Przeczytane w lutym 2017

Luty był… Dziwny. Z początku niewiele się działo, później było… Ech, już na ten temat pisałam. Po co się powtarzać. Dobrze, że się ten luty skończył.

Zdjęcie w nagłówku symbolizuje moją tęsknotę za latem albo ciepłą wiosną. Jak lubię zimę, tak mam już jej trochę dość. Czy to oznaka starzenia się?

Słoneczko, przygrzewaj mocno! Smogu, idź precz! Chcę się cieszyć wiosną, jeździć na rowerze, hodować rzeżuchę na parapecie! Zimo, wyp…! xD

Jak zawsze, kolejność tytułów przypadkowa. Trochę tego przeczytałam, ale nie tyle, ile planowałam. Trudno, nadrobi się.

 

  • Izabela Szolc, Siostry

Kiedyś dawno temu rzuciła mi się w oczy gdzieś recenzja Sióstr z tak przykuwającym uwagę opisem fabuły, że stwierdziłam, iż muszę to przeczytać. Mam pozytywne doświadczenia z twórczością Szolc, przeczytałam iks lat temu w czasach nastoletnich Jehanette i Połowę nocy.

Nie umiem wyrobić sobie jednoznacznej opinii o Siostrach. Z jednej strony podobał mi się język, to, jak bardzo powieść była przesycona kolorami, bodźcami ze świata dookoła bohaterek… Z drugiej pomysł na fabułę a jej ostateczny wygląd jakoś moim zdaniem się rozmijają.

Nie wiem, czy koniecznie trzeba to znać, ale jak ktoś jest ciekawy powieści o podupadającym dworze to niech przeczyta.

 

  • Aneta Jadowska, Wszystko zostaje w rodzinie

Jadowska w najlepszej możliwej formie. Chociaż kto ją wie (mam do przeczytania jeszcze dwa tomy heksalogii o wiedźmie, wszystko się może zdarzyć).

Czytanie tego cyklu na zasadzie chrzanić chronologię wydawania jest totalnie bez sensu. Nie próbujcie tego. Nie idzie się połapać, o co chodzi, kto jest kim i dlaczego wokół Dory kręci się tylu facetów.

I nie, to nie jest to, co macie na myśli, świńtuchy.

Najbardziej we Wszystko zostaje w rodzinie zaskoczyło mnie to, że autorka rzuca Dorze coraz to nowe i bardziej trudne do przeskoczenia kłody pod nogi, a ta nie dość, że sobie z nimi radzi, to jeszcze jest w tym cholernie naturalna. Nic, tylko pozazdrościć Jadowskiej talentu pisarskiego.

 

  • Neil Gaiman, Sam Kieth, Mike Dringenberg, Malcolm Jones III, Sandman. Sen sprawiedliwych i Dom Lalki (pierwsze dwa tomy cyklu)

W tym miejscu specjalne podziękowania za podsunięcie mi tych arcydzieł sztuki komiksowej należą się Danielowi, wiernemu czytelnikowi i ambasadorowi Czechożydka. Moje życie stało się lepsze dzięki Sandmanowi.

Oto dziękczynny Pusheen, moje zwierzę totemiczne. <3

 

 

Klasyka komiksu, po którą sięgam w sumie trochę zbyt późno. Ale warto, oj, warto. Dla tytułowego Sandmana.

Kto nie wie, o co chodzi, niech zamyka przeglądarkę, idzie do księgarni i kupuje pierwszy tom. No, jazda! I czytać w ciemno. Wystarczy Wam jedynie wiedzieć, iż głównym bohaterem serii jest Sen, jeden z siedmiu Nieskończonych. A bohaterką drugoplanową jest ukochana przeze mnie Śmierć (ojejuojejujakaonajestfajnaaaaaa).

Nie będę pisać o swoich wrażeniach, bo generalnie to można je sprowadzić do jednego zdania – O MAJ GAD, JAKIE TO DOBRE.

Jazda czytać Sandmana!

 

  • Piotr C., Pokolenie IKEA

Gdzieś między pierwszym a drugim tomem Sandmana trafiłam na Pokolenie IKEA.

