Witold Szabłowski, „Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia”

Od razu uprzedzam, moja opinia na temat tej książki może być mocno dziwna. Czytałam ją bowiem podczas robienia tatuażu na Łódź Tattoo Konwent. Nie wiem, co wywoływało wśród oglądających mnie większy szok – fakt, że robię sobie niekompletny rękaw, czy to, że czytam w trakcie zabiegu. Dziwność opinii może wynikać z tego, że człowiek w trakcie robienia tak dużego tatuażu nie jest do końca przytomny, organizm różnie reaguje. Także jakby co, zostaliście ostrzeżeni.

Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia mieli swoją premierę na początku września tego roku. Wcześniej Polska żyła filmem Wołyń (nie widziałam, w najbliższym czasie nie zamierzam, ale kiedyś na pewno obejrzę). Odkąd pamiętam, o rzezi wołyńskiej wspominało się rzadko, zaczęto o niej mówić jakoś w okolicach premiery Wołynia. Na równi z ciągle wałkowaną katastrofą (zamachem?) smoleńską postawiono nagle kwestię mordowania ludności polskiej przez Ukraińców w czasie drugiej wojny światowej. Dziwne zestawienie, nie powiem.

Pierwsza myśl, jaka mi się nasunęła, była: Czas najwyższy. Może wreszcie czegoś się na ten temat dowiem. Prawdę powiedziawszy temat Wołynia nigdy nie leżał w sferze moich zainteresowań, w swoich licznych samodzielnych badaniach nie zdążyłam do tego zagadnienia dotrzeć. Aż tu nagle pojawił się przede mną podany jak na srebrnej tacy – ciekawy, w postaci filmu i książki, kuszący, by po niego sięgnąć. Tak więc sięgnęłam, ale tylko po książkę.

Generalnie reportaż składa się z historii kilku ludzi pochodzących z Wołynia. Wszystkie te historie krążą wokół rzezi wołyńskiej, ale nie tylko niej – autor podchodzi do każdej z nich w sposób całościowy, nawiązując do wsi, z których pochodzi część bohaterów, do historii, losów powojennych, czasów współczesnych.

Cóż Wam mogę powiedzieć… Myślałam, że uda mi się podejść do Sprawiedliwych zdrajców jak do normalnego reportażu. Niestety, już po pierwszych kilkunastu stronach mój sposób przyswajania treści właśnie czytanej książki automatycznie przestawił się na tory pt. „Czytam kolejną publikację o Holokauście”. Z początku byłam trochę przerażona (mózgu, co ty robisz, przestań), by potem dostrzec pewną analogię. To jest schemat, moi drodzy. Zabijanie przedstawicieli jednej grupy narodowościowej przez przedstawicieli drugiej jest w pewnym stopniu schematyczne. Mamy konflikt, narastającą niechęć, podburzenie (albo i jego brak, zależy od okoliczności), aż wreszcie nastaje moment, kiedy ktoś rzuca hasło do mordu. Zbyt wiele razy zetknęłam się z czymś takim we wspomnieniach ocalałych z Holokaustu, gdzie sąsiedzi mordowali sąsiadów i prześladowali tych, co chcieli pomóc innym ocalić życie. Polaków spotkał los podobny do żydowskiego; ba, na Wołyniu w pewnym momencie płonęły stodoły z ludźmi…

Skoro o Żydach mowa: osobną część autor poświęca Zofiówce, wsi zwanej także Trochimbrodem. Przed wojną była to w prawie stu procentach żydowska wioska, większość jej mieszkańców została zamordowana przez nazistów i Ukraińców w sierpniu 1942 roku. Pojęcia nie macie, jak bardzo ucieszyło mnie uwzględnienie Trochimbrodu w tej publikacji. Zanim zabrałam się za czytanie bałam się, że Sprawiedliwi zdrajcy będą traktowali tylko o zabijaniu lub chronieniu Polaków, co byłoby bardzo wąskim podejściem do tematu. Tymczasem Wołyń był tyglem narodowościowym, gdzie Żydzi mieli swoje miejsce i wkład. Zagłada Zofiówki/Trochimbrodu różni się od innych miejsc kaźni tylko pobudkami do zabijania (ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej), czasem i pochodzeniem części katów. Autor raz, że w ogóle poruszył temat istnienia tej miejscowości, dwa, moim zdaniem potraktował go na równi z innymi opisywanymi przez siebie wsiami. Lektura dzięki temu zyskuje na wartości.

Jeżeli jesteście zainteresowani tematem Zofiówki/Trochimbrodu to gorąco polecam powieść Jonathana Safrana Foera pt. Wszystko jest iluminacją, jak również film Lieva Schreibera pod tym samym tytułem.

Generalnie to nie będę Wam opisywać szczegółowo wszystkich życiorysów, pokręconych losów itd. Bo moim zdaniem każdy powinien przyswoić losy bohaterów Sprawiedliwych zdrajców sam. Polecam Wam tę książkę z całego serca – nie zawiodłam się na niej, jest to publikacja wartościowa, warta chwili zastanowienia i – przede wszystkim – dyskusji. By taki Wołyń się już nigdy nie powtórzył.

Wpis powstał przy ścieżce dźwiękowej do filmu Wszystko jest iluminacją.

  • Z tą analogią do Holocaustu masz absolutną rację. Ja mieszkam w Rwandzie i gdy czytałam Szabłowskiego, to tak, jakbym czytała o tutejszym ludobójstwie. Tak, jak piszesz – mechanizm jest ten sam. Tutaj też ludzie płonęli żywcem, zamknięci w kościołach, tu też przez lata trwało podburzanie i podżeganie do przemocy, aż w końcu padło hasło „wybić karaluchy”… Przerażające, jak historia ciągle się powtarza…

    • Czechożydek

      O Rwandzie czytałam, dawno, bo dawno, ale „Dzisiaj narysujemy śmierć”. Słów na to nie mam. To była rzeź, miejscami chaotyczna i bezmyślna rzeź. Coś strasznego.