Jaki był rok 2016?

Wpis ten zaczęłam tworzyć już szóstego stycznia 2016, powalona poziomem absurdu w drugim tomie Pomnika cesarzowej Achai Andrzeja Ziemiańskiego.

Od paru lat staram się pod koniec roku wymieniać chociaż jeden tytuł książki, której szczerze nie polecam. Tak dla potomnych. I tego czegoś szczerze nie polecam. Fuj.

***

Być może moje podsumowanie minionego roku czytacie jako jedno z ostatnich, setne z kolei, nie wiem. Zauważyłam, że tego typu teksty reasumujące czyjeś dokonania lub dowolną rzecz, która miała miejsce w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy, zaczęły się pojawiać w moim newsfeedzie na Faceboooku już w połowie grudnia. A przecież rok trwał. Wyznaję zasadę, że najlepiej podsumowuje się coś, co już się skończyło. Dlatego też pozostawiłam zbieranie do kupy swoich przeżyć i przemyśleń na początek stycznia.

Rok 2016 był dla mnie czasem niezwykłym – pierwszy rok bez studiów, pisania pracy magisterskiej, bez przygotowań do ślubu. Słowem: rok po wszystkim. Rok, w którym powinnam osiągnąć wyczekiwany przeze mnie stan zen o nazwie Święty spokój. I tak po części było.

Wpis okrasiłam zdjęciami mojej osoby, które najbardziej przypadły mi do gustu. 🙂 Zobaczmy, co się u mnie wydarzyło.

 


Czechożydek – mroczny wędrowiec przemierzający ulice Glasgow. A tak naprawdę idący po chrupki do Tesco.
(fot. Jakub Prószyński)

Przede wszystkim – obyło się bez tragedii. W styczniu bowiem dostałam w twarz diagnozą – dwa guzki w piersi. Na moje i reszty otoczenia szczęście okazało się, że mam najmniej groźną rzecz na świecie i jeszcze przez najbliższe kilkadziesiąt lat będę mogła spokojnie wkurzać społeczeństwo swoją osobą.

Do tego powróciły problemy na tle padaczkowym, ale machnęłam na nie ręką – po zażyciu pierwszej dawki leków, oczywiście. Jakoś to będzie, pomyślałam; nie mam raka, to jest dla mnie najważniejsze*. Czuję się dobrze, gadam, latam, pełny serwis. Nie w głowie mi chorowanie.

Niektórzy z Was znają mnie i wiedzą, że na przestrzeni całego swojego krótkiego życia borykałam się z różnymi problemami na tle zdrowotnym. Dbam o siebie. Czas najwyższy. Jak mam przeżyć te sto lat, które sobie wymyśliłam, to muszę mieć ciało w dobrym stanie, prawda?

*może moje słowa brzmią jak banał i olewanie sprawy, ale wolę to, niż pozwolić sobie na dramatyzowanie, jak sami wiecie, mam do niego skłonności. Przeszłam przez wszystkie możliwe stany emocjonalne podczas diagnozowania, co to dokładnie jest, nie chcę do tego wracać. Jeszcze nie teraz. 


Czechożydek na spotkaniu z historią. Cmentarz żydowski w Łodzi
(fot. Agnieszka Wasilonek)

Moje małżeństwo trwa. Nie rozpadło się. Kuba jeszcze nie spakował walizek i nie uciekł w popłochu. Daliśmy radę rok, damy radę może kilka następnych. 😉 A na poważnie – małżeństwo zmienia ludzi, ale głównie tych, co na Ciebie patrzą. Owszem, czuję, że nasza relacja ma teraz inny, bardziej pewny charakter, ale czy takie poczucie nie przyszłoby z biegiem czasu?

Jako mężatka z ponadrocznym stażem mówię – kochajcie się. I nie strzelajcie fochów bez wyraźnych powodów.  Bo po co.

Fajniej jest wrócić po pracy i obejrzeć z mężem serial,  niż się sprzeczać o pierdoły, bo coś tam. #czechożydekdoradcawsprawachmiłosnych

Z innej beczki – nasza dwuosobowa rodzina powiększyła się w lipcu o kolejnego członka. Herbi ma dziesięć lat i do niedawna był mieszkańcem schroniska na Paluchu; szczęśliwie zainteresowała się nim dwójka mocno nienormalnych ludzi… Na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy Herbisław nie dość, że nas pokochał (z wzajemnością!), to jeszcze podbił serca większości naszych znajomych. Wcale się temu nie dziwię!

O adopcji Herbiego powstanie osobny wpis.

 


Rodzina Prószyńskich w komplecie.
(fot. Jakub Prószyński)

Tradycyjnie, musi się tutaj znaleźć podsumowanie czytelnicze. Muszę powiedzieć, że szału nie ma, ale jest zdecydowanie lepiej – w ubiegłym roku zaczęłam 76 książek, przy czym nie skończyłam tylko jednej!