Na cholerę mi to było, niech kto mądry powie. Po kiego grzyba sięgałam po to coś.

Okej, przyznam się, kupiłam e-booka na wyprzedaży na Woblinku. Skuszona opisem. Który jest lepszy od samej książki.

O co się rozchodzi? O zwykłego pracownika warszawskiej korporacji. Takiego wiecie, co przez pięć dni w tygodniu odbębnia swoje obowiązkowe ileś godzin (i nadgodzin) w pracy, ma kredyt na mieszkanie i samochód, co weekend jeździ po klubach i zalicza kolejne laski. Ten oto facet o wdzięcznej ksywie Czarny jest narratorem, a zarazem przedstawicielem tytułowego pokolenia IKEA.

Nie kupuję wizji świata autora. Pracowałam w korporacji (w sumie teraz też pracuję, ale to skomplikowana historia), Bóg mi świadkiem, że spotkałam może ze dwie osoby, które pasowałyby do bohaterów tej książki. Zastanawiam się, w jakich kręgach się obracam, skoro większość moich znajomych zachowuje się inaczej i jest w innej sytuacji życiowej. Okej, być może Piotr C. bazuje li i jedynie na stereotypie, takiej figurze retorycznej, ale totalnie to do mnie nie przemawia. Nie pomaga tu język, sposób wysławiania się, a raczej wyrażania tego, co Czarnemu akurat przyjdzie do niezbyt mądrego łba.

Mogłabym w tym miejscu popełnić elaborat o tym, co jest nie tak z Pokoleniem IKEA. Podsumuję to jednak tylko jednym zdaniem: nie wierzę w świat pozbawiony miłości i traktujących osoby potencjalnie zakochane za lekkich wariatów.

Skończyłam to z poczucia czytelniczej przyzwoitości, trochę też ciekawa, co z tego wyjdzie. Powiem tak: parę tekstów jest OK, nad jednym dowcipem szczerze się zaśmiałam, bo trafił w moje poczucie humoru. Niemniej jednak moim zdaniem Pokolenie IKEA jest literacką pornografią, do tego niższego sortu. Stos wulgaryzmów, opowiastek o ruchaniu, anegdot z życia do bólu przeciętnego człowieka, miejscami smutny obraz rzeczywistości, ale to naprawdę baaaardzo rzadko. Czy coś to łączy poza postacią Czarnego? Brak sensu, tyle.

Nie warto.

 

  • Isaac Bashevis Singer, Dwór

Kiedy ja ostatnio czytałam Singera… Dawno temu. Lubię jego powieści strasznie i zdecydowanie zbyt mało ich czytam.

Tu mała dygresja: moja żydołacka biblioteczka wzbogaciła się ostatnio w prawie wszystkie dzieła Singera (pozdrawiam Monikę, ofiarodawczynię), zarówno te, które znam, jak i te, do których zbieram się od stu lat. Chodziłam koło Spuścizny kilka dni (coś mnie do niej ciągnęło), a kiedy wreszcie ją pochwyciłam, okazało się, iż jest to kontynuacja Dworu.

Co miałam począć, wzięłam się najpierw za Dwór.

Lubicie pozytywizm? Przemawia do Was literatura tamtego okresu – przemiany społeczne, próby zachowania polskości, patriotyzm, te sprawy? To koniecznie sięgnijcie po Dwór, by móc spojrzeć na powyższe tematy z trochę innej, żydowskiej perspektywy.

Kiedy chodziłam do liceum, omawialiśmy w ramach tej epoki dzieła typu Lalka. Z Lalki właśnie pamiętam drobniuteńkie wąteczki żydowskie typu żydowska młodzież uczy się zupełnie innych rzeczy, niż polska, jest tego jednak u Prusa jak na lekarstwo.

Powieść Singera powstała blisko sto lat po powstaniu styczniowym – ostatnim wielkim zrywie niepodległościowym. Moim skromnym zdaniem świetnie jednak oddaje ducha epoki, nastroje, jakie w tamtym czasie panowały wśród ludności żydowskiej – zarówno tej z małych sztetli, jak i dużych miast.

