Przeczytane w styczniu 2017

W styczniu miałam na głowie kilka spraw, niemniej jednak udało mi się przeczytać całkiem sporo rzeczy. Postanowiłam, że w 2017 roku uda mi się po raz pierwszy od kilku lat przełamać liczbę stu przeczytanych książek/komiksów i muszę przyznać, że w ubiegłym miesiącu szło mi to całkiem nieźle. Zresztą, sami zobaczcie.

Zdjęcie w nagłówku jest podsumowaniem tego, co uskuteczniałam przez cały styczeń – planowanie, porządkowanie, zapisywanie, okiełznywanie kalendarza. Dużo, dużo pisania.

Jest to trzecie podsumowanie czytelnicze na blogu, poprzednie znajdziecie tutaj i tutaj.

 

Przeczytane w styczniu 2017 (kolejność przypadkowa):

 

  • Andrzej Szczypiorski, Początek

Pierwsza książka w tym roku. Niecałe trzysta stron, które męczyłam ponad dwa tygodnie. Maksimum treści w minimalnej liczbie słów. Moim zdaniem jedna z najważniejszych pozycji o Holokauście, napisana przez polskiego pisarza.

Nie będę się rozpisywać, o czym to jest i jakie mam w związku z tym przemyślenia, powyższy akapit wystarczy. Powiem tak: jeżeli ktoś interesuje się literackim przedstawieniem Warszawy w czasie drugiej wojny światowej z uwzględnieniem jej żydowskich mieszkańców to koniecznie musi sięgnąć po Początek. Nie ma innej opcji, nieprzeczytanie tego według mnie byłoby u takich osób poważnym zaniedbaniem.

Swoją drogą wiedzieliście, że na początku lat dziewięćdziesiątych Początek był na liście lektur szkolnych? Dowiedziałam się o tym tuż po skończeniu tej książki.

 

  • Marek Krajewski, Widma w mieście Breslau

Zbiorczy wpis o żydowskich wątkach tutaj.

Moja opinia w telegraficznym skrócie: warto, naprawdę warto. Bardzo się cieszę, że nie zaczęłam od Śmierci w Breslau (opinia za chwilę), tylko sięgnęłam po Widma… właśnie.

Nie zrobię Wam tego, nie napiszę o fabule. Spróbujcie, nie pożałujecie.

  • Marek Krajewski, Dżuma w Breslau

Zbiorczy wpis o żydowskich wątkach tutaj.

Moja opinia? Ojej, jakie to dobre. #blogerskiprofesjonalizm Dość powiedzieć, że przeczytałam to w jeden dzień i po skończeniu marudziłam, że chcę więcej.

 

  • Marek Krajewski, Śmierć w Breslau 

Zbiorczy wpis o żydowskich wątkach tutaj.

Moja opinia? Oj, po dobrych Widmach… i świetnej Dżumie w Breslau przyszło mi zmierzyć się z brutalną rzeczywistością pod postacią pierwszego tomu cyklu o Mocku. Który (tom, nie Mock) jest… Moim zdaniem zniechęcający do sięgnięcia po inne powieści o Breslau. Gdybym zaczęła od Śmierci właśnie, nie przeczytalibyście moich wynurzeń na temat innych książek Krajewskiego, zwyczajnie bym po nie nie sięgnęła i tyle.

Fragment mojej wypowiedzi na Lubimy Czytać mówi sam za siebie:

Widać, oj, widać, że to albo pierwsze dzieło, albo jedno z pierwszych w dorobku pisarza. Czuć to zarówno po stylu, jak i po tym, że bohaterowie wyglądają na wyciętych z papieru. Mając w pamięci poczynania Mocka z innych powieści, nie mogłam uwierzyć w to, że czytam coś o Mocku właśnie. Mock ze „Śmierci w Breslau” jest postacią do bólu sztuczną, dziwnie się zachowującą. Parafrazując klasykę polskiej kinematografii – to jakaś popierdółka, a nie Mock.
Pomysł na historię nie jest zły, aczkolwiek mi osobiście totalnie nie pasuje do tego, co autor zapodał w pozostałych częściach cyklu.
Inni bohaterowie – masakra. Nie mam słów.

Można przeczytać, aczkolwiek nie trzeba. Myślę, że nie jest to zła książka, w porównaniu jednak z innymi tomami cyklu wypada słabiutko.

