Przeczytane w listopadzie 2016

Czytam zrywami. Bywają tygodnie, że nie przeczytam ani jednej książki, po czym następuje miesiąc nadrabiania – jakby mój mózg potrzebował robić sobie raz na jakiś czas maratony.

Listopad był takim miesiącem, kiedy to przez długi czas zmagałam się z jedną powieścią, by potem ruszyć z kopyta. Dobra passa trwa, zobaczymy, czy się nie skończy przed styczniem. Podoba mi się ten stan, kiedy przestawiam książki na półce, zastanawiając się, którą z nich wezmę do ręki po tym, jak skończę poprzednią.

Zeszły miesiąc to także początek fazy na literaturę polską, zwykle przeze mnie zaniedbywaną.

Przeczytane w listopadzie 2016 (kolejność przypadkowa):

 

  • Mo Yan, Klan czerwonego sorga – wiele, wiele lat zbierałam się do innych powieści tego chińskiego noblisty. Na pierwszym roku studiów przeczytałam Obfite piersi, pełne biodra. Woziłam to tomiszcze wszędzie, gdzie się dało, nie zważając na to, że powieść została wydrukowana na bardzo dobrej jakości papierze, a co za tym idzie, jest ciężka jak diabli. Wsiąkłam i tyle. Tym razem było inaczej. Klan czerwonego sorga to opowieść o rodzinie, przez pryzmat której autor przedstawia przemiany historyczno-społeczne w Chinach. Niestety, jest tam dużo o działaniach wojennych i ludobójstwie; była to dla mnie ciężkostrawna lektura, aczkolwiek świetnie napisana.

 

  • Frances Hodgston Burnett, Tajemniczy ogród – w którymś momencie (gdzieś na początku miesiąca) miałam przesyt literatury o Holokauście i ludobójstwach (taaa, a potem sięgnęłam po Mo Yana…), potrzebowałam przeczytać coś lekkiego, łatwego i przyjemnego. Padło na jedną z moich ulubionych książek z dzieciństwa. Cóż, Tajemniczy ogród to klasyka sama w sobie, chyba nikomu nie muszę tego zachwalać. W moje ręce wpadła wersja elektroniczna z Wolnych Lektur, przy której miałam sporo refleksji na temat literatury dziecięcej i tego, jaka może być jej przyswajalność. Cóż, w przypadku tego konkretnego tłumaczenia współczesne dzieci z wczesnych klas szkoły podstawowej mogą mieć problem ze zrozumieniem niektórych rzeczy. Raz, że słownictwo zdążyło się zmienić, dwa, w dzisiejszych czasach niektóre realia mogą też być niezrozumiałe. Niemniej jednak dobrze było do tego wrócić.

 

  • Jerzy Putrament, Pół wieku. Literaci – o Chryste Panie, co to było. Ze dwa lata temu uratowałam swój egzemplarz przed pójściem na makulaturę (likwidacja antykwariatu), myśląc sobie O, Putrament, nigdy go nie czytałam, zobaczmy, może będzie fajnie. Cóż, nie było. Tego nie da się czytać. Już na wstępie czuć, że mamy do czynienia z twórcą mocno związanym z reżimem komunistycznym. Styl Putramenta jest momentami niestrawny, odrzucający, brnęłam przez te nieco ponad trzysta stron przez blisko dwa tygodnie. Nie, żeby Putrament przynudzał lub nie miał co opisywać w swoich wspomnieniach – jako człowiek sporo przeżył, znał wielu twórców i wyrazistych postaci PRL-u i chociażby dla opisów tych postaci warto przeczytać tę książkę. To jest po prostu… Niestrawne. Fuj. Czytanie nie sprawiło mi w tym przypadku żadnej przyjemności.

 

okladka_bajki_allegro_1000-280x400

  • Legendy Polskie Allegro i Wywiad z Borutą – jestem wielką fanką Legend Polskich, czytam/oglądam wszystko, co wychodzi spod tego znaku. Wreszcie widać, że Polacy jak chcą, to mogą zrobić coś ekstra… jeżeli chodzi o filmy. Utwory pisane mają przed sobą jeszcze długą drogę. Czemu tak twierdzę, zapytacie; odpowiedź jest prosta – zbiór opowiadań (pierwszy tytuł) jest nierówny, niektóre szczegóły nie pokrywają się z tym, co jest w filmach (to mi trochę zaburzało uniwersum). Zwalam to na ewentualny brak wiedzy o niektórych drobiazgach, które w czasie powstawania opowiadań po prostu nie ujrzały jeszcze światła dziennego. Wywiad z Borutą natomiast to perełka, podobnie, jak audiobook. Nie wiem, jak Wy, ale ja już nie mogę się doczekać premiery Jagi, bo tam będzie więcej Boruty. Gdybym miała podsumować wszystkie teksty związane z Legendami Polskimi, to stwierdziłabym, że to nierówny początek. Ale początek. Czekam na dalsze opowiadania, może z czasem będzie lepiej.

 

zlodziej-dusz-_bn32449

  • Aneta Jadowska, Złodziej dusz – jakoś wcześniej nie udawało mi się dotrzeć do ani jednej powieści Jadowskiej. Przyszedł jednak czas, że wzięłam do ręki pierwszy tom cyklu o Dorze Wilk (Daniels, wiesz, że Cię kocham?). Powiem tak: po Putramencie i jego wspomnieniach trafiły mi się dwie wyśmienite rzeczy: Dziennik 1954 Leopolda Tyrmanda (będzie omówiony w podsumowaniu grudniowym) oraz właśnie Złodziej Dusz. Nie pamiętam, kiedy ostatnio tak dobrze się bawiłam przy czytaniu powieści o wiedźmach, diabłach, aniołach i wampirach. Jest to rzecz zabawna, lekka, pod wieloma względami innowatorska (chociażby podejście do wiedźmy jako postawy). Jadowskiej wiele razy udało się mnie zaskoczyć, za co żywię do tej pani wielki, wielki szacun. Obecnie mam na warsztacie drugi tom, Bogowie muszą być szaleni – jak byłam zachwycona, tak nadal jestem.

 

  • Witold Szabłowski, Sprawiedliwi zdrajcy. Sąsiedzi z Wołynia – oddzielny wpis tutaj.

 

Podoba Wam się taka forma podsumowania?

Zdjęcie w nagłówku: Death to Stock