 

  • Isaac Bashevis Singer, Spuścizna

Spuścizna jako kontynuacja Dworu sprawdziła się świetnie, aczkolwiek jej akcja toczy się w innych miejscach – z Jampola przenosimy się do wielkich miast, takich jak Warszawa, Paryż, Nowy Jork.

To było dla mnie inne doświadczenie, niż lektura Dworu. Przede wszystkim (opinia będzie bez spoilerów!) bohaterowie poprzedniej części dojrzewają. Każdy na swój wyjątkowy sposób – niektórzy powielają schematy wyniesione z rodzinnych domów, inni porzucają tradycje przodków, by stać się kimś zupełnie innym. Czy udaje im się jednak wyrzec i w całości pozbyć żydowskiego dziedzictwa?

Moim zdaniem nie, ale to tylko moje zdanie.

Spuściznę idzie analizować na kilka różnych sposobów. Gdybym miała stwierdzić, który z tych sposobów analizy jest najważniejszy, zdecydowanie postawiłabym na spuściznę w sensie materialnym i duchowym.

Bardzo podobało mi się przedstawienie Nowego Jorku oraz podróży do Ameryki jako takiej. Zresztą, zachwycam się nie po raz pierwszy – kilka lat temu popełniłam krótki tekst na temat Cieni nad rzeką Hudson, gdzie przecież Singer pisał głównie o Stanach Zjednoczonych. Generalnie samo zagadnienie przestrzeni amerykańskiej w twórczości SIngera jest cholernie ciekawe, ale to temat na inny, o wiele dłuższy wpis.

Polecam zarówno Dwór, jak i Spuściznę – obie te powieści są napisane przepięknym, starannym językiem, którego ze świecą dzisiaj szukać. Sama nie mówię tak ładnie i czysto.

 

  • Jerzy Pilch, Bezpowrotnie utracona leworęczność

Przyznam szczerze, nigdy wcześniej nie czytałam Pilcha. Tak się złożyło; nie czuję wobec tego pisarza niechęci czy czegoś (aczkolwiek z przyczyn chyba zrozumiałych i wiadomych po Pod Mocnym Aniołem nie zamierzam sięgać, moja psychika tego chyba nie zniesie). Bezpowrotnie utracona leworęczność trafiła do mnie z wymiany i to tylko dlatego, bo zaintrygował mnie tytuł.

Tak, nie dość, że jestem lewacka, to jeszcze do tego leworęczna. Przed przestawieniem na prawą rękę uratowała mnie we wczesnym dzieciństwie rodzicielka (dzięki, mamo!). Podobno te nieco ponad dwadzieścia lat temu pewna pani przedszkolanka usiłowała mnie zmusić do robienia wszystkiego prawą łapką. Na szczęście mama w porę się zorientowała, że jej dziecko zachowuje się dziwniej, niż zwykle i skończyło się rumakowanie przedszkolanki.

Okazuje się, że Pilch jest fajny. Bezpowrotnie utracona leworęczność to zbiór tekstów bardzo osobistych, związanych z samym pisarzem, jego rodzicami, rodziną, dzieciństwem, rodzinnymi stronami (Wisła i okolice czeskiej granicy) oraz – co jest bardzo ważne – literaturą i słowem pisanym.

Kochani, to uczta dla erudyty. Śmiem twierdzić, iż jestem oczytana; przy tej powieści piałam z zachwytu.

Bierzcie w ciemno. Pierwsze spotkanie z Pilchem uważam za udane.

 

  • Juraj Červenák, Władca Wilków

Przyzwoicie napisane fantasy, gdzie główny bohater jest napakowany i potrafi zrobić całemu tabunowi ludzi z dup wielką schizmę, ale przy tym nie jest jakiś specjalnie przegięty. Dobrze się to czyta, ciekawa jestem drugiego tomu.

Jest magia, są bóstwa słowiańskie, postaci mają śmieszne imiona. Mi się podobało _^_

A, jakby ktoś pytał – Władca Wilków jest powieścią autorstwa słowackiego pisarza. Przeczytałam w ramach poznawania słowackiej literatury.

 

 

Źródło zdjęcia w nagłówku: Death to Stock, dziękczynny Pusheen wzięty został stąd