Trochę zdziczałam.

Nie da się ukryć. Ostatnio trochę zdziczałam.

Zapytacie pewnie, czemu. No, może nie wszyscy z Was, ale komuś to pytanie na pewno się nasunęło tuż po przeczytaniu tytułu wpisu i przyjrzeniu się temu pięknemu zdjęciu liści, które umieściłam w nagłówku.

(Swoją drogą autorką owego zdjęcia jest Annie Spratt, zerknijcie na inne jej fotki, warto)

Otóż bardziej odnoszącym się do mojej obecnej sytuacji będzie pytanie nie o to, dlaczego, ale w jaki sposób.

W swoim dziwacznym zdziczeniu odkryłam bowiem pewną metodę. To ma sens. Izolowanie się od innych oraz częściowe zamknięcie się we własnej głowie ma sens. Na jakiś czas.

Zacznijmy jednak od tego, że trochę mam dość. Jakoś w styczniu mój mózg częściowo odmówił współpracy ze mną – zabrakło mi cierpliwości do innych, do siebie samej, do wszystkiego, co się wokół mnie działo. Żeby była jasność – wszystko było u mnie w porządku. Nie stało się nic, absolutnie nic.

Chyba zaszła w mojej psychice zmiana podobna do tej, którą odczułam tuż przed pójściem na terapię* – wszystko było OK, ale mózg stwierdził, że separacja i zaprzestanie współpracy jest zajebistym pomysłem. Tym razem na szczęście obeszło się bez nagłej i niewytłumaczalnej potrzeby rzucenia wszystkiego w cholerę oraz ograniczenia kontaktów ze światem do jednej, dwóch osób. Jakbym była trochę przeładowana tym, co się wokół mnie dzieje.

Teraz na szczęście jestem starsza, troszkę (haha) mądrzejsza. Zamiast siąść i płakać zaczęłam odliczać dni do wyjazdu na Ukrainę, który miał mieć miejsce jakoś tydzień, dwa po tym, co odkryłam (że coś jest nie halo). Skupiłam się na tym. Potraktowałam wyjazd jako lekarstwo.

Pojechałam sobie radośnie na tę Ukrainę, złaziłam Lwów, Drohobycz i Iwano-Frankiwsk, dobiłam buty, przeżyłam masę przygód, nachodziłam się po cmentarzach i muzeach, a co najważniejsze: pobyłam sama ze sobą. Podumałam, przeanalizowałam, co jest nie tak, co mogę poprawić (bo nieogarnianie świata i ludzi siedzi w nas samych), stęskniłam się porządnie za Kubą i Herbim. Rozkoszowałam się tym, że mogę robić, co chcę i nie odzywać się godzinami. Wróciłam po tygodniu, zmęczona jak diabli, ale szczęśliwa i z odzyskanymi pokładami cierpliwości.

Odzyskanymi na chwilę, bo najgorsze miało dopiero przyjść.

***

Że jestem złym człowiekiem, część z Was wie. Pamięta moje wyznanie z tego wpisu. Zabawne, powstał rok temu. Wtedy myślałam trochę inaczej, niż dzisiaj, byłam troszkę naiwna. Mniejsza z tym.

Pod tym względem niewiele się zmieniło. Dalej się staram. Nie posuwam się tak daleko, jakbym chciała. Dbam o męża, psa, nie zaniedbuję obowiązków w pracy, dotrzymuję większości złożonych obietnic, udzielam się charytatywnie. Mogło być gorzej.

Przyszedł jednak w tym roku taki moment, że zwyczajnie przestałam wyrabiać. Procesy myślowe w jakikolwiek sposób związane z relacją ja-inny człowiek szły mi jak po grudzie. Rozmowy były udręką, ograniczałam je do pisania na Messengerze. Spotkania kończyły się katastrofą lub obwinianiem się za to, że palnęłam jakąś głupotę, zupełnie jakbym nie wzięła dzień wcześniej leków. Nie trafiały do mnie dowcipy, nie rozumiałam pretensji, uciekałam.

Apogeum nastąpiło niedawno. Ostatni cios przyszedł z zewnątrz, nie z mojej głowy. Trafił w zły moment.

Po ograniczeniu kontaktów z żywymi ludźmi do minimum odżyłam na tyle, by móc napisać ten tekst.

Wiecie, że złego człowieka potrafi boleć serce? Że czuje, jak coś w nim pęka, rozpada się, wywołując fale bólu, odbierając sen, upośledzając postrzeganie świata? Wiedzieliście, że źli ludzie mogą mieć wyrzuty sumienia? Mogą czuć rozpacz?

Od wielu lat zdaję sobie sprawę z tego, że jestem zdolna do zadania drugiemu człowiekowi cierpienia. I was in darkness so darkness I became**. W życiu jednak do głowy by mi nie przyszło coś tak idiotycznego, co niedawno przypadło mi w udziale z powodu osoby trzeciej. Na tyle szanuję siebie i innych.

Teoretycznie mój świat się nie zmienił. Dalej mam pracę, męża, psa, dach nad głową, oszczędności na koncie bankowym, stertę książek o Żydach na kilku półkach. Dalej kocham łazić po cmentarzach, zwiedzać najdziwniejsze zakątki miast, wkurzać innych swoją osobą.

Przy całej mojej ogromnej wiedzy na temat świata wokół (czerpanej z rozmów, spotkań, książek etc.) nie mam bladego pojęcia, co zrobić, kiedy ktoś się mnie wyrzekł. Z totalnie kuriozalnego powodu, jakim jest o jeden tatuaż za dużo.

I kiedy wiem, że nie istnieje na tym świecie nic, co mogłoby mi pomóc.

Może poza czasem. Kiedyś zapomnę.

W każdym razie całe to zajście nie pomogło mi w moim zdziczeniu.

***

W momencie pisania tego wpisu zerkam na ciemność za oknem. Jest niedzielny wieczór, siedzę sama z psem w domu, Kuba wybył poza stolicę.

Czuję, że jest mi lepiej. Mózg zaczął pracować. Powoli, bo powoli, ale nie mam już ochoty rzucić dzwoniącym telefonem o ścianę. Odzywam się do ludzi w pracy. Czuję przyjemność z bliskości innej, żywej istoty.

W całym swoim egoizmie jednak pragnę odciąć się od świata i tych, których kocham. Nie ma ze mnie teraz pożytku.

***

Do wczoraj myślałam, że nie mam już nic mądrego do powiedzenia.

Dziś rano poszłam (po raz drugi w tym roku) na rower. Jazda dała mi endorfiny, ciepło, radość. Dotarło do mnie, że przecież mogę o tym komuś opowiedzieć i w żadnym stopniu krótka wzmianka o przejażdżce nie będzie głupia.

Będzie dobrze. Inni nie mogą na mnie liczyć, ale z czasem pewnie stanę się pomocną ciocią Żydem, gotową rzucić wszystko, by ratować innego człowieka.

Ale to jeszcze nie ten moment. Pobędę sobie w swoim zdziczeniu, w niezbyt mądrej głowie.

Tylko nie wiem, jak długo.

 

 

 

 

PS Dużo ostatnio czytam, podejrzewam, że nagłe podskoczenie mojego czytelnictwa wynika z chwilowego towarzyskiego upośledzenia. To prawdopodobnie zaowocuje kilkoma wpisami.

*o terapii kiedyś Wam opowiem. Jeszcze nie teraz, ale kiedyś na pewno.

**cytat pochodzi z piosenki przecudownej Florence Welch (Cosmic Love). Jest adekwatny jak nic innego na świecie.