Zapomniane recenzje (3)

Nie myślałam, że znowu będę musiała napisać wpis pokutny… A za takie uważam właśnie wszystkie Zapomniane recenzje. Książki kurzące się od kilku miesięcy na półce wpędzają mnie w poczucie winy, bez przerwy przypominają o sobie, mimo, iż od ich przeczytania upłynęło sporo czasu… Są niemym świadectwem tego, że czasem nie mogę się zmotywować do pisania i ten brak motywacji nie jest jedynie chwilowy.

Tłumaczę to sobie na szczęście nie wypaleniem, a zmęczeniem i brakiem pomysłów na opisanie lektur, którym poświęcę ten i następny wpis. To, czym się dzisiaj będę zajmować, przeczytałam w lipcu, a więc w miesiącu, kiedy przeszłam z jednej firmy do drugiej, zaczęłam się zajmować czymś kompletnie dla mnie nowym. Szczęśliwie udało mi się niedawno zmienić pracę – poprzednia nie była zła, ale sprawiała, że wracałam do domu zmęczona i jedyne, o czym myślałam, to paść na ryjek zająć się robótką, by nie myśleć o ślubie/magisterce/problemach/niepotrzebne skreślić. Różnie wtedy bywało z wpisami…

Na szczęście teraz wracam do domu z głową pełną pomysłów, więc może wreszcie będę mogła przestawić dawno przeczytane książki na inną półkę. Trzymajcie za mnie kciuki, bym wszystko opisała jakoś w miarę szybko. 🙂

Mam słabość do Miroslava Žambocha. Pardon, do jego twórczości, może kiedyś poznam go osobiście _^_ Nie wiem w sumie, skąd się wzięła ta słabość. Czytam jego książki właściwie od początku studiów, o czym świadczy zresztą kilka wpisów (jako przykład polecam tekst o Czas żyć, czas zabijać). Krawędź żelaza przeczytałam dwa razy.

pobrane

Koniasz. Człowiek dość mocno poturbowany przez życie. Najemnik, którego życie mogło się potoczyć zupełnie inaczej, gdyby nie fakt, że zwyczajnie komuś podpadł. Bo do tego sprowadza się cała jego historia, ale nie będę Wam zdradzać fabuły jednego z opowiadań. W każdym razie Koniasz przemierza świat, przyjmuje rozmaite zlecenia, by zarobić na życie. Jest twardy, ale jednocześnie ma w sobie trochę wrażliwości. Ze wszystkich sił musi ukrywać fakt bycia wykształconym, by nie przykuwać uwagi ludzkich oczu, a co za tym idzie – nie napytać sobie biedy.

W przeciwieństwie do innych tzw. Bohaterów Žambocha (uwielbiam to określenie, a tak rzadko do niego wracam. Zainteresowanych odsyłam do wpisu podlinkowanego dwa akapity wyżej) Koniasz jest człowiekiem z krwi i kości, a nie tylko wyszkoloną maszyną do zabijania, która raz na jakiś czas ma momenty zwiechy i daje się wtedy pobić do utraty przytomności. Owszem, inne postacie wykreowane przez czeskiego pisarza umieją myśleć, ale moim zdaniem nie zachowują się jak prawdziwi ludzie. Czytając przygody Koniasza miałam wrażenie, iż autor zmienił swoje podejście do tworzenia, obdarzył głównego bohatera ogromem ludzkich cech, intuicją, instynktem samozachowawczym (!)… Była to dla mnie bardzo przyjemna lektura*, relaksująca, miejscami odmóżdżająca. Zapytacie pewnie, dlaczego odmóżdżająca. Cóż, w większości przypadków perypetie Koniasza sprowadzają się do mordobicia, co na pewnym poziomie zmęczenia rzeczywistością zaczyna mnie bawić. Polecam, świetna rozrywka. #takorzeczepanimagisterbohemistyki

Arab-strzela-yd-sie-cieszy-378x600

Po ogólnym rozluźnieniu spowodowanym czytaniem Žambocha przyszedł czas na coś poważniejszego, a przede wszystkim rzeczywistego. Książkę Pawła Smoleńskiego upolowałam na wyprzedaży w Carrefourze (ta sieć hipermarketów stanowi moje ulubione źródło przepieprzania wypłaty wydawania ciężko zarobionych czechożydkowych pieniędzy), wprawiając się jednocześnie w stan euforii. Matko, pomyślałam sobie, w końcu to przeczytam, przecież ta publikacja chodzi za mną od kilku lat i ciągle nie mogę do niej przysiąść.

