Rzeczy, które można robić w Rydze.

W ramach wspominania lata (tak, mi też załączyło się w tej chwili Tyle słońca w całym mieście) przeglądam zdjęcia z kilkudniowego wypadu do Rygi.

Ryga jest moim ubiegłorocznym odkryciem. Powiem szczerze, myślałam, że ze wszystkich miast ujrzanych w czasie przemierzania Litwy i Łotwy najbardziej spodoba mi się Wilno – cóż, wystarczyła godzina spędzona w Rydze, bym dała skraść sobie serce. Stolica Litwy owszem, przypadła mi do gustu, ale Ryga, ach, Ryga!

Na pewno wrócę tam wiele, wiele razy. Zresztą doszłam do wniosku, że Łotwa jako kraj ma mi więcej do zaoferowania, niż Litwa. Sorry.

Wpis miał ukazać się sporo, sporo wcześniej, ale jakiekolwiek próby przycupnięcia przed laptopem w celu spisania moich wrażeń spełzały na panewce. Musiała przyjść zima, a wraz z nią tęsknota za spacerami po ryskiej starówce i mostach na Dźwinie.

Dlatego też zapodaję Wam garść podpowiedzi, co można robić w Rydze. Wiecie, na wypadek, gdybyście tam zawędrowali.

 

Otóż w Rydze można… 

 

  • spacerować

A jest gdzie i po czym. Nie pamiętam, kiedy ostatnio widziałam tak ładne parki, jak te w Rydze (pomijając Stadtpark w Wiedniu, który wygrywa internety). Poza tym umówmy się, Stare Miasto jest prześliczne – zadbane, kolorowe, przede wszystkim bezpieczne. Nie odważyłabym się wałęsać się po warszawskim rynku po północy*, Ryga natomiast pod tym względem absolutnie nie jest przerażającym i nieprzystępnym miastem. Czułam się tam bardzo bezpiecznie.

*ale po Placu Zamkowym już tak 😉

 

  • robić zdjęcia

W tym miejscu jestem zmuszona przytoczyć swój ryski przypał, który miał miejsce bodajże drugiego dnia pobytu w tym cudnym mieście. Otóż ja, niżej podpisany Czechożydek, miałam w swoich łapkach lustrzankę. Po raz pierwszy od… Cholera wie, ilu lat. Co za tym idzie: nie bardzo wiedziałam, jak takim aparatem robić zdjęcia. Niestety dość późno, bo po paru godzinach okazało się, że nie zrobiłam ani jednego zdjęcia… Pojęcia nie macie, jak mi było głupio. Na szczęście wiele lokalizacji mogłam odwiedzić i ofocić ponownie. Ufff.

Ryga jest niezwykle fotogenicznym miastem, właściwie co krok w centralnej części można znaleźć miejsca do naprawdę świetnych zdjęć. W tym do sesji ślubnych.

 

  • śpiewać na całe gardło

Śpiewać każdy może, w tym niżej podpisany Czechożydek, który śpiewa często i z umiłowaniem (tak, otoczenie cierpi). W Rydze przerobiłam podczas szwendania się (to już nie miało charakteru zwiedzania ^^) sporą część znanego mi musicalowego repertuaru. Nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Wszyscy mieli wywalone. Serio. Do dziś zachodzę w głowę, jak jest to możliwe.

 

  • zwiedzać i odnaleźć polskie akcenty

Jeżeli nie czujecie się na siłach szukać na własną rękę miejsc związanych z naszym pięknym krajem, skorzystajcie z usług przewodnika. Zdziwicie się, ile tak oddalone miasto ma wspólnego z Polską.

 

  • znaleźć mniejszy Pałac Kultury i Nauki

Wygląda on tak.

  • jeść dobre rzeczy

Nie warto stołować się w fastfoodach, będąc w Rydze. Tamtejsze knajpy serwują naprawdę dobre jedzenie za rozsądną cenę.

 

  • nabywać drogą kupna przepyszne słodycze

Nie zrażajcie się cenami w euro i kupujcie jak najwięcej słodyczy. Moim niedawnym odkryciem jest nadmuchiwana gorzka czekolada (widzieliście coś takiego w Polsce? Ja nie) – następnym razem wykupię cały zapas w pierwszym napotkanym ryskim sklepie.

