Jonathan Safran Foer, „Wszystko jest iluminacją”

 Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2003
Tłumaczenie: Michał Kłobukowski
Liczba stron: 437
Źródło: BUW

Magiczna powieść, dzięki której aż chce się jechać na Ukrainę w poszukiwaniu pozostałości po sztetlach. Poleca się włączyć przed przeczytaniem wpisu soundtrack z filmu, zwłaszcza piosenki w wykonaniu Gogol Bordello 😉

Impuls. Jestem tak skonstruowana, że często działam pod jego wpływem. Raz z lepszym, raz z gorszym skutkiem. Zapewne niektórzy z Was już zauważyli, że lubię sięgać po niektóre książki właśnie dzięki impulsowi, zwykle w ten sposób trafiam na perełki.

Tak też było z powieścią Jonathana Safrana Foera pt. Wszystko jest iluminacją. Wpierw trafiłam na film, o którym będzie mowa poniżej. Raz, że zaskoczyło mnie nazwisko reżysera (Liev Schreiber jest nie tylko aktorem, ma również zapędy reżyserskie), dwa – czemu ja jeszcze o tym nie słyszałam? Puknęłam się jednak w czoło (przecież nie muszę wszystkiego znać) i szybko odkryłam, że film powstał na podstawie książki. Równie szybko dotarłam do informacji, że egzemplarz polskojęzyczny posiada w swoich zasobach Biblioteka Uniwersytecka. Zgadnijcie, co się działo dalej… 😉

Głównym wątkiem we Wszystko jest iluminacją jest podróż młodego amerykańskiego Żyda na Ukrainę w poszukiwaniu kobiety, która przyczyniła się do ocalenia jego dziadka z Holokaustu. Jednakże powieść to nie tylko wyjazd – relacje pisane przez ukraińskiego przewodnika przeplatają się z fikcyjnymi opowieściami o Trachimbrodzie, miejscu pochodzenia dziadka Jonathana.

Foer w wojej debiutanckiej powieści jednym z miejsc akcji uczynił autentyczną żydowską wieś, przy czym trochę zmienił jej nazwę, tak naprawdę Trachimbrod nazywał się Trochenbrod. Historia tego miejsca jednak ma tak samo smutne zakończenie zarówno w książce, jak i rzeczywistości – w czasie drugiej wojny światowej wszyscy mieszkańcy zostali wymordowani, zaś wieś zrównano z ziemią.

Moją uwagę jednak bardziej przyciągnął opis samej podróży do miejsca, gdzie kiedyś leżał Trachimbrod. Jak miał nie przyciągnąć, skoro Jonathanowi towarzyszyła jedyna w swoim rodzaju ekipa – Alex, ukraiński tłumacz (mówiący przecudownie przekręconą angielszczyzną), dziadek Alexa (wciskający wszystkim wokół, że niczego nie lubi i że jest ślepy) oraz Sammy Davis Junior, Junior (ukochana suczka dziadka, o której Alex mówił, że jest „obłąkańcza”).

Foer umie czarować. Zarówno tworząc historyczną fikcję, jak i opowiadając o czymś, co mogło się wydarzyć w czasach współczesnych. Wszystko jest iluminacją to powieść zarówno smutna, jak i wesoła, według mnie to skondensowane życie, wszystkie emocje, które w trakcie naszego pobytu na tym łez padole możemy przeżyć. Chyba dzięki temu nie jestem w stanie stwierdzić, czy to poważna książka z wesołymi fragmentami czy odwrotnie.

Moje serce szczególnie podbił język Alexa. Pozwolę sobie zacytować Wam fragment jego możliwości (wielkie brawa dla tłumacza, pokładałam się przy wszystkich tekstach Alexa ze śmiechu!):

Jeszcze nie wzmiankowałem, że Dziadek zażądał pobrać na drogę Sammy Davis Junior, Junior. To była odosobna sprawa. „Durak z ciebie” – powiadomił mu Ojciec. „Potrzebna mi, żebym lepiej widział drogę – uzasadnił Dziadek, pokazując palcem na oczy. – Jestem ślepy”. „Nie jesteś ślepy i nie pobierzesz suki”. „Jestem ślepy, a suka jedzie z nami”. „Nie – zanegował Ojciec. – To nieprofesjonalno dla suki, żeby jechała”. Byłbym coś powiedział w ujęciu za Dziadkiem, ale nie chciałem znowu się wydurnić. „Albo jadę z suką, albo nie jadę wcale”. Ojciec się zapędził w niezłą szkopulację. Nie jak Na Łotewskiej Ostatniej Prostej, tylko jak pomiędzy skałę a hybrydę, co zresztą, prawdę zarzekłszy, trochę przypomina Łotewską Ostatnią Prostą.

Prawda, że piękne? Moje ulubione kwiatki to chociażby fakt że „suka była obłąkańcza” (obłąkana), że zamiennikiem dla słowa „Żyd” był „gieroj”, że można było zarobić nie pieniądze, a „walutę” i że coś mogło być „prima sort”. Jestem pełna podziwu zarówno dla autora (w oryginale kwiatki są równie cudowne), jak i dla tłumacza.

Dużo miejsca autor poświęca na opisy ukraińskich miast i tego, co bohaterowie mijali w drodze do Trachimbrodu. Dzięki tym opisom (dodajmy jeszcze do tego film) zachciało mi się jechać na Ukrainę w poszukiwaniu pozostałości po sztetlach. Aż się serce rwie za wschodnią granicę…

Ta książka jest cudowna. Zostawia co prawda z lekkim zamieszaniem w głowie i sercu, ale zapada głęboko w pamięć.

Słówko o ekranizacji:  Film na podstawie powieści Foera powstał w 2005 roku, za reżyserię odpowiadał wspomniany już wyżej Liev Schreiber. Rola Jonathana przypadła Elijahowi Woodowi, Alexa zagrał Eugene Hütz (frontman zespołu Gogol Bordello), zaś w rolę dziadka Alexa wcielił się Boris Leskin.

Uważam, że nikt inny lepiej by tego filmu nie nakręcił. Schreiber ma bowiem żydowskie pochodzenie, przodkowie jego matki mieszkali na ziemiach polskich oraz rosyjskich. Schreiber wyciągnął z powieści wszystko to, co najbardziej magiczne (oczywiście, trochę poprzerabiano historię, nie ukrywajmy), dorzucił do tego naprawdę klimatyczne plenery oraz MUZYKĘ! Ścieżka dźwiękowa to dla mnie objawienie. Za jej część odpowiada wspomnaine już Gogol Bordello, dodatkowo film pełen jest utworów nawiązujących do muzyki ludowej lub też współczesnych piosenek ukraińskich. Słowiańskość pełną gębą.

Wielkim zaskoczeniem były dla mnie czeskie nazwiska w napisach końcowych. Przestudiowałam je dokładnie i odkryłam, że za Wszystko jest iluminacją odpowiada praskie studio Barrandov 🙂

Polecam przede wszystkim dla głównych ról. Wood i Hütz spisali się na medal, zwłaszcza ten drugi. Nawet nie wiedziałam, że umie tak dobrze grać.

Zarówno książka, jak i ekranizacja są według mnie obowiązkową pozycją dla tych, którzy się interesują historią Żydów z terenów Europy Wschodniej i ich przedstawieniem w literaturze oraz kinematografii.

7420828.3