Maria Paszyńska, „Warszawski niebotyk”

Po Dwóch panach z branży przyszedł w moim życiu czas na inny debiut traktujący o Warszawie. Z wieżowcem w tle (dosłownie – na okładce – i w przenośni). Co z tego debiutu wynikło?

Przed lekturą polecam włączyć sobie jako soundtrack tę piosenkę 🙂

Kilka dni temu przemierzałam ze znajomymi miasto wieczorem. Pamiętam, że kierowaliśmy się z placu Piłsudskiego w stronę budynku Dworca Głównego, wygodnie więc nam było przeciąć Świętokrzyską. Tak się stało, że przechodziliśmy niedaleko Prudentialu, który jest obecnie w stanie wiecznego remontu. I straszy. Trochę też szpeci okolicę. Smutny to widok, proszę państwa, smutny. A kiedyś musiał być taki piękny…

Prudential, swego czasu najwyższy budynek w Polsce, symbol Warszawy lat trzydziestych, został uwieczniony w literaturze polskiej przez Marię Paszyńską, której książkę mam dziś zaszczyt recenzować. Tak, zaszczyt to najlepsze możliwe słowo.

Warszawski niebotyk, debiut prozatorski Marii Paszyńskiej, opowiada historię pięciu młodych mężczyzn stojących na progu dorosłości. Moment ich dorastania przypada na lata trzydzieste dwudziestego wieku – piękne międzywojnie, które powoli zaczyna przesiąkać zapowiedzią tragedii i nazistowskiego terroru. Niemniej jednak dla piątki chłopaków rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej – zakochują się, przeżywają rozmaite rozterki, kończą szkoły, podejmują ważne decyzje.

Pierwszą rzeczą, która mnie urzekła, była melodyjność tekstu. Na samym początku powieści, kiedy to wgryzałam się dopiero w treść i poznawałam bohaterów, odnosiłam wrażenie, iż mam do czynienia z opisem utworu muzycznego. Już spieszę tłumaczyć, o co mi chodzi – pierwsze kilkadziesiąt stron odebrałam jako delikatną melodię graną na skrzypcach. To przechodzenie od postaci do postaci, od miejsca do miejsca, z jednego punktu w historii bohaterów do drugiego… Nie pamiętam, czy kiedykolwiek doświadczyłam czegoś podobnego. Autentycznie, ten tekst mnie porwał, ale jakby jednocześnie… kołysał? #nieumiempisaćrecenzji Tego nie da się opisać żadnymi znanymi mi słowami, to trzeba zobaczyć na własne oczy. Wielki, wielki plus. Co prawda, w miarę upływu czasu i dochodzenia kolejnych wątków ten styl stopniowo się stabilizował i nie był już tak piękny, ale pierwsze wrażenie i tak zrobiło swoje.

Druga sprawa to bohaterowie, ich przeżycia i rozterki. Oj, jak łatwo w takich przypadkach popaść w powielanie stereotypów i konkretnych postaw… Autorka uczyniła rzecz piękną, mianowicie rozbudowała każdą ze swoich postaci (nawet te, które śmiało można zaliczyć do trzecioplanowych). Właściwie każda opisana osoba ma swój własny, niepowtarzalny charakter, na który składają się zarówno wrodzone cechy, jak i przeżycia. Moją szczególną sympatią cieszył się cukiernik Starczewski, ojciec jednego z głównych bohaterów, niezwykle ciekawy człowiek.

Jako osobę zajmującą się kiedyś przestrzenią (vide: mój licencjat) bardzo zainteresował mnie obraz Warszawy jako tła dla opisywanych historii. Cóż, dostałam coś, czego się nie spodziewałam… Otóż międzywojenna stolica to nie tylko miejsce akcji (z budowanym w tle Prudentialem). To miejsce, w którym bohaterowie się urodzili, wyrośli i z którym łączyła je sentymentalna więź. Przestrzeń tego miasta określała ich, wzbogacała – mam na myśli nie tylko okolice Nowego Światu czy Centrum, to także w dużej mierze Nalewki, Czerniaków, Mokotów… Myślę, że historie, które przydarzyły się części bohaterów, nie mogłyby mieć miejsca w innym mieście lub byłyby zupełnie inne.