 

  • wsiąść w pociąg jadący nad morze

Wygląda to tak: stwierdzacie, że macie dość łażenia po mieście i że chcecie pomoczyć nogi w Bałtyku. Wsiadacie w pociąg jadący w kierunku Jurmały (śmiem twierdzić, iż jest to taki łotewski Sopot, ceny domów są zresztą porównywalne), uprzednio płacąc niewiele ponad euro za bilet. Pół godziny, wysiadacie, idziecie tak z dwadzieścia minut szybkim spacerkiem i jesteście na plaży. Bajka, mówię Wam.

Sama trafiłam na dobrą pogodę. Domyślacie się, jak to się mogło skończyć – nie wychodziłam z morza przez chyba dwie godziny. #czechożydekmorski

W Wilnie powtórzyłam moczenie nóg w wodzie, nie w morzu jednak, a w rzeczce o cudnej nazwie Wilejka. Nie da się tego jednak porównać z Bałtykiem.

 

  • iść do opery za śmieszne pieniądze

Bilety kosztują kilka euro. Boję się sprawdzić, ile u nas się płaci…

 

  • poczuć klimat wielojęzycznego miasta

W Rydze usłyszeć można przede wszystkim dwa języki – łotewski i rosyjski. Ze znajomością angielskiego wśród tubylców bywa różnie, niemniej jednak nie mogłam narzekać na niezrozumienie mojej osoby. Miałam okazję porozmawiać parę razy po polsku, co było dla mnie bardzo ważnym i znaczącym przeżyciem, o tym jednak opowiem przy innej okazji.

 

  • wypić dobrą kawę i zjeść dobre ciastko

Nie bójcie się chodzić do cukierni, której w swojej ofercie mają też kawę. Napój i ciastko wychodzą po tyle, ile u nas większa kawa w Starbucksie.

 

  • jeść wszystko poza fastfoodami

Z fastfoodami w Rydze jest taka historia, że… praktycznie ich nie ma. Owszem, raz zjadłam kolację w Macu, ale to była wyjątkowa sytuacja.

 

  • zachwycać się

Wszyscy wiemy, że jaram się pierdołami, ale większość mojego pobytu w Rydze związana była z nieustannym szczękospadem. Uwielbiam to miasto! <3

Jeżeli chodzi o ogólnożydowskie sprawy to w Rydze można:

  • iść do synagogi

Jest to jedyna czynna synagoga w mieście (Peitav shul, Peitavas iela 6/8). Wstęp dla osoby dorosłej bez zniżek w sierpniu wynosił trzy euro (później byłam tęgo zaskoczona w Wilnie, bo tam wejście było darmowe, aczkolwiek datki były mile widziane), w cenie jest zwiedzanie głównej sali i (jak się poprosi) wizyta w salce znajdującej się piętro niżej (czyli, że tak to ujmę, na poziomie -1).

Generalnie to albo podejście do turystów jest niezbyt przystępne, albo po prostu miałam pecha. Osoba sprzedająca bilety nie mówiła po angielsku (albo udawała, że nie mówi), na moje pytanie odnośnie zdjęć stwierdziła, że no no no, ale jak pytanie zostało powtórzone po rosyjsku, to pokiwała, że można. To ja już nie wiem xD

Szału nie ma, ale warto tam zajrzeć, zwłaszcza, że synagoga jest parę lat po remoncie i ładnie wygląda.

 

  • zwiedzić miejsce, o którego istnieniu mało kto wie

Mowa o Jānis Lipke Memorial (8 Mazais Balasta dambis, Ryga), muzeum-miejscu pamięci poświęconym Jānisowi i Johannie Lipke, łotewskim Sprawiedliwym wśród Narodów Świata. Muzeum to znajduje się blisko terenu, gdzie Lipke ukrywał uciekinierów z ryskiego getta; nie była to zresztą jedyna kryjówka. Szacuje się, że dzięki bohaterskiej postawie małżeństwa Lipke ocalało około sześćdziesięciu osób. Myślicie, że to mało? Nie na łotewskie warunki.

Jānis Lipke Memorial to obowiązkowy punkt na trasie każdej osoby interesującej się historią Żydów, z uwzględnieniem czasów Zagłady. Moim skromnym zdaniem dobrze by było ułatwić zwiedzającym drogę do muzeum – niby jest ona prosta, aczkolwiek niewielkie drogowskazy niezbyt pomagają w odnalezieniu tej placówki.

