Szarość oznacza śmierć – o „Powidokach” Andrzeja Wajdy

Kto z Was nie widział jeszcze Powidoków, niech zamknie przeglądarkę i idzie oglądać. Albo robi coś innego, a nie czyta tekst ze spoilerami. Tak, trochę spoilerów będzie. Nie uświadczycie tu jednak wnikliwej analizy filmu, jak został on zrobiony, jak bardzo drętwe (lub nie) są dialogi, nie przeczytacie także o grze aktorskiej*… O tym na innych krańcach Internetu.

*za wyjątkiem tego, co zrobił Bogusław Linda. Oj, chciałam go zobaczyć w takiej roli, chciałam. Nikt inny nie byłby bardziej autentyczny od niego.

***

Jako temat swojego najnowszego (i zarazem ostatniego, ale kto by to mógł przewidzieć) filmu Andrzej Wajda wybrał postać i ostatnie lata Władysława Strzemińskiego, malarza i pedagoga, wykładowcy w Państwowej Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych. Strzemiński od momentu zakończenia drugiej wojny światowej do końca swojego życia nie zgadzał się na bycie częścią nowonastałego porządku socjalistycznego, a co za tym idzie – socrealizmu. Przy wyborze takiej postawy mogą być tylko tragiczne konsekwencje.

Skoro jest to film o malarzu, to porozmawiajmy o kolorach.

Świat ludzi szczęśliwych jest światem kolorowym. Różnorodnym. Szczęście dla każdego człowieka oznacza coś innego – niektórym kojarzy się ono z posiadaniem potomstwa, innym z podróżami, czynieniem dobra, spokojem, wolnością. Nie wiem, jak Wam, ale mi te wszystkie sprawy kojarzą się z kolorami – każda z nich jest wyjątkowa, barwna, inna. Kolory w otoczeniu mogą sprawić, że człowiekowi poprawi się nastrój, że na przykład przestanie się smucić. Takie rzeczy się dzieją.

Niestety, zdarzają się takie sytuacje, kiedy kolory znikają. Albo blakną i przechodzą w inne, mało intensywne, pozbawione radości, albo są brutalnie usuwane z przestrzeni i zastępowane innymi. Co niekoniecznie musi nieść ze sobą dobre rzeczy.

Usunięcie kolorów ma miejsce w tym filmie. Miało miejsce w rzeczywistości, w powojennej Polsce, nie tak dawno temu.

Pstrokatą paletę barw zastąpiono tylko dwoma – ostrą komunistyczną czerwienią i szarością. Jakiekolwiek próby przywrócenia poprzedniego porządku, wyróżnienia się, traktowano jako zdradę i karano wykluczeniem. Sztuka powoli przestawała być tym, czym była przed wojną.

Jednostki, które chciały wytrwać przy kolorach, umożliwić innym korzystanie z nich, przy trwaniu przy swoim były skazane na klęskę i wykluczenie. Taki też los spotkał Strzemińskiego.

Komuniści, wprowadzając ideę socrealizmu, mieli na celu przede wszystkim jedną rzecz – utworzenie z narodu masy ludzi myślących tak samo i wyglądających tak samo. W tym celu opanowali prasę, zwalczali buntujących się literatów (vide: Dziennik 1954 Tyrmanda), spychali artystów poza granice społeczeństwa. Nie mogąc zesłać ich na Sybir, wybierali inną metodę – powolną eliminację poprzed odcinanie od środków do życia i innych ludzi. By buntownicy znikli.

Reżim zmienił nie tylko ludzi, ale także przestrzeń do życia: całe miasta poszarzały, miejscami pokrywając się czerwienią.

Czy w miejscu, gdzie panuje szarość, urozmaicona czerwonymi, propagandowymi plamami, można odczuwać szczęście i po prostu być szczęśliwym? Moim zdaniem nie.

Czy można długo żyć w szarości? Można. Dla części oznacza ona długie, pozbawione szczęścia życie. Innych zaś szarość zabija.

