„Starcy na chmielu” („Starci na chmelu”, 1964)

 Reżyseria: Ladislav Rychman
Scenariusz: Vratislav Blažek, Ladislav Rychman
Kraj produkcji: Czechosłowacja

Pierwszy i jeden z najbardziej znanych czeskich musicali. Przed Wami pierwszy wpis traktujący stricte o filmie 🙂

Starci na chmelu chodzili za mną od początku trzeciego roku studiów, kiedy to rodziłam w bólach pisałam pracę licencjacką o Démantech noci*. Lata sześćdziesiąte i czechosłowacka nowa fala to tematy do tej pory niezgłębione porządnie przeze mnie, ale poczekajcie, aż skończę studia… 😉

Omawiany dzisiaj film jest pierwszym czeskim musicalem. Miałam już do czynienia chociażby z Lemoniadowym Joe (polecam, obśmiałam się równo), także przed przystąpieniem do seansu nie bałam się, że zobaczę coś, co będę potem niemile wspominać. Chociaż, przyznam szczerze, nim dowiedziałam się, o co w tym wszystkim chodzi, zachodziłam w głowę, skąd starcy, skąd chmiel i czy będzie to musical o piwie. W sumie nie pomyliłam się jakoś strasznie…

Młodzież licealna jedzie sobie na tzw. brygadę (obowiązkową pracę wakacyjną), ta brygada polegała m.in. na zbieraniu chmielu, czeskiego złota, z którego wytwarza się najlepsze piwo na świecie *bohemistyczna propaganda mode on*. Młodzież, jak to młodzież, pracuje, ale też plotkuje, spotyka się, wygłupia, chodzi na potańcówki, wreszcie – poznaje smak pierwszej miłości. Relacja dwójki bohaterów, niewinna, aż dziw bierze, jest źle interpretowana przez resztę towarzystwa (a najbardziej przez dorosłych), co doprowadza w końcu do ostatecznego posunięcia wychowawców… A wszystko to z muzyką w tle.

Jako, że filmoznawcą nie jestem (aczkolwiek zawsze chętnie się wypowiem), opowiem Wam, co mnie chwyciło za serce podczas seansu i czemu będę od teraz wciskać wszystkim ten film z uporem maniaka. Otóż… Muzyka, ale przede wszystkim teksty! Chapeau bas dla tych, co napisali teksty piosenek. Są chwytliwe, pomysłowe, natychmiast zapadają w pamięć, pod względem swojej złożoności przypominają mi momentami dzieła Osieckiej (ach, gdzie się podziali tamci tekściarze). Olbrzymi uśmiech na mojej twarzy wywołał utwór Hodní hoši (dobre chłopaki), w życiu bym nie pomyślała, że z prostej odmiany przez przypadki może powstać coś tak zaskakującego. I zatrważającego jednocześnie… Link do klipu —> klik!

Choreografia powala. W topornych wnętrzach aktorom udało się zmienić atmosferę miejsca. Do tego, by powstało wielkie dzieło, nie trzeba sceny teatralnej, opery czy pałacu – wystarczy umieścić utalentowanych ludzi chociażby na stołówce, w której wieje komuną, oni już sobie poradzą, tańcem oczarują widza. Mój numer jeden to scena tańca w pokoju dziewcząt – klik!

Film ten stał się legendą niedługo po swojej premierze, do tej pory jest wymieniany jako jeden z ważniejszych tytułów powstałych w latach sześćdziesiątych.

Starci na chmelu to opowieść nie tylko o miłości i niezrozumieniu, ale także o innego rodzaju młodzieży. Oglądało mi się to dobrze, ale z łezką w oku i poczuciem, że takich młodych ludzi ze świecą teraz szukać. Czasy się zmieniły, obecnie historia Hanki i Filipa miałaby zupełnie inne tło, działaby się gdzie indziej, a o jakiejkolwiek pracy ciężko by było pomarzyć. Zresztą, praca wtedy miała też inny wydźwięk…

Warto. Kilka dni temu ten film leciał w ramach Czeskich Śród w kinie Wisła przy placu Wilsona, ale podejrzewam, że będzie się jeszcze pojawiał w ramach różnych festiwali. Obejrzyjcie koniecznie.

* dopiero podczas pisania tego zdania zdałam sobie sprawę z tego, że Démanty noci także powstały w 1964 roku…