Jeżeli chodzi o bardziej szczegółową statystykę to w 2016 roku zapoznałam się z trzema stricte Czechożydkowymi powieściami, mogę się pochwalić znajomością kolejnych sześciu czeskich tytułów (powyższych nie wliczam, bo to osobna kategoria!), natomiast – tu chyba nie zadziwię nikogo – świat może czuć się zagrożony, ponieważ jestem w stanie trajkotać o treści aż trzydziestu dwóch nowych dla mnie pozycji jakkolwiek związanych z historią i kulturą żydowską.

Trochę mało. /powiedziała Dorota, zerkając na zawaloną książkami szafkę/

 


Czarny Protest pod Sejmem. (fot. Krzysztof Wasilonek)

Moje niewiele lepsze od zeszłorocznego, ale nadal słabe czytelnictwo jest spowodowane prawdopodobnie tym, że w ubiegłym roku bardzo dużo podróżowałam. Co ja gadam – pobiłam wszelkie swoje podróżnicze rekordy! Nie dość, że zaliczyłam trzy nowe kraje (przy poprzednim pobycie w… też trzech – Polsce, Czechach i Wielkiej Brytanii), to jeszcze odbyłam aż osiem podróży samolotem, co w moim przypadku jest olbrzymim wyczynem. Nigdy wcześniej nie spędziłam tyle czasu w drodze, co w 2016 roku.

Z nowych miast odwiedziłam rekordową dla mnie liczbę, bo aż dziesięć – kolejno Białystok, Tykocin, Brno, Ochoz u Brna, Pilzno, Ryga, Jurmała, Wilno, Chwaszczyno i Wiedeń. Wow! Do tej pory nie mogę w to uwierzyć. Dodatkowo dwa razy zaliczyłam Pragę (raz na urodziny, drugi raz z Jakubem), także dwa razy było mi dane zobaczyć Łódź (zwiedziłam cmentarz żydowski z przyjaciółkami i wydziarałam sobie rękaw na Łódź Tattoo Konwent), wraz z Agatą spróbowałam odczarować złą sławę Radomia, zaciągnęłam Kubę na weekend do Kazimierza Dolnego (to miejsce traktuję jako kolejne nowe miasto, mimo, iż raz tam byłam jako dziecko), po drodze do Chwaszczyna na ślub znajomych zahaczyłam o Gdańsk… Ostatnim moim wyczynem na tle wyjazdowym był kilkudniowy wypad do Glasgow i Edynburga. Tęskniłam za Szkocją 🙂

Miniony rok był dla mnie przełomowy nie tylko pod względem bitych rekordów. To pierwszy rok, kiedy odważyłam się pojechać gdzieś na kilka dni sama. Bez znajomych, bez Kuby, sama. Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić, jak bardzo się bałam, wsiadając do autokaru jadącego w kierunku Białegostoku. Przeżyłam! Podobnie, jak przeżyłam pobyt w Wilnie i samotne jednodniowe zwiedzanie Wiednia, wliczając dojazd na lotnisko. Teraz nie wyobrażam sobie nieodbycia w roku chociaż trzech, czterech samotnych podróży. Wciągnęło mnie to. Chodzę, gdzie chcę, robię, co chcę, jem, co chcę… Coś wspaniałego!

Jako prezent urodzinowy kupiłam sobie bilety do Lwowa. Pod koniec stycznia pierwszy raz w życiu jadę na Ukrainę! /wielkie niepojęte szczęście/

 


Morawski kras i warszawskie paskudztwo. (fot. Daniels Gratkovskis)

Rok 2016 był rokiem pełnym niespodzianek, ekscytacji, rozmaitych wzlotów i upadków. Czuję się silniejsza, chociaż może nie wyglądam – psychicznie na pewno. Był to rok pełen swobody, szaleństwa, ale także poważnych decyzji, których nie żałuję.

Żeby nie było za wesoło – był to także rok, kiedy co najmniej kilkanaście razy nie czułam się bezpiecznie we własnym kraju. Jako obywatelka i kobieta. By to podsumowanie nie stało się zbyt upolitycznione – wszystko, co mam do powiedzenia, znajdziecie na czarno-białym zdjęciu z odpowiednim podpisem. #czarnyprotesttrwa

A, last but not least – kupiłam sobie rower!!! Po tylu latach!

 


#czechożydekjeździ (fot. moja skromna osoba)

Plan na przyszłość – nie zbaczać z obranej ścieżki. Pisać więcej i częściej. Nie oglądać się na innych. Realizować pomysły, nie bać się, bo kto inny przeżyje za mnie życie. Dbać o siebie, by podczas przeżywania Czechożydkowych przygód nie paść na ryj z wycieńczenia organizmu.

A postanowienia?

W tamtym roku nie wyszło mi żadne. Nie zrealizowałam nic, co zaplanowałam – no, poza tym, że rok 2016 miał być bardziej ekscytujący. Bo był, nie ukrywajmy.

W tym roku postanowiłam jedną, bardzo ważną dla mnie rzecz. Mam nadzieję, że uda mi się jej dotrzymać. Już spotykam się z pozytywnymi reakcjami.

Będę się częściej malować. Tusz, szminka, nic więcej. Tak po prostu, bez żadnego konkretnego powodu.

Autor zdjęcia w nagłówku: Daniels Gratkovskis