Łódź Tattoo Konwent – niezbyt obiektywna relacja

Wiedzieliście, że istnieją konwenty tatuażowe? Ja do niedawna wiedziałam tyle, że są organizowane, ale co się na nich robi, to już nie. *brawa dla Doroty* Jakoś nigdy mnie na nie nie ciągnęło. Być może jest to spowodowane tym, że od lat nie jeżdżę na jakiekolwiek konwenty – kiedyś uczestniczyłam we wszystkich zlotach fanów mangi i anime w okolicy, potem były inne rzeczy, wyjazdy, nadrabianie zaległości w życiu… Sami rozumiecie.

Na czym to ja… A, konwent tatuażowy. Nie jestem do końca pewna, czy tak można tego typu imprezę nazwać po polsku, jeśli macie inny pomysł, dajcie znać w komentarzach.

Wskutek rozmaitych perypetii (bo ja nie mogę żyć normalnie, gna mnie siła przypału) znalazłam się ponad tydzień temu na Łódź Tattoo Konwent w charakterze uczestniczki i… modelki. Tak, ja, postrach osiedla i okolic, pełniłam funkcję modelki. No dobrze, nie czarujmy się, nie ja, a moje ramię. Pojechałam do Łodzi bowiem w konkretnym celu – wytatuować sobie rękaw. Na lewej ręce. Jakbym miała za mało tatuaży, nie?

Zadania ozdobienia mojej pseudożydowskiej kończyny podjęła się Marlena ze szczecińskiego studia 13 Tattoo. Projekt jest w całości jej dziełem; sama z siebie raczej nie wpadłabym na pomysł wyczarowania czegoś tak uroczego i przykuwającego uwagę. Kiedy tylko zobaczyłam na Facebooku, że Marlena poszukuje modelki na konwent (jest to bowiem projekt konkursowy), nie wahałam się ani chwili. Cóż, wystarczyło zerknięcie na rysunki i zaraz było O matko, jakie to piękne, ja chcę, nieważne, że będzie bolało, ja chcęęęęęęę!!!

I tak oto zostałam szczęśliwą posiadaczką rękawa. Niepełnego, ale jednak. Wykończy się go innym razem.

Poniżej etapy powstawania dzieła – dzień pierwszy rano, dzień drugi rano, dzień drugi o Bóg wie której godzinie, bo ze zmęczenia nie ogarniałam, czy jest popołudnie, czy wieczór.

tatuaze-konwent

Na zdjęciu numer jeden wyglądam jak ciężarny przychlast. Do tego pierwszego się nie przyznaję, do drugiego już tak. Na ostatnim zaś wyglądam bardzo świeżo, ale niech Was to nie zmyli – tatuowanie prawie kompletnego rękawa w dwa dni to nie przelewki 😉

Podczas przerw w tatuowaniu (o czasie trwania zabiegu jeszcze opowiem) zwiedzałam sobie conplace. Tak, jak już wcześniej powiedziałam – tego typu imprezy nie da się z niczym porównać. Gdzie nie spojrzeć były stoiska rozmaitych tatuażystów, w tym studia JuniorInk, gdzie zrobiłam sobie kocią dziarę kilka lat temu. Plus do tego piercerzy, sklepy, stanowiska fryzjerskie, jedzenie, wszystko, czego uczestnik potrzebował do szczęścia.

Najlepsza była atmosfera. Wyobraźcie sobie, że sami macie tatuaż, lubicie tego typu modyfikacje ciała, i nagle znajdujecie się w tłumie ludzi podobnych Wam. Wydziaranych, wykolczykowanych, alternatywnych. Tu nic nikogo nie dziwi, ludzie czują się dobrze w swoim towarzystwie. Panująca na hali atmosfera udzieliła mi się natychmiast, jeszcze, zanim miałam nałożoną pierwszą kalkę z projektem.

Tatuowano mnie przy ludziach. Stoisko konwentowe nie sprzyja zachowaniu jakichkolwiek pozorów prywatności. Wszędzie dookoła Ciebie znajdują się gapie, którzy mogą Ci się przyglądać, oglądać zabieg, ba, nawet zagadywać i pytać o wszystko związane z Twoją bytnością na imprezie. Nie zliczę, ile razy ktoś mnie oglądał, pytał o pozwolenie na zrobienie zdjęcia czy coś. Nie przeszkadzało mi to (po którejś godzinie tatuowania nawet ze znieczuleniem człowiekowi zazwyczaj jest już wszystko jedno, co się wokół niego dzieje), ba, cieszyłam się, że innym podoba się mój tatuaż 😉

Konwent poza możliwością obserwacji tatuatorów przy pracy oferował także inne atrakcje – były koncerty, występ połykaczki mieczy, konkursy tatuażowe. Nie sposób było się nudzić. Z mojej perspektywy jednak sprawy wyglądały tak, że gdyby ktoś mnie zapytał, co sądzę o występach mających miejsce na konwencie, odpowiedziałabym, że w paru momentach nie wiedziałam, co się dzieje na scenie, kto gra i dlaczego. Osoby robiące sobie małą dziarę lub piercing na pewno odebrały imprezę w zupełnie inny sposób, niż ja, której rękaw robiono przez w sumie trzynaście godzin z chyba sześcioma czy siedmioma przerwami. Żeby nie było, zabieg został rozłożony na dwa dni – gdyby miał być wykonany jednego dnia, w szpitalu wylądowałabym zarówno ja, jak i Marlena. Z wyczerpania. 😉

Konwenty tatuażowe to inny, niezbadany przeze mnie jeszcze świat. Z wielką chęcią wybiorę się na kolejny – może już nie w charakterze modelki, co po prostu uczestniczki. Na robienie sobie tatuaży mam całe życie, po co mam się spieszyć 😉 Chociaż pokusa pewnie i tak będzie mi towarzyszyła, bez względu na to, czy będę miała pieniądze na zabieg, czy nie.

Mówiąc kolokwialnie – pojechałam po bandzie z tym rękawem. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś podejmę się podobnego wyzwania, ale to będę dobrze wspominać. Niedługo po tym, jak już mi cały naskórek zejdzie z ręki, bo chwilowo skóra swędzi mnie tak, że mam ochotę kogoś pogryźć 😉 I tak było warto!

15271616_737148343103901_448744291_o

Autorzy zdjęć: Marlena Głuszek, Kamila Brzez

Grafika umieszczona w nagłówku nie jest mojego autorstwa (poza napisem) i pochodzi z oficjalnej strony konwentu.