Mogłabym pisać o tym miejscu godzinami, zamiast tego jednak podrzucę Wam garść linków, byście mogli zobaczyć, jak kultywowana jest pamięć o tym niezwykłym człowieku i jego żonie.

Oficjalna strona muzeum

Fanpage na Facebooku

Kanał na Twitterze

 

  • pojechać na cmentarz

Nowy cmentarz żydowski (Lizuma iela 4) jest nekropolią niezwykłą pod tym względem, że jest zupełnie inna niż cmentarze, które widziałam w Polsce. Przede wszystkim jest to nekropolia bardzo, ale to bardzo przypominająca zwyczajne, współczesne miejsca pochówku. Warto jednak wybrać się tam na co najmniej dwugodzinny spacer, by porównać wygląd polskich i łotewskich nagrobków. Mówię Wam, miałam co badać! Raz, że wśród inskrypcji przeważają pisane cyrylicą, dwa, na wielu współczesnych grobach odnalazłam zdjęcia osób tam pochowanych (nie porcelanki, wyryte w kamieniu). Poza tym nie jest to cmentarz stricte łotewski! Co i rusz trafiałam na nagrobki litwaków, znalazły się ze dwa polskie, cała masa rosyjskich…

Serio, polecam, to świetne pole badań dla kulturoznawców.

 

  • poczuć się jak archeolog i chodzić po ruinach jednej z ryskich synagog

Mam na myśli pozostałości po Synagodze Chóralnej (Gogoļa iela 25), zachowane jako tzw. trwała ruina. To, co zachowało się do naszych czasów, jest zaledwie fragmentem fundamentów, świątynia zajmowała o wiele większy obszar (została ona spalona przez nazistów czwartego lipca 1941 roku). Tuż obok znajduje się pomnik upamiętniający łotewskich Sprawiedliwych wśród Narodów Świata.

Obok synagogi Peitav i Jānis Lipke Memorial jest to kolejne obowiązkowe miejsce na mapie żydowskiej Rygi. Serio, być w Rydze i nie widzieć tego miejsca to jak nic nie widzieć.

A skoro już przy tematyce holokaustowej jesteśmy, to w Rydze też można

 

  • pojechać do miejsca, gdzie znajdował się obóz koncentracyjny

Salaspils oddalone jest o niecałe dwadzieścia kilometrów od Rygi. W lesie znajdują się pozostałości po nazistowskim obozie koncentracyjnym.

Areał obozu nie jest ogrodzony, aczkolwiek znajduje się tak daleko od ludzkich siedzib, więc raczej żadna dewastacja mu nie szkodzi.

Osobiście na mnie największe wrażenie zrobiły gigantyczne pomniki przedstawiające postaci ludzkie; na zdjęciu na początku tej części wpisu możecie zobaczyć jedną z nich, mianowicie „Solidarnych”. Muszę Wam powiedzieć, że czuła się przy tym naprawdę malutka – dosłownie i w przenośni.

 

  • odwiedzić Miejsce Pamięci w Rumbuli (odkładam na następny raz)

Autobus jadący w kierunku Salaspils zatrzymuje się po jakichś dwunastu kilometrach przy przystanku Rumbula. Niedaleko małej stacji kolejowej o tej samej nazwie znajduje się miejsce masowego mordu na ludności żydowskiej, który miał miejsce pod koniec 1941 roku.

Z przyczyn różnych nie dałam rady tam pojechać, niemniej jednak obiecałam sobie, że będzie to jeden z moich priorytetów podczas kolejnej podróży na Łotwę.

Oczywiście, pamiętajmy, iż nie każdy jest mną i nie każdy musi chcieć jeździć w tego typu miejsca. Niemniej jednak uznałam za istotne o nich wspomnieć w kilku zdaniach.

***

Sami widzicie – w Rydze można robić naprawdę dużo rzeczy.

Podczas powstawania tego tekstu mój mąż Jakub stwierdził, iż w Rydze można robić coś jeszcze. Mianowicie opierdzielać się. I w sumie ma sporo racji. Czyż istnieje bowiem miasto bardziej przyjazne odpoczynkowi, niż Ryga?

Nie znalazłam lepszego.

Większość zdjęć: Daniels Gratkovskis; nieudolny selfiacz w Bałtyku: moja skromna osoba