Z innej beczki: Marcin Kącki, „Fak maj lajf”

Moi drodzy, zostałam niedawno poproszona przez wydawnictwo Znak o napisanie opinii na temat najnowszej książki Marcina Kąckiego, a właściwie pierwszej jego powieści (do tej pory pisał reportaże). Mając cały czas, chociaż niedługo minie rok, w pamięci inne jego dzieło, czyli Białystok. Biała siła, czarna pamięć postanowiłam spróbować.

Zaraz, moment, ktoś z Was zapewne zapyta. Czemu sięgnęłam po Fak maj lajf, skoro Białystok niespecjalnie mi się podobał i przez który bałam się, że mnie coś zje podczas pobytu w tym jakże przecież pięknym mieście*? Odpowiem, że kierowała mną rzecz najzupełniej zwyczajna – ciekawość.

Nie powiem, dałam się uwieść opisowi z okładki. #blogerskiprofesjonalizm

Do rzeczy. Omawiane dzisiaj dzieło to zbiór historii rozmaitych: a to autor skupia się na podglądaniu życia paparazzi (rodem z polskiego podwórka, który spowodował u mnie lekkie obrzydzenie), a to odsłania kulisy życia gwiazdy telewizyjnej, innym razem opisuje perypetie mafii, niezbyt inteligentnych panienek typu lachon (pardon my French, chodzi oczywiście o stereotyp) i tak dalej, i tak dalej. Każdy z bohaterów jest powiązany z resztą jedną rzeczą, która w zupełności wystarcza – miejscem urodzenia i związanym z tym pochodzeniem. Polskim, rzecz jasna. 

Dla tych, co nie wiedzą: Fak maj lajf nie przedstawia istniejących osób ani prawdziwych wydarzeń, które kiedyś miały miejsce. Jednakże podczas czytania wielokrotnie miałam wrażenie, iż niektóre sytuacje z powieści gdzieś miały miejsce, coś wydarzyło się naprawdę, po czym orientowałam się dość szybko, że mój mózg zwyczajnie dał się zwieść. Powieść Kąckiego jest złożona z historii łudząco podobnych do tych opisywanych na portalach plotkarskich czy na łamach papierowych tabloidów. Czasami wystarczy jedynie podmienić imiona bohaterów, ich profesje oraz miejsce akcji i już wychodzi idealny wątek z Fak maj lajf – niby to się nie wydarzyło, ale jednak gdzieś mi ten dzwon dzwonił, chociaż nie wiedziałam, w którym kościele, skądś to znałam.

Z początku omawiana dzisiaj książka nie nastrajała mnie do siebie zbyt pozytywnie; fabuła sprowadzała się do opisywania marności i zła świata tego, bez żadnego optymistycznego czy jakkolwiek pozytywnego akcentu. Dość szybko przypomniałam sobie, że podobnie było w reportażach o Białymstoku i okolicach, ale tam od czasu do czasu pojawiała się ta iskierka nadziei, ten niewielki manifest dobra w człowieku… W przypadku Fak maj lajf dłuuuuuugo na to czekałam. Co zaczęło u mnie wywoływać zwątpienie nie tyle do pisarza i jego twórczości, co do całego świata (moje życie nie ma sensuuuu, wszystko jest ustawione, normalny człowiek nie ma szansy wybicia się, po co żyjęęęęę etc.)

Generalnie mogłam rzucić tę powieść w diabły, wypić kilka bezalkoholowych piw na uspokojenie (to nie ma procentów, ale moje ciało daje się oszukać dzięki nazwie „piwo” i posmakowi piwa) i wrócić do radosnego bycia Czechożydkiem. Nie! Postanowiłam brnąć dalej w poszukiwaniu sensu w komiksie** powieści. Tu gdzieś musi być jakaś logika, pomyślałam wbrew swojemu instynktowi samozachowawczemu i narzekaniu męża (po co to czytasz, nie masz co robić?).

Proszę Państwa, sens… Jest!

Aczkolwiek trzeba go samemu znaleźć, a co za tym idzie, samemu przeczytać Fak maj lajf.

(teraz możecie zacząć buczeć)

Powiem tak: w którymś momencie uderzyło mnie, że opisywane sytuacje są głupie. Głupie w znaczeniu, że dramatis personae są zazwyczaj ludzie z niższych warstw społecznych, co mają niewielkie wykształcenie, nie czytają, nie rozwijają się w żaden sposób (nie zawsze z ich winy) i którzy bezrefleksyjnie pochłaniają tabloidową papkę, jaką serwują im media i na koniec dają sobą w ten sposób manipulować (czy to dosłownie, czy tylko i aż media kształtują ich postrzeganie świata, ogłupiają ich). Gdyby zamiast tych ludzi podstawić kogoś, kto nawet mógłby skończyć zawodówkę, ale miałby wyrobiony jakikolwiek światopogląd, doświadczył czegoś w życiu i – uwaga – wyciągnął ze swoich doświadczeń wnioski, wyżej wspomniane sytuacje nie mogłyby mieć miejsca.

Nie mówię, że wszyscy nagle mają się dokształcać i robić doktoraty, nie, nie. Chodzi mi o to, że jestem przerażona tym, jak wielki wpływ mają środki masowego przekazu, które użyte w niewłaściwy sposób (serwujące papkę złożoną z wyreżyserowanych programów przedstawiających rozmaite oblicza polskiej patologii oraz wymyślonych newsów i skandali z udziałem celebrytów) zmieniają postrzeganie rzeczywistości u ludzi. Sprawiają, że stają się bezmyślną masą, którą łatwo można oszukać. I to jest straszne.

Wiem, że nie odkryłam w tym momencie Ameryki, że zapewne istnieje sporo innych dzieł kultury traktujących o tym samym, co Kącki w Fak maj lajf, ale moim prawem jako blogerki i osoby czytającej książki jest prawo powiedzenia, że jestem przerażona. I moim skromnym zdaniem w tym tkwi siła tej książki. Że wzbudza emocje.

Bo można się pośmiać z głupawych artykułów o ufoludkach lub koniach zombie (zmyślam teraz) rodem z Faktu, ale jak tak człowiek usiądzie i zastanowi się nad zasięgiem i wpływem takich głupot na ludzi, to odechciewa mu się śmiać. Mi się odechciało.

Podsumowując – polecam Fak maj lajf. Nie jest to dzieło najwyższych możliwych lotów, parę szczegółów mi zgrzytało (ale to były czysto kosmetyczne sprawy, inaczej bym rozpisała niektóre rzeczy, nie zwracajcie na mnie uwagi), ale z czystym sumieniem mogę to polecić jako lekturę ku przestrodze i zastanowieniu.

 

 

Za książkę ślicznie dziękuję wydawnictwu Znak Literanova ^^

 

*swoją drogą teraz, z perspektywy niecałego roku widzę, jak bardzo byłam głupia, bojąc się, że mnie coś w tym Białymstoku zje, jak tam pojadę sama. Bo wiecie, od tamtej pory samotnie przemierzyłam Wilno, Wiedeń, Lwów, Drohobycz, Iwano-Frankiwsk…

**jak ktoś załapał żart to pozdro dla kumatych, jak nie, to niech sobie sprawdzi w Internecie, kto i w jakich okolicznościach szukał sensu w komiksie. ^^