Jak już przyszło co do czego i zabrałam się za lekturę, tak skończyłam dość szybko. Całość zabrała mi może trzy, cztery dni… Styl Smoleńskiego jest nie do podrobienia, nie mogłam się oderwać. A tu jeszcze miałam tyle rzeczy na głowie! *chlip*

Dobrze, dość rozczulania się, jesteście pewnie ciekawi, co to za książka i z czym ją się je. Spieszę streścić, o co chodzi: Arab strzela, Żyd się cieszy to drugi z kolei tom reportaży poświęconych współczesnemu Izraelowi. Autor obiera perspektywę przedstawicieli mniejszości arabskiej: opisuje ich życie codzienne, sposoby zdobywania wykształcenia czy pracy, próby ułożenia sobie życia w państwie, gdzie niby są u siebie, ale tak nie do końca.

O arabskich mieszkańcach Izraela wiem niewiele, tym bardziej więc wczytywałam się w każdy zawarty w tej książce tekst.

Osoba z zewnątrz nigdy nie zrozumie konfliktu izraelsko-palestyńskiego, o ile nie pojedzie do Izraela i nie pomieszka tam przynajmniej kilka lat. Nie ma innej opcji moim zdaniem. Można dywagować nad podłożem zaburzenia tych relacji, nad rozmaitymi czynnikami, nad tym, że pod koniec lat czterdziestych przyszli Izraelczycy po prostu przybyli i zagarnęli ziemie, gdzie od setek lat żyli Arabowie. Można dywagować także nad nazewnictwem (mimo, iż siedzę w tematyce żydowskiej parę lat, sama nie jestem do końca pewna, czy używam właściwej nomenklatury), nad płaszczyznami, na których te dwa narody prawdopodobnie nigdy nie dojdą do porozumienia, nad problematyką biedoty, problemów z edukacją…

Moim zdaniem książka Smoleńskiego jest dobrym fundamentem pod studia nad tym zagadnieniem. Mówię to jako kompletny laik – po lekturze poczułam się tak, jakby zasłyszane z różnych źródeł fakty zaczęły układać się w mojej głowie w logiczną, chociaż niekompletną całość. Jeżeli ktoś z Was nie wie kompletnie nic o izraelskich Arabach, to niech po to sięgnie.

Bardzo podobała mi się różnorodność osób, które rozmawiały z autorem na temat swojego pochodzenia, podejścia do żydowskich Izraelczyków czy do państwa, co stało się ich ojczyzną.

Nie jestem w stanie dodać niczego mądrzejszego od siebie, dlatego decyzję o przeczytaniu Arab strzela, Żyd się cieszy pozostawiam Wam. Moim zdaniem warto.

A na koniec podrzucę Wam link do artykułu, który pokazał mi się w facebookowym newsfeedzie kilka tygodni po odłożeniu książki Smoleńskiego na półkę. Ów artykuł traktuje o wprowadzeniu obowiązkowej nauki języka hebrajskiego dla mniejszości arabskiej, nauka ma zacząć się już na poziomie przedszkola. Przypadek? Nie sądzę.

*Cytując moją jakże profesjonalną opinię na Lubimy Czytać:

Bardzo przyjemne czytadełko fantastyczne o ciągłym waleniu się po mordach.

🙂

W momencie przeniesienia bloga na własną domenę postanowiłam pisać mniej recenzji, a więcej rozmaitych tekstów. Głodnych Czechożydkowych przemyśleń na temat literatury i wyrobów okołopodobnych zapraszam na fanpejdż bloga.