Wielbicieli dwudziestolecia międzywojennego informuję, iż autorka odrobiła pracę domową – nie spotkałam się z żadnym przekłamaniem dotyczącym rozkładu ulic czy budynków. Co ciekawsze Maria Paszyńska opisała w swojej powieści nie tylko budynki typu Prudential*, ale znalazła w niej miejsce dla Wielkiej Synagogi na Tłomackiem. Jako wielbicielka żydowskiej Warszawy pięknie dziękuję! 🙂 Oczywiście, jeżeli znajdziecie jakieś błędy, dajcie mi znać.

Tak nawiasem mówiąc dziwnym by było, gdyby autorka w swojej powieści o międzywojennej Warszawie nie umieściła chociaż kilku drobnych wątków żydowskich. Moi drodzy, ona nie tyle, że to uczyniła – jeden z głównych bohaterów, Berek, jest Żydem pochodzącym z bogatej rodziny Steinów. Co prawda nie umiałam go polubić (jest na dłuższą metę antypatyczny, chociaż w miarę czytania można zrozumieć niektóre jego motywacje), ale Maria Paszyńska i tak zyskała w moich oczach szacunek; Berek to przede wszystkim postać wyraźna, nieszablonowa, swoim zachowaniem nie powiela stereotypów majętnego, młodego Żyda z tamtych lat.

Dodatkowo opisana została rodzina Berka i osoby z ich otoczenia. Autorka poszła dalej – poza ludźmi pokusiła się także o próbę przedstawienia świata warszawskich Żydów, tego, jak wyglądały ich codzienne zajęcia i relacje z osobami nieżydowskimi. Dzięki tej próbie czytelnicy mogą znaleźć w powieści odniesienia do chociażby Nalewek, okolic Placu Grzybowskiego, Twardej… Takie smaczki urozmaiciły moim zdaniem fabułę.

Wielbicieli wątków miłosnych informuję, iż w Warszawskim niebotyku ma miejsce pewien polsko-żydowski romans… Ale więcej nie zdradzę. 😉

Jedyne, do czego mam zastrzeżenia, to… pisownia słowa Żyd. Nie wiem, czy to wynika z redakcji tekstu, czy zamysłu autorki (mam nadzieję, że z tego pierwszego), ale w powieści chyba ani razu nie pada słowo Żyd pisane wielką literą. Co jest błędne i na pewno wielu czytelników może zmylić lub wprowadzić w konsternację, co stało się w moim przypadku.

Słownik Języka Polskiego dopuszcza pisanie słowa żyd małą literą w momencie, kiedy mówimy o wyznawcy judaizmu. Tyczy się to jednak jedynie kwestii wyznaniowej, nie przynależności do mniejszości etnicznej, a wtedy używa się wersji z wielką literą. Dlatego też odczuwałam raz na jakiś czas bardzo nieprzyjemne zgrzyty podczas lektury; osobiście użyłabym tego słowa w wariancie z małą literą ze dwa, maksymalnie trzy razy. W większości przypadków wariant ten użyty był po prostu niepoprawnie. Jak tak można, ja się pytam. I potem ludzie się uczą i piszą rzeczy w stylu prześladowania żydów w czasie wojny… #dzieckokorektorki

Reasumując: to nie jest powieść li i jedyne o Warszawie. To powieść o Warszawie i jej mieszkańcach jako jednym, żywym organizmie. Dałam się porwać historii wykreowanej przez autorkę i wiecie co? Tęsknię. Autentycznie tęsknię za tą nieistniejącą już Warszawą, której nieliczne ślady mijam podczas spacerów po Centrum czy Pradze.

Polecam, bo to naprawdę przepiękna powieść. Ciekawa jestem, co autorka wymyśliła w drugim tomie 🙂 Nie radzę sugerować się opiniami na portalach typu Lubimy Czytać, gdzie zewsząd wyłaniają się stwierdzenia zawierające słowo lukier. Czytałam bardziej „cukierkowe” książki i wierzcie mi, mogło być o wieeeeele gorzej.

*w tym momencie chciałam zażartować i napisać …ale także Pałac Kultury, ale się powstrzymałam. 😉 Dlatego dodaję żart na końcu wpisu.

  • Zwierz

    Hej a wiesz że jest drugi tom?

    • Tak, wiem ^^ Jak dobrze pójdzie, to go szybko przeczytam i będzie kolejny wpis.