Co można zobaczyć w Fort William? (21.10.2015)

Pytanie z tytułu notki zadawałam sobie wielokrotnie jeszcze podczas pobytu w Polsce. Nigdy wcześniej nie słyszałam o tym mieście, nie wiedziałam, co się w nim tak właściwie znajduje i czemu tam ciągnie Kubę.

Pojechałam więc do Fort William, nie wiedząc absolutnie nic na temat tego miejsca. Raz na jakiś czas można sobie zrobić niespodziankę i wyruszyć gdzieś bez żadnego przygotowania ani zaplecza informacyjnego. 🙂

[instagram url=https://instagram.com/p/9Iov39TDnp/]

Pogodę mieliśmy prawie stereotypową – było chłodno, wietrznie (czasem aż za bardzo), z rzadka zza chmur wychylało się słońce. Dojechaliśmy w niecałe trzy godziny autobusem Citylinku do dworca w Fort William, mieliśmy okazję podziwiać po drodze rewelacyjny szkocki krajobraz – pagórki, wzgórza, wodospady, pasące się owce, strumienie, jeziora… Widzieliśmy sporo turystów zatrzymujących się na chwilę swoimi samochodami tylko po to, by zrobić kilka zdjęć. Wcale się im nie dziwię.

Wylądowaliśmy na dworcu i zrobiliśmy to, co zazwyczaj – wyjęliśmy mapę w celu zlokalizowania pierwszej atrakcji. Za taką uznaliśmy jezioro Loch Linnhe, znajdujące się kilkaset metrów dalej (nim jednak doszliśmy nad brzeg, sporo kluczyliśmy – zabudowa lokalnego uniwersytetu nie pomagała nam w wojażach, kto to widział budować budynki tuż nad wodą).  Jezioro jak jezioro, spodobał nam się za to brzeg, rosnące na nim drzewa oraz krzaki. Wiecie, spotkanie z przyrodą 🙂 Zwłaszcza, że niedaleko jeziora była całkiem przyjemna ścieżka.

[instagram url=https://instagram.com/p/9IpRC-zDoI/]

Później wyruszyliśmy na poszukiwania ruin zamku z trzynastego wieku, które są jedną z bardziej znanych atrakcji Fort William. Kuba coś jeszcze przebąkiwał o forcie, że chce tam iść, ale zamek okazał się być ważniejszym. I dobrze, bo w przeciwieństwie do niewielkich pozostałości po forcie (Jakub był zawiedziony) zamek okazał się być świetnym miejscem spotkania z historią. Jak nie jestem miłośniczką średniowiecza, tak tam mi się podobało.

[instagram url=https://instagram.com/p/9Ipn9bzDof/]

W drodze do ruin zobaczyliśmy w oddali wyglądający na bardzo stary cmentarz, znajdujący się na… pastwisku. Jako miłośniczka cmentarzy (o czym jeszcze Wam opowiem we wpisie o Aberdeen) musiałam, no musiałam tam iść, nie wiedziałam jednak, z której strony jest wejście. Na to natknęliśmy się przypadkiem, kiedy szliśmy od lokalnej destylarni whisky w kierunku centrum miasta.

Do tej pory nie wiem, czemu teren tego cmentarza był jednocześnie pastwiskiem dla owiec, mimo, iż znajdowało się na nim kilka względnie nowych nagrobków. Czemu ta nekropolia była malutka, nieoznakowana… O jej istnieniu świadczyły tylko pomniki, nic więcej…

Poniżej macie nasze zdjęcie, zrobione na pastwisku (spory kawałek za ostatnimi grobami).

[instagram url=https://instagram.com/p/9JhwhfTDqe/]

A tu już zdjęcie jednego z grobów. Nie mogę się nadziwić.

[instagram url=https://instagram.com/p/9Ip66TTDo1/]

Po różnych perypetiach związanych z obieraniem azymutu i docieraniem do miasta (mapa jedno, oznaczenia po drodze drugie, nasze przyzwyczajenia dotyczące poruszania się po miastach trzecie) znaleźliśmy się w centrum. Pogoda zaczęła się coraz bardziej psuć, w dodatku zorientowaliśmy się, że właśnie zamknięto muzeum, do którego chcieliśmy się wybrać… Niezrażeni poszliśmy deptakiem, oglądając mijane witryny sklepowe i szukając jednocześnie miejsca, gdzie podają jedzenie. Ciepłe.

Deptak sam w sobie przypadł mi do gustu – czułam się jak w jakiejś nadmorskiej miejscowości, w sezonie pełnej turystów. Fort William jest miastem turystycznym, w wielu miejscach można było wynająć pokoje, także przypuszczam, że w lecie (o ile pogoda na to pozwala) panuje tam całkiem spory tłok.

[instagram url=https://instagram.com/p/9JiWHnzDrf/]

Na koniec poszliśmy do lokalnego centrum handlowego – o ile można tak nazwać budynek z marketem i małym barem szybkiej obsługi. Podczas robienia drobnych zakupów urządziliśmy sobie małą wycieczkę po sklepie, szukaliśmy lokalnych specjałów i produktów niedostępnych w Polsce. Możecie sobie wyobrazić nasze zdziwienie, kiedy w dziale Eastern European znaleźliśmy samo polskie jedzenie… Gorące kubki, paszteciki, nawet makaron wadowicki o.O

Polecam Fort William jako miejsce na weekendowy, spokojny wypad. Może to, co napisałam, nie brzmi zbyt zachęcająco, ale dobrze się tam bawiłam. Podejrzewam, że przy słonecznej pogodzie jest to idealne miejsce na jednodniowe wyrwanie się z wielkiego miasta.

[instagram url=https://instagram.com/p/9Ji1koTDsL/]