 

  • Joann Sfar, Kot Rabina. Mar Micwa

Wreszcie się zmotywowałam i przeczytałam za jednym posiedzeniem dwa pierwsze zeszyty z serii o Kocie Rabina. Zachwalano mi ten komiks od lat. Z początku myślałam (jeszcze zanim go otworzyłam!), że pewnie będzie lekki, łatwy, przyjemny i przystępny dla wszystkich…

Ekhm… To zdecydowanie nie jest komiks dla dzieci! Co nie znaczy, że jest zły. Przeczytajcie, a sami zrozumiecie 😉

Kreska jest dość specyficzna i nie każdemu musi się spodobać, ja jednak szybko się do niej przyzwyczaiłam (chociaż miejscami projekt postaci Kota niespecjalnie mi się podobał). Natomiast historia skradła mi serce – Kot, który umie mówić i chce mieć swoją bar micwę… Cudo.

Filmu jeszcze nie widziałam, ale zamierzam to nadrobić w najbliższej przyszłości.

 

  • Joann Sfar, Kot Rabina. Malka Lwi Król

Drugi zeszyt o Kocie Rabina podobał mi się bardziej, być może ze względu na to, że pojawia się tam postać Malki Lwiego Króla – kuzyna Rabina, właściciela Kota. Strasznie mi się ten człowiek spodobał 🙂

Generalnie to polecam czytać te komiksy albo wszystkie za jednym zamachem, albo w krótkich odstępach czasowych.

 

  • Marek Krajewski, Głowa Minotaura

Z rozpędu przy czytaniu powieści z cyklu o Breslau rzuciłam się także na pierwszy tom serii o Edwardzie Popielskim, polskim komisarzu działającym we Lwowie. Poniekąd jest to także powieść o Eberhardzie Mocku i o polsko-niemieckiej kooperacji na terenie Lwowa właśnie.

Głowa Minotaura, z racji miejsca akcji, nie znalazła się w moim wpisie o żydowskich wątkach w powieściach o Mocku, aczkolwiek muszę powiedzieć, że gdybym mogła, to wcisnęłabym ją do tego tekstu na siłę, by po prostu móc o niej więcej napisać. Czytało mi się ją tak dobrze, że aż żal serce ścisnął, jak ją skończyłam. Dzięki tej książce – mimo już zakupionych biletów na Ecolines – zapałałam jeszcze większą i momentami nieokiełznaną chęcią wyjazdu do Lwowa, myśląc, że teraz to nic nie może mi stanąć na przeszkodzie, bym to miasto zwiedziła.

I nie chodzi nawet o polskość Lwowa i okolic. Krajewskiemu udało się stworzyć tak wyrazistą i plastyczną historię, że nie sposób się nią nie zachwycić. Obrałam sobie za punkt honoru zebranie wszystkich tomów cyklu o Popielskim, by móc jeszcze poobcować z tym jednocześnie pięknym i pełnym zepsucia Lwowem.

Koniecznie przeczytajcie. Głowa Minotaura otrzymuje Czechożydkowy atest zajebistości™.

 

  • Marek Krajewski, Mock

Ostatnia powieść Krajewskiego o Eberhardzie Mocku niestety nie przypadła mi do gustu (a szkoda, wiązałam z nią wielkie nadzieje). Główny bohater był trochę jak Mock w Śmierci w Breslau – dziwny, niedorobiony, papierowy, bez charakteru. W moim przypadku była to lektura całkowicie niepotrzebna. Nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Ale pamiętajmy, może się nie znam, bo czytam mało kryminałów.

 

  • Wiesław Łuka, Nie oświadczam się

Z tą książką miałam ciekawą przygodę – została mi ona polecona któregoś dnia rano, wieczorem zaś zauważyłam ją na imprezie u znajomej. Taki zbieg okoliczności. Niewiele myśląc pożyczyłam ją i dość szybko przeczytałam.

Powiem tak: moim zdaniem ten reportaż jest bardzo wartościową pozycją, zwłaszcza w dyskusji na temat kary śmierci w Polsce. Łuka pokazuje, że wydanie jakiegokolwiek drastycznego wyroku (a tym bardziej tego najwyższego) absolutnie nie jest sprawą prostą. A co za tym idzie – sprawą, w której można mieć jasno określony pogląd bez znajomości chociaż jednego procesu.

Lektura obowiązkowa.

 

 

Zdjęcie w nagłówku: Death to Stock