Odbierając kolory, odbiera się wolność. Bardziej opornym jednostkom odbiera się prawo do godnego życia i godnej śmierci.

Albo jesteś z nami, albo jesteś przeciwko nam. W drugim przypadku zginiesz, a wraz z Tobą zginie pamięć o Tobie.

***

Zapewne zastanawiacie się, co tekst o filmie Wajdy, gdzie nie ma ani czeskich, ani żydowskich (oh, wait, jest jeden, pojawia się postać Róży, byłej studentki Strzemińskiego) wątków. Czy teraz Czechożydek będzie archiwum dziwnych przemyśleń Nowa… eee… Prószyńskiej?

Pozwólcie, że o czymś Wam opowiem.

Otóż kilka dni temu rozmawiałam z przyjacielem na temat tego, jak bardzo ważną rzeczą są pamiątki po Żydach zamordowanych w czasie Holokaustu. Rozmowa toczyła się wokół znaleziska z terenu po Sobiborze (o wisiorku przeczytacie tutaj – artykuł w języku angielskim).

Wtedy też tłumaczyłam, czemu odnalezienie tego przedmiotu jest ważne – za jego pomocą bowiem można częściowo odwrócić proces dehumanizacji, który miał miejsce w czasie wojny.

Bo zobaczcie: na początku wojny Żydom zaczęto odbierać rozmaite prawa i przywileje. Były to kwestie mocno utrudniające życie, jak zakaz wchodzenia do sklepów, parków czy jazdy na rowerze. Potem ludność żydowską zaczęto umieszczać w gettach, pozbawiając ich nie dość, że majątku (nieruchomego i ruchomego), to jeszcze prywatności, możliwości decydowania o sobie i swoim losie. Jaki był kolejny etap, wiecie – bieda, utrata rzeczy materialnych, bardzo często też członków rodziny, następnie wywózka do obozu i albo śmierć w komorze gazowej, albo praca przymusowa, w wielu przypadkach prowadząca do śmierci. Ofiary Holokaustu, których udziałem stał się powyższy schemat, powoli traciły w oczach panującego reżimu status bycia człowiekiem. Ci ludzie mieli zostać wymazani z powierzchni ziemi i historii. Zdaję sobie sprawę z tego, że uogólniam, ale tak to najczęściej mniej wiecej wyglądało.

I teraz wyobraźcie sobie, jak coraz to bardziej opadała mi szczęka podczas seansu. Nie da się nie widzieć korelacji między tym, co przytoczyłam wyżej, a tym, co nakręcił Wajda. To był tylko inny reżim, który stosował inne metody.

Jeżeli ciekawi jesteście mojej opinii i tego, czy moim zdaniem warto na to iść do kina – warto. Czytałam wiele niepochlebnych recenzji, ich autorzy czepiają się rozmiatych drobiazgów, które uważam za nieważne, ponieważ przesłanie filmu przebija ponad nie. To potrzebne dzieło, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.

I jeszcze jedno.

Dla śmierci nieważne jest pochodzenie, rasa, kolor skóry czy poglądy polityczne. Kiedyś nadejdzie kres każdego. Pytanie tylko, czy przed śmiercią człowiek będzie widział wokół siebie kolory, czy jego światem rządzić będzie szarość.

 

 

Obrazek z nagłówka pochodzi ze strony moviesroom.pl

  • Piekielna Strona Popkultury

    Tak bardzo się z tobą zgadzam. Ja osobiście uważam, zupełnie inaczej, niż Sfilmowani, że film mimo wszystko jest dobry w swojej formie. Jest dobry, chociaż scenariusz leży.
    Wydaje mi się, że potęga „powidoków” tkwi w tym, ile serca reżyser w nie włożył. I kolorów.

    • Czechożydek

      Właśnie też mam takie wrażenie – że siła tego filmu tkwi w tym, ile serca i wysiłku włożył w to Wajda.