły zapraszam na Lubimyczytac.pl albo na inny portal poświęcony literaturze. Gdybym miała wymieniać wszystkie nazwiska to zajęłoby mi to ze trzy linijki, jak nie lepiej, a w przypadku zbiorczego omawiania komiksów chyba nie o to chodzi. Ale, oczywiście, jeżeli komuś to przeszkadza, to komentarze służą do wyrażenia swojej opinii.

 

Źródło zdjęcia w nagłówku: Death to Stock